W czasach kiedy chodziłem do szkoły średniej podręczniki dla techników leśnych to był wydawniczy rarytas. Niewiele osób je posiadało na własność, tak więc większość czasu na godzinach lekcyjnych poświęcaliśmy na sporządzanie notatek, tak jak się to zwykle czyni na wykładach. Najgorzej było z podręcznikami do użytkowania lasu, tych nie było w ogóle, podobnie było z urządzaniem lasu. Był jeden podręcznik, którego recenzentem był nawet nasz nauczyciel od tego przedmiotu, ale on sam zabronił nam korzystania z tego podręcznika. Najlepiej było z biologią, bo podręczniki można było wypożyczyć od nauczyciela przedmiotu i starczało ich dla każdego ucznia, podobnie było z ochroną lasu. Potem podręczniki do ochrony pojawiły się normalnie na rynku. Z hodowlą zaś lasu było tak, że podręczniki się pożyczało od prowadzącego, ale nie starczało ich dla wszystkich. Ślęczeliśmy więc nad nimi na lekcji po trzech albo czterech. Były to najstarsze podręczniki do nauk leśnych, wydane zaraz po wojnie i znajdowały się tam rzeczy absolutnie kuriozalne, które dziś zapewne miałby jakąś wartość dokumentacyjną, byłby świadectwem epoki, ale nie wiem czy choć jeden podręcznik do hodowli lasu zachował się do czasów obecnych. Weźmy takie choćby informacje o przygotowaniu gleby pod nasadzenia. Dla niektórych gatunków glebę przygotowuje się w ten sposób, że trzeba zedrzeć motyką darń na kwadracie o boku jednego metra. Czyni się to w górach głównie, na gruncie kamienistym, tam gdzie nie da rady wjechać wielki, leśny pług. I to się w tym podręczniku nazywało „placówka Łysenki”. Chodzi o ten kawałek ziemi pozbawionej trawy. Były i inne śmieszne rzeczy, ale już o nich zapomniałem. Jedna jeszcze pozostała mi w pamięci, autor radził, by, kiedy nie ma w leśniczówce odpowiedniego sprzętu do koszenia trawy na polanach, albo ludzi do tego, zawrzeć z chłopami umowę, obiecując im w zamian za skoszenie trzcinnika sprzedaż tej trawy po niższej cenie. Pan profesor od hodowli lasu, którym był straszny Władek, stawiający pałę za nierozróżnianie nasion olszy czarnej od nasion olszy szarej, bardzo się wstydził tego podręcznika. Mimo iż był zatwardziałym, ideowym komunistą. No, ale był to jedyny podręcznik i nic się nie dało zrobić. Władek dyktował nam bardzo dużo tekstu na lekcjach, żebyśmy się uwolnili jakoś od tych idiotyzmów z książki i poznali trochę prawdy o lesie i pracy. Wielu ludzi przepisując jego słowa wyrobiło sobie rękę i oko. Nie wszyscy, ale kilku tak. Przepisywanie było także na biologii, strona po stronie, lity tekst, bez stenografii. To byli czasy....No, ale jaki to ma związek z zamykaniem blogosfery? Już wszystko tłumaczę. Okazało się, że w tym tygodniku, co go wczoraj omawialiśmy, obok tekstu Skwiecińskiego znajduje się tekst Jachowicza, ja go nie zauważyłem specjalnie, bo nie chciało mi się czytać co pisze Jachowicz, a też bałem się trochę, że on napisał tam coś strasznego i tak głupiego, jak te placówki Łysenki i będę musiał się do tego odnieść. Redaktor Jachowicz zaś nie wywołuje we mnie żadnych krwiożerczych instynktów, pamiętam go bowiem z czasów kiedy pracował w gazowni i był to jeden z najsympatyczniejszy ludzi snujących się po tamtejszych korytarzach. Jego praca nigdy nie miała w sobie cienia tego zadęcia i pychy, które cechowały tak zwanych publicystów, a to pewnie z tego względu, że Jachowicz jest po prostu prawdziwym dziennikarzem. On w przeciwieństwie do Skwiecińskiego napisał dużo tekstów dziennikarskich, wszyscy te teksty cenili i trudno było się do Jachowicza przyczepiać o cokolwiek, bo znał się na robocie. No, ale zadzwoniłem wczoraj do Toyaha, żeby jeszcze trochę pogadać o tym tekście Skwiecińskiego. I Toyah zwrócił mi uwagę na tekst Jachowicza, a ja na swoje nieszczęście go przeczytałem. Okazało się, że to jest także tekst o blogosferze. Konkretnie zaś o pewnym blogerze, który skończył ogrodniczą zawodówkę na Mokotowie, jego nauczyciel, dobry fachowiec, obiecał mu załatwić pracę w ogrodzie botanicznym, ale