Byłem w niedzielę na pokazie archeologicznym. Ja pierniczę....uważam, że powinniśmy wszyscy zanosić dziękczynną modlitwę do Pana Boga, że tylko archeologowie organizują takie pokazy, a powstrzymują się od nich historycy sztuki. Tamci dopiero by nam pokazali.
Jest tu w okolicy stare grodzisko z X wieku, dookoła pola orne i nieużytki. Normalnie, przez wiele lat młodzież chodziła tam palić papierosy i pić wino. Ostatnio jednak przypomniano sobie o tym miejscu i stało się ono jedną z atrakcji Grodziska. Ustawiono tabliczki z grafikami rekonstrukcyjnymi i inne gadżety, które podnoszą edukacyjną atrakcyjność tego miejsca. No, a w niedzielę zorganizowano ten festyn archeologiczny. Jedną z tych, znanych wam imprez, na których absolwenci wydziałów archeologii, którzy nie załapali się na nic lepszego przebierają się w kolorowe giezłeczka i dziwne czapki po to, by prezentować to co uważają za dawne technologie. Czasem dołącza do nich jakiś kowal czy inny kaletnik i też usiłuje wcisnąć ludziom swoje wyroby. Dlaczego ja z tego szydzę? Powody są dwa. Pierwszy dotyczy artefaktów wykopanych w tym naszym grodzisku. Nikt nie ma pojęcia ile ich wykopano, jak wyglądały i gdzie są. To moim zdaniem istotna kwestia, o wiele ciekawsza niż gawędy o tym jak drzewiej bywało, które uskutecznia dziś każdy, obojętnie czy potrafi to robić czy nie. Nie wiadomo też dokładnie kiedy ostatni raz prowadzono tam jakieś wykopaliska i kto był ich kierownikiem. To są z punktu widzenia popularyzatorów rzeczy nieciekawe, a z mojego punktu widzenia najistotniejsze. Dzięki bowiem tym informacjom moglibyśmy się dowiedzieć, czy kogokolwiek z tych archeologów historia tego obiektu interesuje naprawdę. Ponieważ ja mam niejakie doświadczenia z tą branżą chciałem dziś po raz kolejny podzielić się nimi z Wami. I to jest kolejny powód moich szyderstw. Oto w okolicach Żyrardowa odnaleziono kiedyś rzymski skarb, garnek z monetami z I wieku naszej ery. Znalazł się on pod opieką doktora Wojdy w Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego w Pruszkowie i cieszył tam oko zwiedzających przez ponad 30 lat. Znaleziska bowiem dokonano w latach 60-tych. Z tym cieszeniem oka to jednak przesadzam, za komuny nikt nie robił promocji takim znaleziskom i nie było ono w żaden sposób wykorzystywane w kulturze, tak jak są w niej wykorzystywane wszystkie prawie odkrycia imperialne. To jest zresztą ich najważniejsza funkcja, by stały się pożywką dla popkultury, dla filmów mówiąc wprost. U nas ten garnek został schowany i czasem go pokazywali, no i był on elementem tych pogańskich wtajemniczeń, w których uczestniczą uczeni humaniści. Coś tam o tym pisano, ale dyrektor pruszkowskiego muzeum pan Wojda, był w praktyce właścicielem garnka i całej jego nieopisanej nigdzie legendy. I oto pewnego dnia, po wyjściu szkolnej wycieczki z muzeum, okazało się, że garnek zniknął. Ktoś go wyniósł za pazuchą. Ponad 1000 rzymskich denarów w biały dzień zostało zabrane z muzeum gdzie są pracownicy, strażnik i nauczycielki opiekujące się dziećmi. Ja byłem w tym czasie dziennikarzem w lokalnej gazecie i pojechałem robić o tym materiał. Pan Wojda był załamany, prosił, żeby nie pisać o tym, że muzeum nie ma żadnych zabezpieczeń. Nie mogło ich mieć, bo koszt takiej instalacji znacznie przewyższał wartość wszystkiego co było w środku, mam na myśli zbiory. Te monety z garnka nie były też wcale wartościowe, bo na rynku jest mnóstwo rzymskich denarów, a ich ilość stale się zwiększa, bo nowe dowozi bułgarska mafia. A jak zabraknie autentycznych to Bułgarzy dorobią trochę falsyfikatów, których i tak nikt nie rozpozna i tak się to kręci.
