coryllus coryllus
6001
BLOG

Szymon de Monfrort - rycerz chrześcijańskiej Europy

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 133

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że każdorazowe pojawienie się w przestrzeni muzycznej ostro lansowanego artysty, który śpiewa w języku francuskim, ma związek z jakimiś zakulisowymi politycznymi przesileniami. I nie ma znaczenia, czy wokalista pochodzi z Francji czy z Kanady. Sami musicie sprawdzić, czy tak było w przypadku Celine Dijon i Garou. Z całą pewnością było tak w przypadku artysty nazwiskiem Sardou, Michelle Sarodu. Wielu z Was z pewnością pamięta jego piosenki z lat siedemdziesiątych, a może nawet te wcześniejsze. Sarodu do niedawna występował jeszcze na estradzie i gromadził tysiące fanów. Francuzi go uwielbiali, utworem dzięki któremu był rozpoznawalny stała się piosenka pod tytułem La maladi d'amour. Nie ona jednak będzie nas interesować najbardziej.

Sardou zasłynął po raz pierwszy w roku 1967, kiedy to wykonał pieśń zatytułowaną „Les Ricains”. Piosenka ta do białej furii doprowadziła prezydenta de' Gaulle'a i została ocenzurowana, nie wolno jej było jej śpiewać na ulicy, a także puszczać w radio. Sardou wyskoczył bowiem ze swoją piosenką jak Filip z konopi. Les Ricains po francusku to znaczy Jankesi. Pieśń opowiada rzecz jasna o chłopakach z Georgii, którzy zostali pozabijani na plażach Normandii, po to, by Francja mogła być wolna. Sami zresztą posłuchajcie https://www.youtube.com/watch?v=IYINRTN4YNQ . No, a w roku 1967 De Gaulle wycofał Francuzów z dowództwa NATO i potępił amerykańską interwencję w Wietnamie. Nie była to dobra pora na przypominanie bohaterstwa żołnierzy amerykańskich, którzy ratowali Francuzów z wielkich kłopotów, czego – o czym warto pamiętać – sami Francuzi zrobić nie potrafili. Uważni czytelnicy kwartalnika „Szkoła Nawigatorów” dobrze wiedzą, że Charles De Gaulle nie był dobrotliwym wujaszkiem ze śmiesznym wąsem, którego widzimy na pomniku stojącym przy rondzie jego imienia, znajdującym się w Warszawie. Był generał De Gaulle zimnym sukinsynem, który w imię swoich, średnio rozpoznawalnych racji skazywał na śmierć ludzi niewinnych lub takich, których wina była niewspółmierna do kary, a zatrzymywał przy życiu szuje i świnie, bez żenady współpracujące z niemieckim okupantem. Pozostaje więc otwarte pytanie – jak to możliwe, że młody wykonawca, Michelle Sardou nie złamał sobie ostatecznie kariery piosenką o dobrych Jankesach lądujących w Normandii. Wielu z wielbicieli tak zwanej demokracji powie pewnie, że to dzięki systemowi, który gwarantował wolność i swobodę głoszenia poglądów. Otóż mam na ten temat inne zdanie. Po kolei jednak.

Wśród utworów śpiewanych przez Michelle Sardou mamy też takie jak  L'An milLes Routes de RomeUn jour la liberté

Oto linki:

https://www.youtube.com/watch?v=GNlfTMwIHg4

https://www.youtube.com/watch?v=Qsvpe_91ees

https://www.youtube.com/results?search_query=un+jour+la+libert%C3%A9+michel+sardou

 

Autorem słów do tych pieśni, jakże wzniosłych, nie jest jakiś przypadkowy tekściarz-zawodowiec. Napisał je ktoś inny zgoła. Człowiek nazwiskiem Pierre Barret. Pan ów pisaniem parał się jedynie po godzinach pracy, a te spędzał w redakcji dziennika L'Expresse gdzie był dyrektorem generalnym oraz w rozgłośni radiowej Europe 1, w której piastował podobną funkcję. Tam także emitowano piosenki Sardou nie specjalnie przejmując się wściekłością pana generała, którego nazwisko zaczyna się na literę G. Pierre Barret był z wykształcenia ekonomistą, skończył jedną z najbardziej prestiżowych uczelni o tym profilu, jakie w ogóle istnieją na świecie słynną paryską HEC - L'École des hautes études commerciales de Paris.

