coryllus coryllus
5094
BLOG

Polski handel w polskich rękach

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 63

 Takie hasło podnoszone było wczoraj przez demonstrujących pod stadionem narodowym nomen omen „narodowców”. Hasło to było i jest nada ewidentną wrzutką, której istotnego znaczenia nikt nie rozumie. Handel bowiem to nie jest jakieś, przepraszam za wyrażenie, fiu bździu, to jest sprawa poważna, przeznaczona do dyskretnych regulacji, a nie hasło na demonstracje. Po cóż więc oni to hasło wznosili? Po to, by następnego dnia gazownia mogła napisać, że Polacy wracają do starych, przedwojennych, antysemickich nawyków, do czasów kiedy próbowali wypchnąć z rynku Żydów. Nie dość, że domagają się polskiego handlu w polskich rękach to jeszcze wołają: swój do swego po swoje. Czy ci młodzi ludzie rozumieją cokolwiek z tego co się wokół nich dzieje? Myślę, że nie, a tłumaczenie im tego nie ma sensu, bo na tym poziomie emocji, na którym operują i przy tym natężeniu manipulacji jedyną reakcją na jaką możemy liczyć będzie obojętność bądź agresja. Zgodnie zresztą z oczekiwaniami rynku zwanego rynkiem znaczeń, który wcale nie znajduje się w polskich rękach. Oni są produktem wystawionym na sprzedaż i zachowują się zgodnie z intencjami sprzedawcy. Nie rozumieją tego, a tłumaczenie nic nie da.

Dawno temu łudziłem się, że na tak zwanej prawicy ktoś ma na przykład taki pomysł, by odwojować rynek książki w Polsce. Zdziwiłem się kiedy się okazało, że nie. Ludzie na prawicy nie chcą mieć rynku książki, oni chcą, by ten rynek, który już jest wessał ich w swoje trzewia, przepuścił przez wszystkie zakręty jelit, a następnie lekko oszołomionych wyrzucił z drugiej strony gwałtownym pierdnięciem. Przepraszam za ten wyraz, ale nie chce być inaczej. To są marzenia naszych. To zaś co po owej wędrówce w ciemnościach przylepi się im do głowy i rąk uważają oni za zysk lub wartość dodaną. Z tym także nic się nie da zrobić. Nie da się, bo oni wiedzą lepiej. Muszą wiedzieć lepiej inaczej nie piastowaliby przecież tych redaktorskich stanowisk i nie byliby zapraszani do telewizji. Wszystkie oznaki wybraństwa wskazują na to, że oni muszą wiedzieć lepiej. No więc ich z tą wiedzą pozostawmy.

Wracajmy do naszego hasła: polski handel w polskich rękach. Najpierw jego istotne, przedwojenne znaczenie: wyrzucić Żydów z rynku. Czy ktoś wierzy w to, że można wyrzucić Żydów z jakiegokolwiek rynku? Jeśli takie projekcje pojawiają się w czyjejś głowie musi ów ktoś natychmiast udać się do psychiatry, znajduje się bowiem z całą pewnością w fazie manii, a za chwilę dopadnie go depresja. Całość zaś może się skończyć samobójstwem. Nie ma możliwości, by wyrzucić Żydów z rynku i nigdy jej nie było. Żeby to zrobić trzeba podejmować decyzje na najwyższym szczeblu, decyzje drastyczne, których finałem jest ludobójstwo najgorszym wypadku, a w najlepszym deportacja. Nie wiem, kto był autorem tego hasła, ale na pewno był to ktoś dotknięty głębokim niezrozumieniem problemów handlu.