Policja zachowała się w sposób modelowo nieudolny, bo po ich wizycie i tak zwanej wizji lokalnej sprzątaczki znalazły na dywanie jeszcze trzy zgubione denary. Potem po mieście poszła plotka, że wobec nieudolności policji dyrektor dogadał się ze złodziejami i wykupił od nich ten garnek. Nie wiem czy to prawda, bo nie byłem dawno w tym muzeum. No i wobec takiej kompromitacji rozumiem, że nawet jeśli ten garnek tam jest to nikt go nie wystawi. Tak więc jedno z najcenniejszych znalezisk, jeśli brać rzecz z punktu widzenia popularyzatorów i propagatorów nauki jest całkowicie niewykorzystane. No, a przecież ta popularyzacja jest jedynym sensem istnienia tych ludzi, co archeologię kończą. To znaczy oni tak sobie tłumaczą swoją misję, bo nic innego im nie zostało. Sens istotny jest gdzie indziej i omówiłem go wczoraj. Chodzi o to, by pilnować ładu imperialnego na jak największym obszarze, oraz by strzegli go wtajemniczeni ludzie, to znaczy tacy, którym zwisa czy garnek rzymskich monet jest eksponowany czy nie jest. Reszta może się bawić w pokazy wojów. Jak wiecie kulminacją tych pokazów jest festyn w Biskupinie. Tak się składa, że znam człowieka, który był kiedyś dyrektorem tego zamieszania. To jest niezłe, ten Biskupin. Opowiadał mi, że kiedy zasiadł za swoim dyrektorskim biurkiem i postawił na nim wizerunek Matki Bożej z Częstochowy (bo on jest ciężko doświadczony życiowo i przez to bardzo religijny) pojawili się przed nim niczym diabły z pudełka dwaj ludzie. Jednym z nich był aktor grający Tomaszka w serialu „Noce i dnie”, a drugim Lech Emfazy Stefański. Chcieli jechać do Biskupina na festyn i tam pokazywać te swoje sztuki i rzekome rekonstrukcje. On ich oczywiście wyrzucił za drzwi z wielkim krzykiem. Ponoć na tym festynie niezłe numery się odstawia, co bardziej zaangażowane adeptki archeologii pradziejowej zażywają kąpieli w mleku w towarzystwie co bardziej wtajemniczonych uczonych, którzy na naszym terenie strzegą tego całego ładu imperialnego. Jaja nie z tej ziemi, normalnie jak w powieści „Raz w roku w Skiroławkach”. Mamy więc dwie drogi kariery, którymi kroczą absolwenci archeologii, jedna to pogodne gawędy o duperelach, sprzedawane dzieciom i znudzonym rodzicom oraz lepienie garnków, a druga to pogańskie festyny połączone z dystrybucją biżuterii i innych wyrobów, wszystko pod czujnym okiem fachowców, którzy pilnują, żeby tam czasem ktoś nie zrobił czegoś wbrew obowiązującej doktrynie, żeby nie złamał kodu, obowiązującego w komunikacji środowiskowej i zewnętrznej. Nieliczni zajmują się pisaniem dysertacji naukowych, czyli zdobywaniem wtajemniczeń potrzebnych do pilnowania fantów zalegających muzea. Powtórzę jednak to co napisałem na początku – dziękujmy Bogu, że historycy sztuki pozostają w cieniu, bo byśmy się nie pozbierali.
Aha, zapomniałem dodać, że pan Wojda, po tej aferze z garnkiem zmarł na zawał serca i teraz kto inny jest dyrektorem tego muzeum.
Zmieńmy teraz nieco optykę. Pokazy wojów to jest sznyt prowincjonalny. To są atrakcje dla gawiedzi, która uważa, że może stanowić jeszcze podmiot w polityce lokalnej i globalnej, która wierzy w misję uczonych i lubi sobie obejrzeć Indianę Jonesa. Metropolie są głuche na takie komunikaty, nikt nawet nie ryzykuje, by pakować się z tym do środka wielkich miast, czasem coś się zorganizuje, jak wiosną tego roku w Szczecinie, ale to tylko dlatego, że miasto to uważa za punkt honoru, by odwoływać się do swojej pogańskiej tradycji. No, ale to są doprawdy wyjątki. W dużych miastach bowiem triumfy święcą pokazy gejów. Ten sam kolega, który był dyrektorem muzeum w Biskupinie, a mieszka on w centrum Warszawy, opowiadał mi, jak w dzień po spaleniu tęczy pod jego oknami przemaszerowało z 15 tysięcy pederastów w otoczeniu ochraniającej ich policji. Niesamowite. W dobę zmobilizować środowisko tak pełne indywidualistów jak pedały i urządzić marsz na Plac Zbawiciela. To znaczy, że wszystko wygląda inaczej niż nam się zdaje. Nie można w Polsce założyć sprawnej organizacji paramilitarnej albo zwykłej bojówki, o czym wiem, bo znam człowieka, który próbuje to robić do lat i zawsze kiedy już, już, prawie się udaje, ktoś dokonuje rozłamu. No i cała robota na nic. A tu proszę na pokaz gejów można w jednej chwili zgromadzić całą dywizję homoseksualistów i nie ma wśród nich żadnych rozłamowców, nikt nie próbuje nawet łamać szyku. No i mają zapewnioną ochronę. Co prawda po ostatnich wyborach geje z wielkich miast wycofali się na z góry upatrzone pozycje, a nawet zwinęli tęczę, ale nie znaczy to, że nie wrócą. Oczywiście, że wrócą i należy się spodziewać, że z o wiele większą siłą oraz z nowymi, ciekawszymi komunikatami na transparentach.
