Pamiętam jak dawno, dawno temu, w czasach kiedy wszyscy „nasi” pracowali jeszcze w „Życiu Warszawy” kierowanym przez znanego neoendeka Tomasza Wołka, kolega redakcyjny Piotra Skwiecińskiego, Paweł Dunin Wąsowicz ogłosił koniec literatury. Tak właśnie, ani mniej, ani więcej, wyszedł Dunin przed szereg i uzbrojony w tej swoje piątki wpisane do indeksu na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, w tę swoją dziewiczość intelektualną o charakterze totalnym, ogłosił, że literatura się właśnie skończyła. Musiała się psze państwa skończyć, bo okazało się, że rzucony na odcinek kulturalno-oświatowy redaktor Dunin nie ma o czym pisać. Większość rzeczy ciekawych jest poza jego zasięgiem, nic go tak naprawdę nie interesuje, poza może wzorami biletów komunikacji miejskiej w stolicy, cóż było więc robić? Należało „skończyć” literaturę. Wymyślił więc Dunin, że w sztuce królować będzie teraz kierunek zwany banalizmem. Nic nie zmyślam, jak ktoś ma stare numery „Życia Warszawy” może to odgrzebać. Królować będzie, jak powiadam, banalizm, a Paweł Dunin Wąsowicz będzie jego prominentnym przedstawicielem i na ten banalizm właśnie będzie wyrywał laski. Każdy, nawet średnio rozgarnięty rekrut Ochotniczych Hufców Pracy wie, że na co jak na co, ale na banalizm żadnej laski wyrwać się nie da. Można sobie co najwyżej wyrwać swoją, przyrodzoną laskę, z nudów, kiedy się człowiek za bardzo skupi na produkowaniu literatury banalistycznej. No, ale nie o to Duninowi chodziło. On chciał być prekursorem i mistrzem dla nadchodzących pokoleń. No i prawie mu się udało. Ma dziś pismo literackie, które nic nie znaczy, ale pobiera dotacje z ministerstwa i wydał kilka słowników młodych pisarzy polskich napisanych wraz z Krzysztofem Vargą. Słowników, których nikt nie bierze do ręki, bo niby po co. No i na mieście mówi się, że wykreował Masłowską. To jest oczywista brednia, ktoś po prostu posłużył się Duninem i tyle.
No, ale nie o Duninie będzie dzisiejszy tekst tylko o Skwiecińskim. Nie wiem czy wiecie, ale wczoraj Piotr Skwieciński ogłosił koniec blogosfery. Tak po prostu. Napisał o tym w tygodniku Karnowskich. Blogosfera się skończyła, bo nie spełniła swojego zadania. Ja po przeczytaniu tego tekstu byłem gorzej niż zdenerwowany, ale jakoś mi przeszło i mogę już dziś odnieść się ze spokojem do jego treści. Rzucony na odcinek felietonistyki i pospolitego dziamdziania o filmach i książkach, redaktor Skwieciński, postanowił „skończyć” blogosferę, bo przeszkadza mu ona w realizacji jakichś celów i pragnień. Ja nie wiem jakich, ponieważ Skwieciński nigdy nie napisał żadnego uczciwego, dziennikarskiego tekstu, jego publicystyka zaś mogłaby być w najlepszym razie, przez kogoś bardzo mu życzliwego uhonorowana określeniem „wtórna”. Nie można rozpoznać pozytywnych, twórczych celów postawiony przez redaktora Skwiecińskiego, można więc założyć, że on takowych nie posiada, poza oczywiście takim celem, który mają wszyscy, czyli dociągnięciem do emerytury bez stresów. Jak wielu ludzi nie radzących sobie z oczekiwaniami, która stawiają im najbliżsi i całe otoczenie, wymyśla sobie Piotr Skwieciński cele negatywne. Szuka sobie wroga po prostu i wymyślił, że tym wrogiem będzie blogosfera. Jasne jest, że Skwiecińskiemu nie chodzi o blogosferę modową, kulinarną, czy nawet książkową, bo ta jest po prostu jednym z kanałów sprzedaży sieciowej, a nasz mistrz felietonu nie będzie przecież szedł na głupią wojnę z sieciami. Jemu chodzi o blogosferę polityczną, a ściślej rzecz ujmując o salon24, a najściślej rzecz ujmując o nas tu zgromadzonych. To my niezależni blogerzy skupieni w salonie24 przeszkadzamy Skwiecińskiemu najbardziej, a nasza obecność w przestrzeni publicznej określana jest przez niego jako „nienormalność”. Pisze Skwieciński, że blogosfera nie spełniła swojej funkcji, że dziennikarstwo obywatelskie nie sprawdziło się i teraz powraca epoka dziennikarstwa prawdziwego, profesjonalnego, którego przedstawicielem jest właśnie on. Zwracam uwagę, że pisze to człowiek, który nie dość, że pisać nie umie, to jeszcze przez całe swoje nie najkrótsze już przecież życie nie napisał ani jednego dziennikarskiego tekstu. Zajmował się wyłącznie publicystyką.
