Podjęliśmy, dzięki uprzejmości kilku kolegów z Krakowa, kolejną próbę porozumienia się ze środowiskami katolickimi na Węgrzech. Jądrem tego porozumienia jest oczywiście album „Święte królestwo”. Efektów nie osiągnęliśmy żadnych, trzeba to powiedzieć otwarcie, i myślę, że żadnych już nie osiągniemy. Nasz sposób patrzenia na sprawy węgierskie jest tak różny od tego co prezentują oni, że o żadnej współpracy nie może być mowy. Spróbuję wyjaśnić o co chodzi. Oto mawia się w Polsce, że całą naszą historią rządzą trumny Piłsudskiego i Dmowskiego. Tyle, że u nas bez przerwy podejmuje się próby uwolnienia od tego zabójczego i jałowego schematu. Próby lepsze, gorsze, bardziej i mniej udane, ale realne. Poza tym nasz pop-polityczny schemat jest w miarę świeży i elastyczny, nie to co na Węgrzech, gdzie ma on już swoje lata, grubą warstwę patyny i rdzy na sobie, no i bardziej przypomina kunę dla opornych chłopów zapinaną na szyi niż sobolowy kołnierz uszyty z bogatych kawałków przeszłości (ale mi się napisało). O co chodzi? O to, że Węgrzy myślą o sobie i swojej historii na dwa sposoby, jest szkoła falenicka i szkoła otwocka. Można być albo węgierskim patriotą protestantem albo węgierskim lojalistą katolikiem wiernym tronowi Habsburgów. Nie ma żadnej, powtarzam – żadnej – możliwości by wyjść poza ten schemat. I to jest dopiero dramat. Ma on kilka odsłon i ja postaram się zaprezentować niektóre z nich.
Zacznijmy od źródeł owego schematu. Umieszczone są one daleko, daleko w przeszłości i patrząc na nie z perspektywy naszych lokalnych politykierów nie wychodzących poza alternatywę Dmowski-Piłsudski, nie powinny mieć znaczenia. A dla Węgrów mają, przynajmniej dla tych, którzy nie zajmują się wyłącznie biznesem i tworzeniem coraz to bardziej malowniczych bojówek mających odwrócić prządek po traktacie w Trianon. Dlaczego to jest takie ważne? Ponieważ Węgry są krajem totalnie zdewastowanym. To znaczy przeszłość Węgier jest tak nieprawdopodobnie bogata, że kiedy porówna się ją z teraźniejszością i zacznie dochodzić istoty zmiany lepszego na gorsze można dostać schizofrenii. Dramat Węgrów polega na tym, że oni muszą się czepiać czegokolwiek, bo właściwe ze wszystkiego ich okradziono i wszyscy ich zdradzili. Stąd bierze się ich nieufność, całe to gadanie o samotności narodu, a bywa że i programowa wrogość. No, ale dla nas, ludzi patrzących na Węgry i Węgrów z pewnego oddalenia jasne jest, że próba znalezienia wyjścia z sytuacji w jakiej Węgrzy się znajdują, próba oparta o omawianą tu alternatywę zakończy się kolejną katastrofą. Żeby dociec dlaczego tak się stanie musimy znów przenieść się pod Mohacz i podjąć próbę zrozumienia co się dzieje chwilę po katastrofach dziejowych. Sprawa jest prosta, natychmiast uruchomiona zostaje machina propagandowa, która ma unieważnić i skompromitować przegranych. Dzięki niej natychmiast otwierają się różne, z gruntu fałszywe alternatywy, które prowadzą wprost do piekła. Oczywiście, w momencie kiedy wali się świat trudno nie podążyć jedną z tych, jakże łatwo dostępnych dróg. No, ale na tym właśnie polega wielka polityka, by się nie dawać wkręcać w takie historie. Węgry po Mohaczu to obszar rozdrapywany przez Niemców, lokalne koterie, a w końcu ostatecznie podzielony przez sułtana. Trudno było wymagać w kilka czy kilkanaście lat po bitwie, by elity węgierskie podejmowały właściwe polityczne decyzje. Nikt ich nie mógł wtedy podjąć, nie było takiej mocy na świecie. No, ale my dziś możemy podjąć taką próbę i opisać tamtą sytuację inaczej niż czyniono do tej pory.