się nie udało. Potem ten nauczyciel poszedł pracować do prywatnego parku Gierka w Bieszczadach, a sam bohater tekstu Jachowicza nie mógł znaleźć roboty, ale w końcu jakiś znajomy kapuś załatwił mu pracę w blogosferze. No i on tam pracuje od siedmiu lat, pisze różne teksty pod kilkoma nickami i wkurza się na tych wstrętnych prawicowców, którzy wydają swoje gazety i do tego jeszcze uruchamiają portale internetowe. On tak nie może, jest anonimowy, słaby i nieszczęśliwy w swojej frustracji, ale jego zwierzchnik generał Dukaczewski postanowił, że na najbliższej odprawie da mu awans, czy tylko może pochwałę. Nie pamiętam dokładnie. Tak to mniej więcej leci i zostało zaplanowane jako tekst zabawny, do śmiechu.
Nie twierdzę, że to jest tekst na mój temat, ale odnoszę się doń, ponieważ w całej blogosferze ja jeden mam coś wspólnego z sadzonkami i drzewami. Nie piszę o tym za często, trzeba być więc dość uważnym czytelnikiem bloga, żeby się co do tego orientować. Nie wiem skąd się redaktorowi Jachowiczowi wziął pomysł na ten tekst, ale wiem, że nawet przy wielkiej wyobraźni, po zapoznaniu się z drogą jego kariery, trudno byłoby go nazwać prawicowcem. Nie wiem do czego redaktor Jachowicz aspiruje, ale przypuszczam, że usiłuje tym swoim tekstem jakoś skonsolidować środowisko, mam na myśli podupadające środowisko dziennikarzy nazywających siebie prawicowcami właśnie. Konsolidacja najłatwiej idzie w opozycji do jakiejś wyraźnej grupy, albo jeszcze lepiej do jednego człowieka, wtedy mamy gwarancję, że nie skończy się ona awanturą i stratami w ludziach oraz sprzęcie. Dawniej różni kokieteryjni publicyści pisali, że nienawidzą tłumu, logiki tłumu, tyranii tłumu i innych rzeczy dla tłumu charakterystycznych. Potem, kiedy człowiek się głębiej nad tym zastanowił okazywało się, że ten tak zwany tłum to jeden, góra dwóch facetów. I dziś mamy to samo. Jachowicz ze Skwiecińskim walczą z tłumem anonimowych blogerów, którzy przeszkadzają ich wydawcy zarabiać na reglamentowaniu treści w internecie. Ów tłum blogerów charakteryzuje się kompromitującymi ekstrawagancjami intelektualnymi oraz tym, że pokończył ogrodnicze zawodówki na Mokotowie. Przeciwko temu tłumowi wytacza się najcięższe działa i ogłasza się jego klęskę zanim jeszcze padł pierwszy strzał. Co to oznacza? To proste. Karnowscy będą musieli wkrótce zamknąć swój portal, bo kiedy wprowadzą opłaty za korzystanie, wszyscy ich zlekceważą. Jachowicz i Skwieciński będą więc musieli pisać do portalu Wpotylicę za darmo, albo portal zniknie. O nic więcej tu nie idzie. Uważam, że ta sytuacja to wielki triumf blogosfery. Ponadto sądzę jeszcze, że niebawem wszyscy tak zwani profesjonalni publicyści zostaną zmuszeni przez okoliczności lub po prostu przez zwierzchników do odpowiadania na komentarze pod ich tekstami. To jest jedyny sposób by ocalić ich pozycję, innego nie ma. Blogosfery nie da się zamknąć, nie można zlikwidować prywatnych blogów, a z tego co widać Igor Janke nie zamierza zamykać salonu. Czeka nas więc nowa epoka, epoka, w której Rafał Aleksander Ziemkiewicz zmuszony zostanie do grzecznych i układnych dyskusji z Amsternem. Już nie mogę się doczekać kiedy to się stanie. A stanie się na pewno, wczoraj bowiem pojawił się w salonie Paweł Sito, dziennikarz radiowy. Po co? Nikt nie wie. Po co popularnemu dziennikarzowi, słynnej trójki potrzebny jest blog? Po to, by mieć kontakt ze słuchaczami, by ich trochę pokokietować, trochę nagonić do słuchania tej stacji, żeby wyniki sprzedażowe były lepsze. Innego wytłumaczenia nie ma. Kłopot jednak w tym, że ludzie tacy jak Paweł Sito sądzą, że wystarczy wrzucić tekst i już, reszta zrobi się sama. Nie zrobi się, wielu już próbowało. Czekamy więc co się stanie. Na razie mainstream, po siedmiu latach istnienia salonu i naszej w nim aktywności zauważył, że jesteśmy. Zmusiliśmy ich do tego uporczywą pracą, owo zwrócenie uwagi zabarwione jest agresją, pogardą i lekceważeniem, ale to dobrze. To znakomicie rokuje na przyszłość.