Idźmy dalej tym tropem. Od pokazów gejów już tylko krok do demonstracji domagających się przyjęcia uchodźców w Polsce. Jak wiemy Niemcy rozpoczęli wczoraj kontrolowanie papierów na granicy. Jak w dawnych dobrych czasach. I będą teraz sami decydować kogo wpuścić do siebie, a kogo nie, choć wcześniej zarzucali Węgrom zwierstwo i łamanie standardów europejskich. Jak wiecie zapewne w II tomie Baśni jak niedźwiedź opisałem mechanizm działania buntu, który zawsze jest sterowany i zawsze jest pozorowany. Tak samo jak te pokazy gejów. Trzeba w jednym miejscu zgromadzić dużą ilość niezdyscyplinowanych, ale przeszkolonych we władaniu bronią mężczyzn. Potem odciąć im dostawy wody do mycia i ograniczyć racje żywnościowe. To wystarczy, by święty gniew ludu buchnął niczym płomień. I to właśnie przed nami. A nazywając rzecz według naszego nowego kodu wewnętrznego, niezrozumiałego dla archeologów, historyków sztuki i pederastów, szykują się wielkie pokazy walk gojów. Pytanie istotne brzmi, po której stronie naszej obecnej granicy będą się odbywać. Ponieważ na łamach niemieckiej prasy uaktywnił się Jan Tomasz Gross nazywany przez niektórych profesorem historii, przeczucia mam raczej niewesołe. Ale jest w tym jedna pociecha. Nie wiem czy wiecie, ale w Reducie Dobrego Imienia, której szefem jest Maciej Świrski rozpoczęto publiczną zbiórkę pieniędzy na zagranicznych adwokatów, którzy będą bronić w sądach dobrego imienia Polski. Cudowna wiadomość, wreszcie im dopieprzymy w majestacie prawda, ciekaw jestem tylko czy Świrskiemu starczy odwagi, by pozwać Grossa, zanim rozpoczną się te całe pokazy gojów.
Zostawiam wam nagranie dyskusji z Bielska Białej
https://www.youtube.com/watch?v=TuRS0AZ9aCA
Mam jeszcze ważny komunikat. Ponieważ rozpoczyna się rok szkolny, postanowiliśmy, że album Sanctum Regnum opowiadający historię upadku średniowiecznych Węgier, album w języku angielskim, zaopatrzony w płytę długogrającą z muzyką Tomka Bereźnickiego, będzie do 30 września kosztował 30 zł za egzemplarz plus koszta wysyłki. Tak szkolna promocja.
Zapraszam na stronę www.coryllus.pl do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy w Warszawie, do księgarni Tarabuk przy Browanej 6 i przypominam, że 18 września będziemy mieli z Toyahem wieczór autorski w Kietrzu, niedaleko Raciborza, początek o 19.00, następnego zaś dnia można nas będzie spotkań na jarmarku franciszkańskim w Opolu, wieczorem zaś w auli uniwersyteckiej będzie nasz kolejny wieczór autorski. Początek chyba o 18, ale pewien nie jestem. 3 i 4 października będzie można mnie spotkać na festiwalu komiksów i gier w Łodzi. Zostawiam Wam jeszcze nagranie z Zielonej Góry i z Bielska Białej.
Aha, rozpoczęliśmy współpracę z zaprzyjaźnionym wydawnictwem turystycznym i od dziś można u nas kupić ich przewodniki. Są naprawdę ciekawe.
https://www.youtube.com/watch?v=WmcxrL1PoeA





Komentarze
Pokaż komentarze (133)