Podzielone Węgry, to zalążek politycznego myślenia, o którym tu mówimy: lojalny wobec Habsburgów obszar na północy i zachodzie, tolerancyjny, innowierczy Siedmiogród oraz środek kraju pod okupacją turecką, który ma zostać – w teorii – przyłączony do jednej z pozostałych części i w ten sposób królestwo ma być odbudowane. To, wbrew narzucającym się oczywistościom i łatwiznom, wbrew mapie i wbrew pobożnym życzeniom, była i jest nadal polityczna fikcja. Nawet wtedy kiedy Turków w końcu wypchnięto z Bałkanów. O fikcyjności takich pomysłów Węgrzy przekonali się w roku 1848 kiedy na równinę panońską wkroczyły korpusy Paskiewicza. Nie można mówić o zjednoczeniu Węgier pod berłem Habsburgów i nie można mówić o zjednoczeniu Węgier wokół Siedmiogrodu. I trudno doprawdy zrozumieć dlaczego Węgrzy tego nie pojmują. Praktyka polityczna po I wojnie światowej dowiodła dobitnie obydwu tych niemożności. Niemcy wyszli z wojny właściwie bez szwanku. Odebrano im mocarstwowość, bo powstała Polska, Czechosłowacja i Francuzi przyłączyli na powrót Alzację i Lotaryngię. No, ale Niemcy dalej były wielkimi Niemcami, a naród niemiecki zajmował centralne miejsce w Europie i ciągle był jednym z najliczniejszych narodów na kontynencie. Niemców było więcej niż Francuzów, a może nawet więcej niż Brytyjczyków. Mimo to Niemcy byli niezadowoleni. Nie podobało im się, choć przecież widzieli, co się stało z Węgrami. To oni tak naprawdę zapłacili cenę za tę wojnę, zostali wypchnięci przed Niemców i za nich ukarani. Przy okazji ujawniła się także fikcyjność prohabsburskiej lojalności i siedmiogrodzkiej tolerancji wyznaniowej. Habsburgowie od chwili kiedy Paskiewicz przywrócił im znaczenie i moc byli skazani na zapomnienie i klęskę, byli upudrowanym trupem, czego – jak się zdaje - niektóre koła na Węgrzech nie chciały dostrzec. Siedmiogród zaś okazał się tym, czym był zawsze od czasów Jana Zygmunta Zapolyi, obszarem na którym obce agentury realizowały plany swoich patronów. Obszarem pełnym złota, zboża i miedzi, które wybierał kto chciał odpalając jakąś garść miedziaków miejscowym. Póki elita siedmiogrodzka składała się z węgierskich panów można się było jeszcze łudzić co do przyszłości. No, ale przecież w czasie XVIII i XIX stulecia zmieniła się całkiem struktura narodowościowa tego obszaru, a Węgrzy jakby tego nie zauważyli. Być może nie mogli nic zrobić, trzeba to zrozumieć, ale jak się nie może nic zrobić to nie można też budować wokół tej niemożności politycznych planów.
Mamy więc katastrofę, propagandę wymierzoną wprost w serce narodu i chęci by powrócić do stanu sprzed katastrofy. Co to za stan? Obszar sprzed traktatu w Trianon. Do tego Węgrzy chcą wrócić. Kto był wtedy królem? Franciszek Józef I oczywiście. Czy ma to sens wobec tego? Czy warto odbudowywać państwo rządzone przez znienawidzonych Habsburgów? Tak – mówią katolicy – warto. Protestanci też mówią, że warto, ale nie mówią wokół jakiej doktryny to państwo ma być odbudowane i dlaczego niby ma być republiką, skoro nigdy, przed rokiem 1945 republiką nie było? Według zasad, które tu mozolnie odkrywamy taka sztuka, jak zbudowanie republiki węgierskiej w granicach królestwa Węgier sprzed roku 1918, królestwa rządzonego przez niemiecką dynastię, nie jest możliwa. Gorzej – doprowadzi do kolejnej, być może ostatecznej katastrofy. No, ale premier Węgier i inni politycy mniej lub bardziej oficjalnie do tego wątku powracają. My się w Węgrami zgadzamy, ale pytamy: Bracia! Jak chcecie to zrobić? I nie otrzymujemy dobrej odpowiedzi.
