Pamiętam czasy, kiedy w co drugim komentarzu Toyahowi zarzucano tromtadrację. Mam nadzieję, że dobrze ten wyraz napisałem, w każdym razie chodzi o to, że Toyah dął w trąbę w momentach, które komentujący uważali za niestosowne i było to w ich oczach krępujące. Nie wiem w zasadzie co powinienem napisać teraz kiedy widzę te wszystkie posty wiszące na pudle w salonie24. Można stwierdzić, że to jest megatromtadracja, ale i tak nie odda to istoty. Mamy tam bowiem wszystko, od ironii, wyszlifowanej jak pasek do ostrzenia brzytwy do głębokiej zadumy nad losem gabinetu i samego prezydenta. Mamy wezwania do jedności i nadzieję, że duch Solidarności zstąpi i odnowi oblicze ziemi. Mamy też inne kwestie, których nie chce mi się nawet wymieniać. Wszystkie one jednak mają wspólną cechę dotyczą zbiorowego przeżywania emocji. Jednym zdaniem rzecz ujmując autorzy notek, reprezentujący różne środowiska chcieliby, żeby prezydent podkręcił zbiorowe emocje i żeby oni mogli w tym uczestniczyć.
To są moim zdaniem pragnienia smutne i demaskujące nędzę w jakiej się znajdujemy. Mamy oto po ośmiu latach sukces, który najprawdopodobniej nie jest nasz, jesteśmy tylko jakąś tam funkcją tego sukcesu, a próbujemy zachować się jakby on w całości należał do nas. Oznaczać to może tylko jedno – zamiast wytęskonionej jedności, zacznie się już wkrótce wyrywanie sobie ochłapów i stawianie zarzutów, których cechą będzie to iż pochodzić one będą ze sfery najmniej dla polityki istotnej czyli emocjonalnej. To widać już teraz i im bardziej ludzie podniecają się szczegółami zaprzysiężenia prezydenta, tym gorzej będzie później. Nie stoimy bowiem w prawdzie i nie mówimy językiem realiów, ale językiem życzeń.
Mógłbym poprzestać tutaj na wielokrotnie powtarzanym wniosku, że nie stać nas na żadną głębszą refleksję, że chcemy tylko stać w tłumie z rozdziawionymi gębami i wsłuchiwać się w różne głosy, podskakując od czasu do czasu, kiedy ktoś krzyknie – kto nie skacze ten za Tuskiem. No, ale nie możemy na tym skończyć, bo dookoła dzieją się rzeczy dziwne. Oto kanclerz Niemiec napisała do nowego prezydenta list, w którym jak byk stoi, że Niemcy są winni zbrodni na Polakach, oto królowa Elżbieta spieszy z gratulacjami. Nie wiem czy takie rzeczy odbywały się też za Bronka, ale mam wrażenie, że nie. Noty wystosowane przez tak ważne osobistości oceniam, jako wkład dworów obcych w kształt naszego wewnętrznego, narodowo-patriotycznego PR, a skoro tak je oceniłem, muszę się do nich odnieść z najwyższą podejrzliwością. Jedna w tym wszystkim pociecha, że ten głupi Zychowicz zostanie teraz ze swoimi demaskacjami, jak nie powiem kto na weselu. No, ale więcej pociech w tym nie ma. Jeśli państwa, które do tej pory prowadziły politykę, której celem było uprzedmiotowienie Polski, nagle zaczynają śpiewać inną piosenkę, to znaczy, że coś się zmieniło bardzo wysoko. A najpewniej zmienił się cały repertuar pieśni na światowych festiwalach, tylko my tego nie widzimy. My się przygotowujemy do wystąpienia w jedności, w masie, przygotowujemy się do demonstracji pozytywnej siły i energii. Kto zaś wystąpi przeciwko tym planom ten zapewne zostanie ogłoszony wrogiem zgody narodowej. No więc ja się już teraz ogłaszam tym wrogiem, żeby mi potem ktoś nie zarzucił, że się próbowałem przyłączyć. Nie podoba mi się list prezydenta do czytelników Gazety Wyborczej, bo nie sądzę, by stosowne było, aby głowa państwa pisała listy do jakichś czytelników, a niechby i byli to czytelnicy największej gazety w kraju. Nie podobają mi się demostrowane publicznie nadzieje na powtórzenie się Solidarności, bo Solidarność kojarzy mi się z Wałęsą i to wczesnym Wałęsą. A do tego mam wrodzony wstręt do wystąpień masowych. Podejrzewam też, że w tym stanie umysłów i ducha jaki dziś mamy połączeni w jedności Polacy, ci z obozu patriotycznego i ci pogodzeni z nimi czytelnicy gazowni, zdolni są jedynie do tego by słuchać poleceń wydawanych przez nie wiadomo kogo. Przez jakichś delegatów na kraj, jakichś niezależnych ekspertów i pośredników, których przysłano, by stymulować nastroje. Na nic więcej nie liczę, może poza apelami, by teraz prócz dwóch, a może nawet trzech numerów Gazety Polskiej, każdy dobry patriota dokupił sobie, na znak narodowej zgody, jeszcze dwa numery gazowni i jeden kolorowy dodatek do niej. Potem trochę wspólnego skakania i do domu spać.
Jak widzicie jestem daleki od entuzjazmu i taki pozostanę. Myślę, że to dobra droga i, choć nie liczę na wysłuchanie, mam do polityków przyszłej koalicji jedną prośbę: nie mówicie do nas tym językiem. Nie mówcie do nas językiem, którego używają w TVN, w gazowni, w GP i w pomniejszym medialnym płazie. Wyrzućcie swoich rzeczników prasowych i zatrudnijcie nowych. Nie mówcie do nas językiem wypracowanym przez ostatnie 30 lat, bo to jest język fałszu, albo nawet gorzej, to są wyłącznie pułapki układane w zdania. Nie chcemy tego, tak jak nie chcemy by nam tłumaczono politykę poprzez spostrzeżenia ludzi takich jak Michnik i Kuczyński, ale także takich jak Ziemkiewicz i Sakiewicz. To jest dla nas degradujące i ubliża naszej inteligencji. Potrzebna jest nowa gawęda. Jeśli Was mili politycy na nią nie stać, to obojętnie jaki wielki tłum zgromadzicie jesienią na Placu Defilad, przegracie. A klęska ta będzie straszna.
Zapraszam na stronę www.coryllus.pl




Komentarze
Pokaż komentarze (98)