coryllus coryllus
4925
BLOG

Spóźniona niepoprawność

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 116

Jak wiemy niepoprawność polityczna w Polsce na dwa ważne aspekty. Pierwszy aspekt dotyczy sprzedaży, a drugi Żydów. Kiedy się je połączy w jedno wyjdzie z tego Leszek Bubel obstawiający niszowe segmenty rynku, gdzie gromadzą się ludzie rozczarowani absolutnie wszystkim i szukający prostych recept. Od dłuższego już czasu, myślę, że może nawet od samego początku tak zwanej transformacji ta cała niepoprawność polityczna jest po prostu pułapką. Ludzie wpadają w nią łatwo, bo rynek treści jest tak sformatowany, że w zasadzie nie można się ustrzec przed taką przygodą. Jeśli dołożymy do tego presję towarzyską, chęć zdobycia poklasku i sławy wtedy mamy już komplet. Mamy klatkę, do której dobrowolnie wchodzą ludzie, którzy, przy odrobinie wysiłku mogliby może coś zrobić ze sobą i otoczeniem, ale mają niestety za słaby charakter, albo są po prostu dręczeni obsesjami. Wśród tych obsesji na pierwszy plan wysuwa się zwykle chęć zarobienia paru groszy na opisywaniu brudnych czynów światowego żydostwa.

Światowe żydostwo przygląda się tym poczynaniom z życzliwym zainteresowaniem i ojcowskim ciepłem w oczach, do czasu do czasu wysyłając na łamy gazowni czy innego periodyku jakiegoś młodego pistoleta, by zawrzał świętym oburzeniem na tradycyjny polski antysemityzm. Nie są to częste wypadki, albowiem utrzymywanie w narodzie zabobonnego lęku przed światowym, albo tylko rodzimym żydowstwem, jest pożyteczną i celową misją. Nikt więc nie zamierza w sposób poważny przeszkadzać takim wypadkom i publikacjom. Nie są one groźne, mają za to wbudowany pewien ważny mechanizm – są autodemaskatorskie i łatwe do wykorzystania. Uczestnicy zaś tych zabaw, nie chcą widzieć tego mechanizmu i we wciąż nowych odsłonach tej misji liczą, że tym razem to już na pewno uda im się zrobić karierę polityczną. Tym razem już z całą pewnością uda im się zdemaskować Żydów, a cały naród, przeczytawszy prawdę ruszy ławą do urn, by głosować właściwie.

Co bardziej przytomni z uczestników tej zabawy zatrzymują się w pół drogi, widząc, że zbyt wiele osób za nimi nie biegnie, myślą sobie wtedy, że z tymi wyborami to jednak skucha, ale może choć parę złotych uda się zarobić, albo urządzić jakąś promocję i sprzedaż. Można oczywiście tulić w sercu takie nadzieje, ale moim zdaniem są one kwintesencją myślenia życzeniowego.

Żeby zilustrować rzecz przykładem posłużę się linkiem, który ktoś wczoraj zamieścił w jednym z komentarzy http://www.sstanislaus.pl/pl/index.php?id=18 To jest strona bractwa św. Stanisława, strona samych szczerych patriotów, którzy chcą zdemaskować wrogów Polski. Wśród nich znajdujemy Ryszarda Filipskiego, jego żonę Lusię Ogińską, a także dwóch biskupów: Stanisława Wielgusa i Bolesława Pylaka. Pan Filipski reklamuje przy okazji swoją antyniemiecką książkę pod tytułem „Krajobraz po Grunwaldzie”. Pan Siwak również promuje swoje publikacje. I ja jestem pełen podziwu dla determinacji tych ludzi, ale wiem też, że ich misja, bez względu na to ilu emerytowanych generałów i admirałów przyciągną do siebie, ilu biskupów rezydentów i patriotycznych poetów przyprowadzą na nic się to nie zda.

Gdybyśmy chcieli określić precyzyjnie jaki jest cel istnienia takich stowarzyszeń, wypadałoby stwierdzić, że to jest pewien rodzaj złudzenia. Ludzie na solidnych związkowych i resortowych emeryturach, plus kilku hierarchów aranżują bunt antysystemowy z Żydem i Niemcem w tle. Nie chciałbym rozczarowywać uczestników tego ruchu, ale myślę, że poza ściśle wyselekcjonowaną publicznością nikogo tam nie przyciągną, a nawet jeśli, to po to jedynie, by go rozczarować. Widzimy bowiem gołym okiem, że jest to armia samych generałów, którzy marzą o tym by prowadzić szarżę na przeważające siły wroga. W dodatku szarżę zwycięską.

Nie pomylę się wielę, jeśli napiszę, że tego rodzaju organizajce to jest po prostu format narzucany różnym środowiskom przez wielkich rynkowych graczy, którzy pozycjonują treści jakie mają być dystrybuowane do serc i głów publiczności. Rzecz jasna sami uczestnicy tego nie dostrzegają, bo są przekonani o swojej całkowitej i bezwzględnej samodzielności. Wystarczy popatrzeć na te mundury i dystynkcje, na te miny zadzierżyste, toż to wręcz panakmicicowa kompania, jakżesz ich o niesamodzielność pomawiać? No, jakoś tak mi wyszło, wybaczcie. Może przez tę książkę Filipskiego, który nie wie jak sądzę, że w rok po Grunwaldzie, Krzyżacy najspokojniej w świecie postawili na polu bitwy kaplicę poświęcoą Ulrichowi von Jungingen.