Wielu z Was z pewnością kojarzy jego nazwisko. Jest on współautorem jednej z najpopularniejszych w Polsce powieści historycznych zatytułowanej „Turnieje boże”. Rzecz składa się z trzech części, które noszą tytuły „Templariusz z Jeruzalem”, „Grosz ubogich” oraz „I my pójdziemy na kraniec świata”. Książki te napisane zostały pod koniec lat siedemdziesiątych, a wydane dokładnie w przededniu objęcia urzędu prezydenta republiki przez Fracoise Mitteranda. Czy ja napisałem Mitteranda?! A niech to wszystko zdradziłem i teraz na pewno nie kupicie już mojej książki pod tytułem „Kredyt i wojna tom I” opowiadającej o heretykach z Langwedocji. Wszystko przepadało......

He, he, żartuję rzecz jasna. No, ale wróćmy do Mitternda. Jego de Gaulle nie rozstrzelał, choć miał na to szczerą ochotę. Mitterand, wychowanek jezuitów, przez wiele lat ostentacyjnie pobożny katolik, znalazł się w latach wojny w administracji Vichy. Należał do organizacji Croix de feu, co może znaczyć zupełnie coś innego niż nam się zdaje. Ludzie ci popierali politykę Petaine'a. Nie dlatego, że kochali Niemców, ale dlatego, że nienawidzili Anglików. A – o czym czasem mówią w kanale BBC, w programach historycznych – przed atakiem Niemiec na Francję Churchill zaproponował Francuzom utworzenie wspólnego państwa. Stary Petaine doskonale wiedział czym to pachnie i wolał Hitlera. Rozumiał, stary dobry marszałek, że z Niemcami Francja jakoś się upora, prędzej czy później. Z Anglikami i ich roszczeniami nie było na to żadnych widoków. Ludzie, którzy go popierali, tacy jak Mitterand, mieli we Francji rzesze zwolenników i dlatego nie można było ich tak po prostu rozstrzelać, jak na przykład Roberta Brasillacha, który odwiedził Katyń i głośno mówił o tym, że za tą zbrodnią stoją sowieci. Pod koniec wojny, jak piszą w wiki Mitterand miał do dyspozycji swoją siatkę agentów, zwanych czasem partyzantami. De Gaulle chciał, by połączył ją z bandą jego zięcia, ale Mitterand odmówił. Stwierdził, że jego gang jest większy. De Gaulle mógł tylko zacisnąć pięści. Nic nie zrobił, nie szykanował nawet Mitteranda.

Po wojnie Mitterand pełnił ważne funkcje, był ministrem sprawiedliwości i spraw wewnętrznych, a także naturalnym kandydatem na prezydenta po śmierci De Gaulle'a. Ta zaś jak pamiętamy mogła nastąpić w każdej chwili. Mitterand dbał także o to, by mieć poparcie mediów, obsadzał w nich swoich ludzi i pomagał niektórym rozgłośniom i gazetom przebić się na rynku. Tak było z L'Expresse i Europe 1. Tak potężny i wpływowy polityk, jak on i stojący za nim ludzie mogli z łatwością wypromować młodego wokalistę śpiewającego zaangażowane politycznie pieśni. Ot, choćby takiego, jak Michelle Sardou, który wkurzył samego De Gaulle'a.

Nas jednak bardziej interesują książki. Ten napisane przez Pierra Barreta, który pracował wespół z pisarzem nazwiskiem Jean Noel Gurgand, zrobiły we Francji furorę i zostały przetłumaczone na język polski, w trzy lata po objęciu prezydentury przez Mitteranda. Były, jak sądzę, elementem tego co nazywamy czasem ekspansją kulturalną. Francja uprawiała i nadal uprawia taką ekspansję, ale rzecz jasna nie umywa się ona do innych, analogicznych przedsięwzięć, na przykład amerykańskich czy izraelskich. W tamtych latach, dokładnie, w doku 1984 to było jednak coś. Ja te powieści przeczytałem z zapartym tchem. Nie wiedziałem wtedy jeszcze kto za tym wszystkim stoi i do głowy mi nie przyszło, że pisarzami mogą zostać dyrektorzy generalni wielkich rozgłośni radiowych i ogólnokrajowych dzienników. No, ale takie są fakty.

