Czytam nadal biografię Igora Newerly. To jest niemożliwa do wyobrażenia piramida łgarstw. Na samej okładce zaś jest dwulinijkowy tekst o tym, jakim wspaniałym człowiekiem i jakim wspaniałym pisarzem był pan Igor. Autorem tej dwuwersowej laudacji jest dziennikarz Jerzy Skoczylas. W zasadzie ci, którzy oczekują w tej książce jakiegoś słowa prawdy mogą już jej nie otwierać. Ja jednak czytam bez złudzeń, bo wiem, że nawet jak się będę bardzo starał prawdy nie dojdę. Do tego potrzebny jest zespół śledczych, do tego rozsiany po całym globie. Nie wiem czy jest sens inwestować w taką imprezę, żeby zdemaskować jednego starego oszusta. Jedno co z tej książki wynieść możemy to wiedza o kreowaniu bohaterów. Opisany jest tam jeden z żydowskich przyjaciół Newerlego, który zrobił po wojnie karierę w Londynie, nazywa się ów człowiek Izaak Deutscher. Jego tata bezskutecznie namawiał go na pisanie w języku niemieckim, ponieważ uważał, że język ten jest uniwersalny, w przeciwieństwie do prowincjonalnego języka polskiego. Izaak nie słuchał go jednak za bardzo i nadal pisał dla Małego Przeglądu po polsku, potem zaś przed samą wojną wyjechał do Londynu i tam zaczął pracować dla The Economist. Co za fantastyczny splot okoliczności! Zamiast się uczyć niemieckiego wyczuł, że lepiej pozostać przy polskim i śmignąć do tego Londynu przeskakując od razu w angielski. Szczęściarz.
Na jedno trzeba tu zwrócić uwagę, starzy Żydzi nie mieli złudzeń co do języka polskiego, nie lubili go i nie traktowali poważnie. Co innego młodsi, którzy podłączyli się do właściwego źródła informacji. Oni swobodnie mówili i pisali po polsku, traktując niemiecki jako pewien etap, który właśnie mija.
Czytając tę biografię myślę, że możliwości wykreowania dowolnej liczby wieszczów w tak prowincjonalnym języku jak nasz są właściwie nieograniczone. Można zrobić pisarza z faceta, który jest pół Czechem, pół Rosjaninem, dorobić mu polski życiorys, wmówić ludziom przed wojną, że stenografował przemówienie Piłsudskiego, wygłoszone przed samym zamachem majowym, po wojnie zaś zrobić zeń opozycjonistę. Jak? To proste. Trzeba napisać, że w czasie kiedy w bibliotece na Koszykowej leżały stare, pochodzące z lat dwudziestych egzemplarze pisma Za Swobodu, w którym Newerly coś tam drukował, jakieś przemyślenia i notatki, niekoniecznie zgodne z ówczesną linią partii, on swobodnie chodził po mieście i udawał komunistycznego pisarza. Było to prawdziwe bohaterstwo według jego biografa Zielińskiego. Ja nie żartuję, tak jest tam napisane, chyba, że czegoś nie zrozumiałem, bo zagmatwanie kłamstw jest w tej książce straszliwe. Pisał na przykład Newerly w tym periodyku, że rewolucja jest jak parowóz pędzący gdzieś tam, a maszynistą jest Lenin, nieboszczyk od 4 lat. Jak pamiętamy Lenin umarł w 1924, no więc Newerly musiał swoje rewelacje opublikować w 1928, a przecież wtedy był już od trzech lat w Warszawie i nawet stenografował przemówienie marszałka. Miał zdolność bilokacji po prostu, której jego biograf Zieliński nie zauważył. A może sam był tak przerażony odkrytymi rewelacjami, że postanowił je umieścić w książce, ale silnie zakamuflowane. Wątpię w to troszkę, bo mamy wszak wolność słowa, jakby kto zapomniał i chyba taki wymóg jak zgodność tekstu z elementarną logiką nikomu nie powinien blokować kariery w biografistyce. No, ale Zieliński go nie spełnia, a książki pisze, jak to możliwe? Nie wiem.
W Odessie był Newerly wraz z kolegą i koleżanką pod dozorem milicyjnym. Kapujecie...pod dozorem milicyjnym na początku lat dwudziestych. Nie opuścił Kijowa wraz z polską armią, choć ponoć już wtedy czuł się Polakiem (ciekawe z jakiego powodu), został a potem trafił do Odessy, gdzie za odchylenia mieńszewickie dostał policyjny dozór i musiał się meldować w Czeka, a kiedy już się zameldował leciał na plażę albo do swojej czterdziestoletniej ciotki wdowy, z którą miał romans. Miał wówczas siedemnaście lat. Ach! Byłbym zapomniał, w Kijowie chodził na wykłady profesora Delone, który był pionierem awiacji...