Żeby nie być posądzonym o niechęć do jednego tylko środowiska, napiszę teraz coś, co wywoła inne posądzenia, o inną niechęć. Oto od jakiegoś czasu obserwuję ukradkiem poczynania Wojciecha Reszczyńskiego, dawnej gwiazdy Teleexpressu. Pan Wojciech próbuje, bezskutecznie moim zdaniem, powiedzieć nam coś interesującego i tym samym przedłużyć swój publicystyczny żywot na łamach periodyków takich jak „Nasz dziennik”. Jeśli mógłbym coś doradzić temu najsławniejszemu i najbardziej niepokornemu z niepokornych dziennikarzy powiedziałbym mu, żeby zdobył się na jedną choćby samodzielną myśl. Żeby się nie podpierał Konecznym czy też innymi całkiem zgranymi kartami i przetartymi kalkami. Uśmiechniecie się po nosem zapewne na takie dictum. On tego nigdy nie zrobi, bo standardy samodzielności i aktywności twórczej w środowisku pana Reszczyńskiego są tak skonstruowane, że w zasadzie o żadnej samodzielności nie ma mowy. Jest tylko wzniosła rekapitulacja jest powiedział czcigodny Jorge w powieści „Imię róży”. A skoro tak, to mamy potwierdzenie, żywe i naoczne, poprzednich twierdzeń zawartych w tym felietonie. Ktoś im ten schemat, ten bunt i to polskie szaleństwo, tę odwagę i sznyt, ten mars i charme narzuca. Jakiś diabeł gra tam do tańca, a im nawet do głowy nie przyjdzie, że mogliby mu połamać skrzypki. - Czyżby światowe żydostwo - zakrzykną niektórzy miłośnicy łatwych demaskacji. No nie wiem. Obstawiałbym raczej Niemców. Oni bowiem są najszczerzej zainteresowani rozprzestrzenianiem się romantycznego, polskiego patriotyzmu. Żeby już za bardzo nie szydzić, powiem wprost, że nie ma to żadnego znaczenia. Nie ma znaczenia kto formatuje rynek treści. Chodzi o to, byśmy produkowali własny, niezależny przekaz i nie dali się wciągać w idiotyczne pułapki. Dlatego jeszcze raz powtórzę – nie papugujcie, nie powtarzajcie treści gdzieś tam zasłyszanych i już przemielonych. - A co robić – spyta bezradny uczestnik dyskursu publicznego. Odpowiedź jest bardzo prosta – zająć się studiowaniem brytyjskich źródeł dotyczących historii Polski i historii Rosji, najlepiej tych niedostępnych w naszym języku i gdzieś tam poukrywanych. Przecież ani gazownia, ani uniwserystet, ani tym bardziej środowiska patriotyczne takie jak bractwo św. Stanisława, nastawione na natychmiastowy sukces i sławę nieprzebrzmiałą tego nie zrobią. To jest poza formatem, a więc w ocenie ich wszystkich nie rokuje, ani na zysk, ani na sukces wyborczy, ani na sławę.

Na koniec anegdota. Mam nadzieję, że dobrze ją powtórzę, bo pamiętam ją z dawnych bardzo czasów. Malarz Paolo Ucello zasłynął z tego, że perspektywa w jego dziełach była wykreślona perfekcyjnie. Wszystko tam grało i dawało fantastyczny efekt. Poza tym, rzecz jasna (i to widzi każdy), że postaci są tam drewniane, efekt ruchu fałszywy, a całość wygląda jak rysunek 12 letniego chłopca, który odkrył dla siebie tylko prawidła rysunku. I było ponoć tak, że do tego Ucello przyszedł Rafael, facet który malował piękne obrazy, pełne natchnionych postaci, które z punktu widzenia poprawności fizykalnej były całkiem do kitu. Takie na przykład tondo Doni, przecież nawet Matka Boża się tak nie wykręci do tyłu, że Jezusa małego podać św. Józfowi. To jest niemożliwe, kręgosłup by jej pękł. Popatrzył Rafael na swojego kolegę Paola Ucello, na te jego precyzyjne wykresy i rzekł: Paolo, Paolo, rzeczy, które robisz przydadzą się tylko ludziom, którzy wykonują intarsje. I tak się stało. A przypominam, że był Paolo Ucello w XV wiecznym malarstwie prawdziwym zjawiskiem, był niepoprawnym rewolucjonistą z prawdziwego zdarzenia, był odkrywcą prawd ukrytych i nowych znaczeń. I proszę jak to się skończyło. A ci nasi nawet na intarsje nie mają szans, bo wszak nie robią w materii, ale w słowie, a tam ważny jest nie efekt, ale ocena. Oni więc – jeśli decydują się na tę działalność – muszą chyba wiedzieć kto ocenia. Inaczej chyba nie zaczynaliby tej swojej misji. A Wy jak myślicie?

 

Wracam dziś do domu, ładowanie akumulatora jest słabe – 13,6 – 13,8 V. Po oczyszczeniu alternatora trochę się poprawiło, ale to ciągle nie to. No i dalej nie wiemy gdzie jest regulator napięcia. Akumulator jest nowy, może dojedziemy. Przed nami 475 kilometrów.

 

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl. Do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy i do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie.

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (116)

Inne tematy w dziale Polityka