Ponieważ Skwieciński nie potrafi napisać zdania, by nie zdemaskować przy tym swoich czarnych intencji, łatwo zorientujemy się co on rozumie poprzez „funkcję blogosfery i dziennikarstwa obywatelskiego”. Otóż ludzie tacy jak nasz redaktor wymarzyli sobie, że blogosfera będzie lustrem, w którym odbijać się będą promienie ich sławy, oślepiając następnie czytelników blaskiem, niczym słoneczny zajączek, odbity od powierzchni lusterka. Niektórzy mówiąc o tym używają określenia „pudło rezonansowe”. Jak oni mogli wpaść na ten pomysł, nie wiem, ale myślę, że ich pycha była i jest tak straszna, że kara za nią będzie adekwatna, Skwieciński nawet nie potrafi sobie wyobrazić jaka. W grę wchodziło pewnie także ciche marzenie wydawców, że uda się zrobić media za darmochę i pozwalniać tych tak zwanych zawodowców. No, ale to było wtórne w stosunku do pychy, bo przecież pamiętamy, jak silna była reprezentacja „naszych” w blogosferze. No, ale wszystko wyszło inaczej. Okazało się, że to blogerzy są profesjonalistami, a tamci amatorami, okazało się to co się tyle razy okazywało kiedy przed epoką Internetu gazownia organizowała różne konkursy literackie – że ludzie są inni, zdolniejsi, piękniejsi i mądrzejsi niż ta banda co siedzi w redakcji i usiłuje wydrapać z kącika ust zaschnięte tam po śniadaniu jajko.
Na jakiej więc podstawie Skwieciński uważa się za profesjonalistę? Ja nie wiem. Może z tego powodu, że dostał kiedyś order za działalność opozycyjną, a może z jakiegoś innego. Nieważne. Ważne, że z niego jest taki profesjonalista jak z Dunina literat. Unieważnić zaś chce nas pan redaktor dlatego, że okazaliśmy się nieposłuszni. No i stąd te jego życzenia. Blogosfery nie można zamknąć, bo trzeba by było zamknąć Internet, a tego nikt przecież nie zrobi. Jeśli Skwieciński liczy na to, że zamknięcie salonu24 „zniknie” blogosferę to chyba zwariował. Wystarczy bowiem, że my z Toyahem będziemy codziennie wrzucać po tekście na swoje blogi i już. Nawet jeśli, co mamy w tej chwili, żadne niezależne medium nie będzie o nas wspominać. Nie ma to znaczenia, bo treści, które produkuje Skwieciński i jego koledzy są po prostu nieadekwatne. Ja nie wiem czy pan redaktor rozumie to słowo. Kiedy patrzę na jego zdjęcie przy tym felietonie mam pewność, że nie, „pokazuję więc i objaśniam”. Chodzi o to, że teksty zawarte w tygodniach zwanych opiniotwórczymi nie trafiają do serc czytelników, ani też nie opisują rzeczywistości w sposób powszechnie ważny. Są one jedynie jakąś hybrydą, jakimś targiem pomiędzy propagandą, a promocją. Propaganda skupia się dziś akurat na patriotyzmie rozumianym w sposób najbardziej prymitywny, a z promocją jest jak zawsze – trzeba promować siebie i swoich kolegów. I to pan Skwieciński oraz jego przyjaciele czynią konsekwentnie od czasów kiedy Tomasz Wołek, znany neoendek został wyrzucony z dziennika „Życie Warszawy”.