Wiemy, że powieść historyczna to ważny gatunek literacki. W niej wyraża się doktryna państwa. Nie tylko w niej rzecz jasna, ale poprzez powieść historyczną doktryna ta trafia do serc ludzi wrażliwych, o te właśnie serca toczy się na świecie bój dobra ze złem. Kiedy Mitterand został prezydentem niewiele już w nim zostało z dawnego wychowanka jezuitów, a nie byli to też przecież ci jezuici, o których myślimy. Jak pamiętacie zapewne, startował on w wyborach z ramienia partii socjalistycznej. Co rzecz jasna nie miało żadnego znaczenia, podobnie jak nie ma go dzisiaj. Mitterand był człowiekiem, na którego bardzo liczyli Les Ricaines i jak wiemy trochę się przeliczyli.

No, ale wracajmy do naszej powieści. Najgorszym, najczarniejszym jej bohaterem jest Szymon de Montfort, którego wbrew źródłom Barret i Gurgand opisują jako spasionego okrutnika, bez litości mordującego dzieci, kobiety i starców. Jest prócz tego Motnfort religijnym fanatykiem, blisko współpracującym z Arnoldem Amaury, cysterskim opatem Citeaux, który każe palić heretyków na stosach. Wszystko to opisane jest tak, że nie rozumiejący kontekstów czytelnik ma ochotę zamordować Montforta gołymi rękami. Bo bywa i tak, że dyrektorzy generalni dzienników i rozgłośni radiowych mają rzeczywisty talent literacki. Kiedy w końcu udaje się zabić tego potwora, obaj autorzy, ludzie z gangu Mitteranda, płaczą z radości, a wraz z nimi wszyscy czytelnicy ich książek.

Kto jest dobry w tej książce? Umiarkowany katolik Wilem d'Encausse, który dokonał fałszywego wyboru i ruszył na krucjatę, poparł papieża jednym słowem za co został ukarany straszliwie i my nie rozumiemy dlaczego. No, ale światem rządzą przecież ludzie pokroju Montforta nie ma się więc co dziwić. Nie chcę Wam odbierać przyjemności z czytania tej książki, nie będę więc jej streszczał. Chodzi mi o to, że Montfort, człowiek który wraz z cystersami uratował Francję w takim kształcie, jaki ona ma dziś, stał się w oficjalnej narracji republiki wrogiem publicznym numer 1. Zbrodniarzem wojennym gorszym od tych wstrętnych Les Ricains, którzy napadli na dobry komunistyczny Wietnam.

Chodzi mi o to, że francuska doktryna państwowa chadza drogami bardziej zakręconymi niż pospolita głupota ludzka i przez to właśnie Francja jest dzisiaj tym czym jest – niczym. Mitterand zaś znalazł się pośmiertnie na liście oskarżonych o ludobójstwo w Rwandzie.