Jeśli uważacie, że tylko prawa strona mediów zauważyła blogosferę, mylicie się. Taki oto komentarz wpisał ktoś wczoraj na mojej stronie www.coryllus.pl , pod tekstem „Czy należy bić pisarki”:
Drogi panie Coryllus alias damski bokser.
Trochę przypadkiem przeczytałem ten wpis i musze przyznać, że zostałem przez pana niejako wywołany do tablicy, ponieważ tak się zabawnie składa, jestem partnerem jednej z wymienionych tu bohaterek pana wpisu. Nie ukrywam zaskoczyła mnie pana prosta diagnoza, jak wpłynąć na kobiety prezentujące niezgodną z naszą wizję świata. Według pana należy im sprawić łomot. Ponieważ generalnie uważam, że bicie kobiet i dzieci jest zarezerowane dla takich śmieci jak pan, z chęcią zastosuję lansowaną przez pana metodę przy okazji naszego bezpośredniego spotkania. Skoro z takim zapałem zachęca pan do bicia kobiet, rozumiem że nie będzie miał nic przeciwko, gdy wyjaśnimy sobie słusznośc naszych racji bądź ich brak w bezpośrednim spotkaniu i przy użyciu pana metod?
Nie znam pana, nie wiem gdzie pan mieszka, ale może wybiera się pan z wizytą do Warszawy? Proszę tylko podać datę i miejsce pobytu. Jeżeli nie, trudno. Gotów jestem przyjechać we wskazane miejsce. Czy może pana zapał do stosowania przemocy ogranicza się tylko do bicia kobiet? Aha, gdyby Pan z jakichś niezrozumiałych powodów postanowił zignorować moją ofertę rozmowy, proszę sobie nie wyobrażać, że uznam sprawę za zamkniętą. Ktoś powinien panu dokładnie uzmysłowić konsekwencje lansowanych przez siebie pogladów i proponowanych rozwiązań. Mówiąc wprost, prędzej czy później się spotkamy panie gajowy, więc proponuję nie odwlekać tego w czasie.
Oczywiste jest, że człeczyna ów nie zajrzał na mój blog przypadkiem, ani trochę przypadkiem, jak pisze. On ten blog czyta stale, bo nazywa mnie gajowym, czyli jest czytelnikiem uważnym. Ponieważ ja w tym tekście o pisarkach wymieniłem z nazwiska jedynie Tokarczukową, Chutnik i Dehnela, wychodzi na to, że któraś z tych osób oraz jej otoczenie śledzą ten blog z uwagą godną lepszej sprawy. Nie ma przymusu, naprawdę, można nie czytać. Jeśli zaś nie śledzą, to znaczy, ze za tym tekstem kryje się któryś z tych bałwanów „naszych” i urządza sobie takie żarty. Oni bowiem nasze blogi czytają i mowy nie ma żeby przestali. Postanowiłem, że na razie nie będę składał zawiadomienia do prokuratury. Zrobię to dopiero gdy groźby się powtórzą. No, albo wtedy kiedy zostanę zaatakowany, bronić się nie zamierzam, jeszcze nie zwariowałem.
Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl, gdzie sprzedajemy już nową książkę Toyaha o siłach ciemności panoszących się wokół nas.


Komentarze
Pokaż komentarze (24)