Pod koniec swoich wynurzeń dochodzi Skwieciński do sedna, którym zawsze są pieniądze. Pisze tak:
A w świecie zachodnim coraz wyraźniej widać, że wczorajszy dogmat – że niemożliwe jest skuteczne wprowadzenie wymogu płacenia za treść – jest po prostu nieprawdziwy. Coraz większa część przychodu amerykańskich gazet, pochodzi właśnie z opłat za wydania sieciowe
Wcześniej zaś o blogerach napisał tak:
Ale sytuacja znormalniała i coraz bardziej normalnieje. Głośni parę lat temu PT blogerzy rozeszli się do innych zajęć. Część rozpoczęła współpracę z tradycyjnymi mediami. Inni skompromitowali się rozmaitymi ekstrawagancjami intelektualnymi.
Jeśli połączymy te dwie rewelacje w jedno i spróbujemy je zinterpretować otrzymamy coś takiego: ludzie z mediów zostali rzuceni na odcinek blogosfery, żeby tam pokazać kto naprawdę rządzi. Chodzi mi o ludzi takich jak Wołodźko, Rybicki i Wszołek z tych najmłodszych, oraz o innych poukrywanych pod nickami dziennikarzy. Mimo wszystkich ułatwień, forów i protekcji jakie im zaoferowano musieli wrócić tam skąd przyszli. Okazało się, że można zrobić sukces samą treścią, nawet jeśli człowiek nie jest ani razu wymieniany przez opiniotwórcze tygodniki z nazwiska. Nawet wtedy kiedy promuje się go dość oszczędnie w samej blogosferze. Więcej – okazało się, że taki sukces jest bezwzględny i unieważnia inne sukcesy, na przykład sukces Skwiecińskiego, który jest fałszywy do samego spodu. Unieważnia w oczach czytelnika, a ten jest zawsze najważniejszy. Co myślą koledzy Skwiecińskieg i jego wydawcy nie ma tu żadnego znaczenia.
Widząc co się dzieje i powołując się na tradycyjny już „przykład amerykański” nasze miśki dążące do normalności postanowiły założyć kaganiec na treści i wprowadzić opłaty za prawdziwe dziennikarstwo. Ono będzie tak samo gówniane jak do tej pory, ale trzeba będzie wybulić, żeby przeczytać. Dopiero po wysłaniu sms-a będzie jak w Ameryce, poucza Skwieciński, wcześniej nie, bez sms-a to prowincja, bieda i nędza. Blogerów zaś prawdziwych się usunie, albo skompromituje ekstrawagancjami intelektualnymi. Ciekawe o kogo w tym momencie konkretnie Skwiecińskiemu chodzi? Myślę, że o FYM-a, bo przecież nie o mnie. Jak w każdej chwili jestem gotów do konfrontacji i żadne ekstrawagancje nie są mi straszne. Jedyne czego się obawiam to ta normalność, o której pisze Skwieciński. Ma być już normalnie. To znaczy jak? Jak za Gomułki, Gierka czy Jaruzela? Bo rozumiem, że chodzi o ograniczenie wolności słowa i skanalizowanie emitowanych memów. O nic więcej. No więc kogo wybieracie? Na kogo waszym zdaniem stawia funkcjonariusz o nieznanym stopniu Piotr Skwieciński, na Gomułkę, Gierka czy Jaruzela? Czerwone wygrywa, czarne przegrywa, karty dzielą się na figury i nie-fugury...proszę obstawiać panie i panowie...
Na koniec mam taką informacje: od przyszłego tygodnia moje książki oraz komiksy dostępne będą w sklepiku Muzeum Polskiego w Rapperswilu. To nie jest może wielki sukces, być może nie jest to żaden sukces, ale ja się cieszę. Cieszę się, bo wiem, że w tym sklepiku nigdy nie będzie żadnej książki Ziemkiewicza, Goćka, Szczygła, Orlińskiego, Horubały, ani Wencla, nie mówiąc już o Skwiecińskim, który nawet książek nie pisze.
Po ogłoszeniu powyższego pozostaje nam czekać na to kto i w jakiej kolejności będzie dzwonił do Rapperswilu z interwencją w naszej sprawie. Nazwiska będę publikował na blogu. Szykuje się niezła zabawa.
Zapraszam na stronę www.coryllus.pl gdzie mamy już nową książkę Toyaha.


Komentarze
Pokaż komentarze (38)