Hasło to, sprokurowane wprost przeciwko drobnym żydowskim sprzedawcom, których mieli rzekomo zastąpić sprzedawcy polscy, powstało mogło także powstać w wyniku nieporozumienia. Nikt bowiem, w Polszcze całej nie rozumiał i nie rozumie nadal kim był tak zwany drobny żydowski sprzedawca. Człowiek ów oceniany był przez Polaków powierzchownie i traktowany pogardliwie, a to z tego względu, że oszczędzał on na kosztach reprezentacyjnych. No, ale jak ktoś jest częścią organizacji sieciowej, w dodatku wysoko wyspecjalizowanej, która kontroluje przepływ gotówki i towarów na dużych obszarach aktywności handlowej, to może mieć w nosie koszta reprezentacyjne. Co innego Polak, on musiał pakować forsę w reklamę, w szyldy, w wystrój wnętrza i inne takie rzeczy. Miał bowiem kłopot z pozyskaniem towaru dobrej jakości za niską cenę. Kłopotu tego nigdy nie mieli Żydzi, oni bowiem zawsze handlowali takimi towarami, który uzyskiwali za ceny niskie, a sprzedawali za wysokie. Umożliwiała im to organizacja. Wrócę na chwilę do owych żydowskich antykwariuszy, tak pięknie opisywanych przez Karola Estreichera. Po cóż sprzedawca dysponujący XII wiecznymi pergaminami miał się starać o rozgłos? On wiedział, klienci wiedzieli i to wystarczyło. No i przez swoje wyobcowanie nie musiał ów sprzedawca przekazywać tych ksiąg za darmo do muzeum, jak to by się na pewno zdarzyło, gdyby trafiły one w ręce polskiego antykwariusza. No, ale nie było prawie polskich antykwariuszy, bo i skąd mieliby się wziąć, jak nikt nie rozumiał na czym ten handel polega. Estreicherowi i innym wydawało się, że Żydzi handlują książkami, bez zrozumienia ich treści, że chodzi tylko o towar, a jeśli nie chodzi o towar, to w grę może wchodzić jedynie miłość do przedmiotu handlu. To są brednie najbardziej oczywiste. Chodzi jak zwykle i informacje i jej przepływ z góry na dół, oraz o kontrolę nad tą informacją. Doskonale rozumiał to każdy żydowski sprzedawca i traktował siebie oraz swój towar stosownie do tej wiedzy, oczywistej dla niego, a całkowicie niedostępnej profesorom uniwersytetu, którzy nie mieli i nie mają do dziś innych kosztów niż reprezentacyjne.

W dzisiejszym polskim handlu jest jeszcze gorzej, poprzez fakt istnienia sieci wielu ludziom wydaje się, że można być zawodowym sprzedawcą, to znaczy można w Tesco zarządzać sprzedażą warzyw, a potem przejść do Obi i robić w narzędziach stolarskich. Wiara w taki mechanizm jest powszechna i świadczy o tym, jak proste jest manipulowanie dużymi grupami ludzi biednych, którzy chcą robić karierę. W sieciach sprzedaż odbywa się nie dzięki tym matołkom co latają po sklepie, ale dzięki dominacji uzyskanej przez decyzje centralne. Ci zaś tak zwani menedżerowie nie są od sprzedaży, ale od pilnowania ludzi, pełnią funkcję kapo po prostu.

Cóż więc w naszych okolicznościach przyrody znaczy hasło: polski handel w polskich rękach? Chodzi o to, by wyrzucić z kraju sieci, a przynajmniej zmusić je do płacenia podatków. To się musi odbyć poprzez decyzje na szczeblu rządowym, inaczej się nie da. No i załóżmy teraz, że Ruch Narodowy wygrywa wybory, sejmu wchodzą ludzie tacy jak Zawisza Artur i Marek Jurek. I co przychodzi do nich lobbysta z Biedronki w walizką pieniędzy i teczką obietnic, a oni mówią mu – wynocha wszarzu, teraz w centrach wielkich miast i na ich obrzeżach będzie królować polski handel? Już to widzę. Oni albo godzą się na jego warunki, albo zakładają go wyrzucają i własne sieci, w których towar jest jeszcze gorszy niż w tych dzisiejszych. Handel sieciowy opiera się na wyzysku producentów i na ich uzależnieniu od kredytów bankowych. Pokażcie mi polityka, który zadrze z bankami. Ludzie z Ruchu Narodowego mogą do upojenia opowiadać o tym, jak to wyrzucą banki z centrów miast i wpuszczą tam sklepikarzy. Nie zrobią tego, bo po pierwsze nigdy nie uzyskają władzy. Nie do tego są przeznaczeni. Po drugie kiedy staną przed nimi polscy lobbyści od drobnego handlu i przedstawiciele sieci i banków oni z miejsca się zorientują kogo i dlaczego należy popierać. I nie będą to ci biedni sklepikarze.