Szymon de Montfort był w rzeczywistości młodym, energicznym człowiekiem, jako jeden z nielicznych ludzi w owym potwornym czasie miał normalną rodzinę, a jego żona Alice wspierała go we wszystkich poczynaniach. Urodziła mu ponadto sześcioro dzieci. Dzięki niemu Południe nie wpadło w ręce króla Aragonii Piotra, cesarskiego lennika, który miał szczerą ochotę wraz z Planatgenetami i miastami cesarskimi takimi jak Marsylia, zlikwidować monarchię Kapetyngów. Szymon de Montfort dysponował śmiesznie małą liczbą wojska, wśród którego mógł liczyć na niewielu ludzi jedynie. Gros tej armii bowiem reprezentowała interesy sił, które chciały się porządnie obłowić w Langwedocji. Mam swoje typy co do najważniejszych rozgrywających, ale ich teraz nie zdradzę. Szymon de Montfort prowadził za sobą wielu baronów i rycerzy z Południa, którzy dość mieli rządów hrabiego Rajmunda z Tuluzy i dość heretyków, oraz Żydów u których byli zadłużeni. Niech nie martwią się jednak filosemici. Montfort i Amaury nie spalili Narbony, miasta synagog. Papież Innocenty im zabronił. Przez dziewięć lat rycerz Szymon walczył o to, by ziemie lenników aragońskich nie połączyły się ziemiami cesarskimi. Nie pomagał mu nikt właściwie, ani papież, który kilka razy odwoływał krucjatę, po to, by przekonany przez cystersów, znów ją rozpocząć, ani król Francji, który obawiał się inwazji z Niemiec, Flandrii i Akwitanii. Szymon de Montfort był sam, popierała go jedynie żona Alicja z klanu Montmorency i kilku gangsterów z Południa. No i cystersi, którym najbardziej zależało na likwidacji herezji. Sprawy ułożyły się tak, że rycerz Szymon zginął pod murami Tuluzy, a herezja rozpleniła się jeszcze bardziej i niebezpieczeństwo nie zostało zażegnane. I choć przeczytacie o tym w książce Barreta i Gurganda, fakty te nie zostaną zinterpretowane w taki sposób jak powyżej. Ludzie prezydenta Mitteranda nienawidzili Szymona de Montfort, bo psuł im on obraz Francji współczesnej, otwartej i tolerancyjnej, Francji, w której nie ma miejsca dla katolickich fanatyków religijnych. Swoje miejsce mają tam dziś tylko fanatycy muzułmańscy, fanatycy herezji, która ujawniła się w nowej zupełnie postaci. No i biedni zwykli ludzie, którzy niczego nie rozumieją.

 

Nie mogę Wam niestety obiecać, że skończę książkę „Kredyt i wojna tom I” na targi majowe, które odbywać się będą na stadionie, ale bardzo się postaram. W każdym razie już dziś zapraszam na te targi, bo będzie tam na pewno nowy album Tomka, „Narodziny świata w 20 obrazach”, który w większej części poświęcony jest polityce III republiki. Pozostaniemy więc w temacie. A jest to naprawdę piękny album.

 

Przypominam, że w przyszły czwartek zaczynają się w Warszawie targi Wydawców Katolickich, będziemy tam z Toyahem. Ja przez cztery dni, a Toyah przez dwa. W kolejny piątek zaś zaczynają się targi w Białymstoku. Będę tam miał dwa wieczory autorskie, jeden w samym mieście, a drugi w Sokółce, pierwszy 24 kwietnia, a drugi 25. 30 zaś kwietnia będziemy z Toyahem i Dr. Wallem w Opolu dyskutować o szansach Andrzeja Dudy na fotel prezydencki. Początek o ile pamiętam o 18.00. Zmianie ulegają plany mojego wyjazdu do Szwajcarii. Nie mogę tam pojechać w czerwcu, będziemy więc w Rapperswilu na początku września. Raczej nie dojedziemy do Genewy. Zbyt optymistycznie to zaplanowaliśmy. Nie damy rady po prostu. No, ale co się odwlecze to nie uciecze.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl i do sklepu FOTO MAG gdzie są już nowe Baśnie. Zapraszam także na targi książki, kwietniowe i majowe, które odbędą się na Stadionie Narodowym w połowie miesiąca.

 

Aha, byłbym zapomniał, zgłosiłem nasz komiks do nagrody Feniksa, w dwóch kategoriach – wydawnictwo młodzieżowe i edytorstwo. Nie liczę na nic, ale ciekaw jestem, czy taki produkt jak komiks ma w ogóle szansę. Zwycięży pewnie jak zwykle Górny ze swoją książką o graalu, albo Ziemiec, który napisze coś o swoim profesjonalizmie. Zawodowcy górą.

 

Mam tu jeszcze link do nowej pogadanki i tradycyjnie nasze trailery

 

https://www.youtube.com/watch?v=AfZdlZ0_xX4&feature=youtu.be

 

https://www.youtube.com/watch?v=PZ77GGVUfLw

https://www.youtube.com/watch?v=agpza8Ag5bA

https://www.youtube.com/watch?v=kJ7REL-ee4s

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (133)

Inne tematy w dziale Polityka