Czy sami ją mamy. No więc ja twierdzę, że mam. Trzeba zacząć od zanegowania propagandy antywęgierskiej ostatnich czterech stuleci. Trzeba wrócić do stanu sprzed Mohacza i dowiedzieć się czym były wtedy Węgry. I to jest sprawa prosta. Węgry były wtedy lennem św. Piotra, krajem papieskim, świętym królestwem, bogatym, ludnym i pięknym. Zawaliły się wskutek serii zdrad i intryg. Wielu Węgrów uznało, że Kościół ich zdradził i przyjęło naukę Kalwina, kraj zaś, który zamieszkiwali stanął otworem dla polityki antykościelnej, czyli dla polityki Londynu. To nie jest prawda, że Kościół zdradził, o czym wiemy, bo Kościół został podporządkowany dynastii niemieckiej w rok po Mohaczu i o tym trzeba zawsze pamiętać. Wybór zaś pomiędzy Niemcem a brytyjską agenturą nie jest dobrym wyborem dla wolnego narodu. Państwa zaś nie buduje się w oparciu o sojusze z przegrywającymi i skazanymi na zapomnienie dynastami. O czym premier Orban przekona się wkrótce. Żeby odbudować Węgry trzeba zdemaskować całe to oszustwo, które zalęgło się na Węgrzech po 29 sierpnia 1526. I nie wybierać pomiędzy dżumą a cholerą. To nic nie da. Oczywiste jest, że nie da się dziś odbudować wielkich Węgier, ale można zmienić sposób opowiadania o ich historii. Podjęliśmy właśnie taką próbę. Nie spotkała się ona z dobrym przyjęciem wśród Węgrów, ale nic nas to nie obchodzi. Będziemy nadal robić swoje czy to się republice węgierskiej i jej mieszkańcom podoba czy nie. Jeśli Węgrzy chcą się do nas przyłączyć chętnie ich przyjmiemy, jeśli nie, trudno, rozpaczy nie będzie. Zrobiliśmy już dla korony św. Stefana wszystko co mogliśmy zrobić. Nie będziemy prosić republiki o wsparcie i promocję. Poradzimy sobie bez niej.
Porzućmy teraz te rozważania i przejdźmy do tematów bliższych naszym sercom. Oto – jak podają niektórzy - mieliśmy wczoraj rocznicę śmierci Jakuba Fuggera, człowieka który wyrządził Węgrom najwięcej zła. Według innych rocznica tej śmierci będzie dopiero jutro. Kiedy by ów dziń nie przypadał wszyscy powinniśmy mieć go w pamięci, albowiem Jakub i jego życie to wręcz wzorzec metra dla setek ludzi dysponujących pieniędzmi i wywierających wpływ na nasze życie. Dlatego właśnie trzeba o nim i jego wyczynach pamiętać, analogie są niebezpiecznie blisko. Żeby uczcić ten dzień, dzień w którym Pan Bóg uwolnił świat od Jakuba Fuggera postanawiam co następuje: od dziś do godziny 00.00 dnia 31 grudnia 2014 wszystkie tomy Baśni jak niedźwiedź z wyjątkiem tomu III kosztować będą 20 złotych, również ostatni tom zatytułowany „Niedźwiedź i róża czyli tajna historia Czech. Po upływie tego terminu wszystko wraca do normy. W promocyjnej cenie dostępny będzie jedynie tom pierwszy.
Zapraszam na stronę www.coryllus.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (51)