Już wtedy stenografował. Nauczył się tej trudnej sztuki z małego niebieskiego podręcznika. I wyobraźcie sobie, że dostał fantastyczne zlecenie, będąc pod tym dozorem policyjnym, stenografował relacje żołnierzy walczących w korpusie Grigorija Kotowskiego. Ten Kotowski był jednym ze sławnych czerwonych dowódców. Walczył najpierw na froncie polskim, a potem na Kaukazie, walczył też z Denikiem w Odessie i tam wszedł w układ z miejscową, żydowską mafią prowadzoną przez Miszkę Japończyka, który w prozie Izaaka Babla nazywa się Benia Kszyk. Tenże Benia Krzyk, postać malownicza i dająca się lubić, nagle ni z tego nie z owego wystrzelał ariergardę Denikinowców, jak nas poucza Izaak Babel. Tenże Izaak pisze, że gangsterzy z Odessy pomogli bolszewikom w zamian za zgodę na rabunek miasta. Okazało się potem, że bolszewicy trochę kłamią. Jaki to ma związek z tym całym Kotowskim? No, taki, że w roku 1925 jeden z ludzi Miszy Japończyka kropnął pana marszałka w pewnym burdelu, jak nie przymierzając Nikosia Skotarczaka. Dzieje tegoż właśnie marszałka Kotowskiego stenografował siedemnastoletni Newerly. Kotowski jest w tych dziejach, bo Zieliński cytuje fragmenty książek Newerlego, w których on występuje, skończonym bohaterem i człowiekiem żyjącym pełnią życia.
Nie lepiej jest z późniejszymi fragmentami życiorysu pana Igora. Tuż przed wojną wziął on, jak sam napisał, dziesięć tygodni wolnego i kajakiem opłynął dokoła Polskę, wzdłuż jej granic. Normalnie jakby miał jakieś przeczucie co do dalszych losów kraju. Było lato roku 1939. Dziesięć tygodni urlopu!!!!!
Z tej wyprawy jakoś nic nie zanotował, tylko o niej wspomina, za to inne krótsze są opisane dokładnie. W latach trzydziestych bywał w kolonii Teozofów w Mężeninie nad Bugiem, gdzie spotykał generała Karaszewicza-Tokarzewskiego, starego wariata, który odprawiał tam różne kulty i uwodził panie z towarzystwa. Dołęga Mostowicz opisał ten Mężenin jako Sodomię Pogorię, gdzie kultywuje się głównie seks grupowy, ale Newerly miał o tym miejscu inne zdanie. Raz nawet się zdarzyło, że przywiózł tam jakiegoś znajduszka, który przyplątał się doń w czasie kajakowej wyprawy na Polesie. Oddał tego chłopczyka w ręce Korczaka rzecz jasna, który także bywał w kolonii teozofów.
W czasie wojny Newerly ratuje Żydów, jest to tak opisane, że nie można się tych Żydów doliczyć. Kiedy jednak skupimy się bardzo okazuje się, że uratował jednego, a dwóch przechował parę dni w swoim mieszkaniu zanim znów nie wrócili do getta. Ten jeden, Lejzor, został przez Newerlego wysłany na wieś gdzieś pod Kazimierz Dolny, a tam słuch o nim zaginął. Ponoć zlekceważył zasady bezpieczeństwa i wyszedł na drogę, a tam zatrzymał go niemiecki patrol.
W roku 1943 Newerly został aresztowany, z Majdanka i Oświęcimia przysyłał swojej żonie Basi kartki z życzeniami. Do tego momentu doszedłem i musiałem odsapnąć. Aha, jego żona była nękana przez szmalcownika, albowiem była Żydówką z Puław. I zgadnijcie kto tego szmalcownika od żony Newerlego odstawił....tadam, tadam....nigdy nie zgadniecie...sam rotmistrz Witold Pilecki. Myślę, że związki Pileckiego z rodziną Newerlego są warte bliższego zbadania.