Żeby odzyskać jakiś segment rynku potrzebna jest organizacja mająca wpływy polityczne. To jest oczywiste. Wpływy prawdziwe, a nie możliwość wyprowadzania na ulicę młodzieńców z flagami. Demonstracja bowiem oznacza, że ludzie ci pokładają wiarę w tak nieoczywistych sprawach jak demokratyczne wybory. Myślą, że wystarczy demonstrować, a reszta zrobi się sama, bo ludzie widząc ich zagłosują jak trzeba. Nie zagłosują, a nawet gdyby zagłosowali to nie będzie miało to żadnego znaczenia. Powtórzę jeszcze raz: do odzyskania handlu potrzebna jest organizacja poważna, która na handlu się zna i rozumie o co w tym chodzi. Organizacja dysponująca tanim kredytem, organizacja działająca w porozumieniu z producentami krajowymi, organizacja zainteresowana zyskami długofalowymi,co ważne, bo większość ludzi gadających o handlu i jego odzyskiwaniu jest bezradna wobec dwustuzłotówki, a za pięć stówek ludzie ci gotowi byliby poddać się badaniu prostaty na środku Nowego Światu. W końcu pieniądze nie śmierdzą, to jest jedno z ulubionych haseł Polaków. Pieniądze nie śmierdzą i „przecież muszę z czegoś żyć”. Pieniądze może i nie śmierdzą, ale niektóre sytuacje walą smrodem na kilometr. Warto o tym pamiętać. Szczególnie kiedy się powtarza coś bez zrozumienia.

Za chwilę pojawi się tu ktoś, kto przywoła przykład Węgier. Orban wyrzuca sieci z centrów miast, każe im płacić podatki i w ogóle idzie ku lepszemu. Mam poważne wątpliwości czy idzie ku lepszemu. Myślę raczej, że Węgry to jakiś eksperyment w mikroskali. Przywołam jeszcze jedno popularne powiedzenie; zwalniają znaczy będą przyjmować. Wyrzucają Tesco znaczy przyjdzie ktoś inny, jakaś sieć rosyjska na przykład. Albo politycy węgierscy sami zajmą się organizowaniem sieci sprzedaży. Przecież to handel, nie zapominajmy o tym, a przedłużeniem handlu jest wojna. Nikt nikomu nie pozwoli robić interesów na swoim terenie za darmo.

Na koniec jeszcze jedna informacja, nie wiem czy prawdziwa, ale słyszałem, że w Izraelu nie ma handlu sieciowego, nie ma dyskontów i Tesco. Czy to aby prawda? Jeśli tak, to macie odpowiedź na większość nurtujących nas wszystkich pytań. Żeby odzyskać handel trzeba mieć armię, bombę atomową, 4 tajne policje, i zdyscyplinowane społeczeństwo, które żyje w poczuciu wyższości wobec innych. Może wtedy się uda. Nie dramatyzujmy jednak za bardzo i próbujmy jednak zrobić coś u nas. Ze spożywką może być kłopot, jak uczy przykład rodziny Olewników, ale może z książkami się uda. Próbujmy.

 

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl gdzie można już kupić nową książkę Toyaha, a od dziś także nową książkę Dariusza Marzęty, autora pozycji zatytułowanej „Skarby Lublina”. Pan Dariusz jest historykiem, zajmuje się numizmatami i właśnie wydał pięknie ilustrowaną książkę pod tytułem „Herby i znaki mennicze na szelągach polskich i z Polska związanych”. Zapraszam.  

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (63)

Inne tematy w dziale Polityka