Pora na wnioski. Język polski jest językiem prowincjonalnym. Jest także językiem łatwym do formatowania i do wykorzystania w propagandzie tak skierowanej ku samym Polakom, jak i skierowanej na zewnątrz, jak ktoś nie wierzy niech poczyta Grossa. Formatowanie to odbywa się poprzez media, oraz wyznaczonych propagandystów zwanych literatami, no i przez system edukacji, który przymusowo tych literatów foruje. Jeszcze raz powtórzę: wystruganie z kartofla dziesięciu Newerlych i uczynienie z nich gwiazd literackiego firmamentu nie jest żadnym problemem. Jeśli więc ludzie młodzi w ciągu najbliższych dziesięciu lat nie stworzą czegoś co stałoby w opozycji do tych kreatur, to można zwijać manatki. A jak wiemy nie stworzą, bo młodzież poszukuje tylko jednego – akceptacji. Po to, by dać im złudzenie akceptacji wymyśla się konkursy literackie i wyciąga się nie wiadomo skąd laureatów, młodych geniuszy, którzy są od razu mistrzami. Przykładów mamy dziś w Polsce dość. One natychmiast formatują wyobraźnię i natychmiast zmieniają kryteria oceny. Do tego jeszcze blokują jakąkolwiek myśl, bo każdy kto chciałby debiutować poddany jest pokusie najprostszej – pisać tak jak Masłowska, albo Twadoch, wtedy na pewno się uda. Nie uda się, bo następcy Masłowskiej i Twarodcha już czekają w blokach na sygnał startowy. Są od dawna przygotowani. To jest stara tradycja, starsza myślę niż pismo dla dzieci, redagowane przez dzieci pod tytułem „Mały przegląd”.
Co powinni zrobić tak zwani doświadczeni, żeby się tej tendencji przeciwstawić? Powinni mieć niezależny system dystrybucji. Czy go mają? A gdzie tam. Zybertowicz sprzedaje swoją nową książkę na allegro i lansuje ją na tweeterze. Co to znaczy? Tyle tylko, że on nawet nie myśli takimi kategoriami jak dystrybucja. On chce napisać książkę i żeby wszyscy klaskali, a sprzedawać może ją z ręki na spotkaniach autorskich. W porównaniu z profesorem Zybertowieczem ośmioletni Józef Hen, który debiutował na łamach Małego przeglądu opowiadaniem o psie z podwórka w Aninie, wydaje się być prawdziwym orłem.
Co czynią inni doświadczeni mędrcy? To co zwykle, czekają na oklaski i dotacje. Nie niepokoją się wcale, bo wydaje im się, że wszystko jest okay. Otóż nie jest. Mam na to dowód. Właśnie zamykają PiW, bo ma za duże długi i jest nierentowny. Popatrzcie jak skonstruowany jest ten news. Informacja o zamknięciu instytutu, a obok zajawka tekstu o wydawnictwie Czarne, które działa już od 18 lat i pięknie sobie radzi. Ani słowa o tym ile gotówki państwo pompuje w to wydawnictwo. Oto link
Treści publikowane w języku polskim ulegną w ciągu najbliższych lat tak drastycznym zmianom, że ci co przyjdą po nas będą czytać Stasiuka z wypiekami na twarzy, będzie to dla nich kawał tęgiej prozy. O tym, by przeczytali cokolwiek innego mowy nie będzie, bo teksty takie nie przebiją się przez pojęcia wyhodowane w ich mózgach. Stąd mój wniosek, by ludzie brali się do roboty i pisali. Nie rozprawy filozoficzne jak Zybertowicz i nie demaskacje agentów jak Cenckiewicz. To są śmieci, na które po jednym sezonie nikt nie spojrzy. Trzeba się zająć, jak pan Igor Newerly kształtowaniem wyobraźni. Wiecie, że swój pierwszy wiersz napisał on w wieku 10 lat? Siedział na tarasie domu dziadka w Białowieży i ten wierszyk mu się „wymknął” i „poparzył duszę”. Tak to cudownie ujął słowem jeden z najwybitniejszych pisarzy polskich. Był naprawdę dobry, lepszy niż Stasiuk.
Zapraszam na stronęwww.coryllus.plgdzie można już kupić 7 numer Szkoły nawigatorów. Można już także kupić nowy tom Baśni jak niedźwiedź, zatytułowany „Kredyt i wojna”, zapraszam też do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy w Warszawie. Informuję również, że 16 lipca odbędzie się mój wieczór autorski w Bielsku Białej, początek o godzinie 18.00 w lokalu przy ul. Wzgórze 14. Wieczór organizowany jest przez miejscowy Klub Najwyższego Czasu, a tytuł spotkania brzmi „Moja Rzeczpospolita”.




Komentarze
Pokaż komentarze (58)