Siedzieliśmy z Toyahem przez dwa dni w małym drewnianym domku, który wynająłem, na organizowanym w Opolu jarmarku franciszkańskim. Siedzieliśmy i gapiliśmy się na przechodzących ludzi, którzy nie mieli zamiaru kupować naszych książek. W pewnej chwili przed nami pojawiły się dwa jakby osobne przedstawienia. Po prawej jacyś judaizanci w krawatach wystawili transparent z napisem „pamiętaj abyś dzień święty święcił”, a po lewej pojawił się kataryniarz. Dobrze, że wynajęliśmy domek, a nie markizę, bo nie mielibyśmy się gdzie schować. Judaizanci, chyba jacyś zielonoświątkowcy albo ktoś podobny, namawiali ludzi, by porzucili zwyczaj chodzenia do kościoła w niedzielę i pojawiali się tam w sobotę, to jest bowiem nawyk słuszniejszy i bardziej będzie się on podobał Panu Bogu. Kataryniarz zaś kręcił korbką i miał ze sobą ten cały zestaw do wróżenia, ale bez papugi, nie miał nawet chomika syryjskiego w kółeczku, drobiącego nóżkami. Stał tylko, we fraku i meloniku, z siwą brodą, w dżinsach i obracał tą korbką. Nie był jednak sam. Wokół niego wirował taki grubszy gość w niebieskiej koszuli, kolorowym kaszkiecie i jedwabnym szaliku, wykonywał różne gesty, uśmiechał się tajemniczo, machał rękami i mrugał do ludzi wskazując stojącą przed kataryniarzem skrzynkę z losami, w których znajdowały się różne pouczające, życiowe przestrogi i aforyzmy. Czasem, kiedy kataryniarza bolała ręka, albo chciał zapalić, człowiek ten zamieniał się z nim miejscami i sam kręcił korbką, nie trwało to jednak długo i kiedy kataryniarz odpoczął krzynkę, albo skończył palić, znów zamieniali się miejscami. Chudy kręcił korbą, a gruby wykonywał tę swoją pantomimę powiewając szalikiem. Kto to jest zastanawiałem się? I wreszcie wymyśliłem. To był impresario kataryniarza. Facet, który pomagał mu wykonywać ten niełatwy zawód. My dwaj, choć należymy do ludzi współczujących innym w nieszczęściu, patrzyliśmy na kataryniarza i tego drugiego z nienawiścią. Katarynka bowiem jest urządzeniem, którego dźwięk okropnie działa na nerwy. W niedzielę z rana jednak zatęskniliśmy za nią, w miejscu bowiem, gdzie poprzedniego dnia stali ci dwaj pojawił się jakiś wyświechtany brzuchomówca sprzedający wykonane z pianki jaszczurki przyczepione do długiego kawałka drutu. Ten z kolei piszczał okropnie i chciał przekonać przechodniów, że to jego jaszczurki wydają ten dźwięk. Nie było lekko.
Postawa reprezentowana przez towarzyszącego kataryniarzowi impresario nie dawała mi spokoju przez długi czas, do dzisiaj właściwie. Tak się jednak złożyło, że przed samym moim wyjazdem do Opola zadzwonił tu ktoś, kto był odpowiedzialny za zbieranie podpisów dla komitetu wyborczego Grzegorza Brauna. Opowiedział mi ów ktoś historię niezwykłą, o tym jak to w okręgu warszawskim i podwarszawskim nie zebrano wymaganej liczby podpisów. Ja się przez całą drogę do Opola zastanawiałem jak to jest, że w miejscu gdzie te podpisy zbiera się najłatwiej nie udało się to wcale. Kiedy z Opola wracałem już wiedziałem dlaczego tak się stało. Tam musiał zadziałać jakiś impresario kataryniarza, taki grubszy facet w szaliku i kaszkiecie, który kręci się w kółko, macha rękami, uśmiecha się tajemniczo i mruga do niektórych w sposób zwany niekiedy porozumiewawczym. Choć wszyscy przecież wiedzą, że o żadnym porozumiewaniu się nie może być mowy. Nie da się tej klęski wytłumaczyć w inny sposób. Oczywiście możecie próbować, sam Grzegorz Braun w swoim wystąpieniu powiedział, że to z powodu zbyt krótkiego czasu, który przeznaczył na zbieranie podpisów. Wcześniej bowiem próbował porozumieć się z innymi „anty systemowymi” siłami idącymi do wyborów i przez to stracił cenne tygodnie. To nie jest, jak sądzę prawdą, entuzjazm związany z tworzeniem i startem w wyborach komitetu „Szczęść Boże” był tak wielki, że gdyby nie zadziałał impresario kataryniarza wszystko by się udało. Jestem o tym przekonany. Być może nawet było tych impresariów kilku i oni w swoich wzorzystych koszulach i kolorowych czapkach robili wokół tego komitetu taką atmosferę, że ktoś co jakiś czas czuł się zobligowany do zadania takiego pytania: chłopaki, a gdzie papuga?! Albo: chłopaki, a gdzie chomik syryjski?! Było tak prawda? Nie mówcie, że nie.
To co tu wyżej opisałem można nazwać pewnym syndromem. Określiłbym go jako syndrom lęku przed sukcesem. Chodzi o to, że fajnie jest powirować w rytm melodii wydobywających się z katarynki, nawet od czasu do czasu pokręcić korbką też jest fajnie, ale żeby poważnie inwestować w to przedsiębiorstwo muzyczne, to już nie. Można to oczywiście opisać bardziej dosadnie, ale ja mam w głowie tego kataryniarza i jego impresario i przy tym zostanę. Tym bardziej, że i tutaj na blogu zauważyłem podobne symptomy. Oto zaproponowałem, byśmy zgromadzili fundusze na produkcję filmu o Janie Tomaszu Grosie. To jest, jak sądzę, szczytna idea, która ma właściwy wymiar polityczny. Właściwy powiadam, bo przy okazji rozmyślań nad Janem Tomaszem i jego historią, dokonałem pewnej ciekawej syntezy. W prosty sposób oddzieliłem światło od ciemności i politykę od nie-polityki. I teraz Wam tę alchemiczną formułę zdradzę za darmo, żebyście się nią mogli posługiwać w dyskusjach i sporach. Kiedy mamy do czynienia z polityką? Otóż wtedy kiedy gros (nomen omen) kosztów naszej działalności ponosi przeciwnik. Wszystkie inne działania nie są polityką, mogą być nazwane w jakiś inny, malowniczy sposób, na przykład mogą być teatrem ulicznym, albo występem kataryniarza, ale polityką nie są, albowiem na nas spoczywają wtedy koszta ich prowadzenia. Nie sądzę, by istniało w całym wszechświecie bardziej syntetyczne rozróżnienie polityki od nie-polityki. Wrócę teraz do pomysłu budowania łuku triumfalnego. To nie jest żadna polityka historyczna (moja formuła dotyczy wszystkich rodzajów polityki, także historycznej) nie jest, bo koszta tego ponosić będziemy my wszyscy. W budowlance zaś już tak jest, że ile by się nie miało pieniędzy na inwestycje zawsze zabraknie, koszta rzeczywiste bowiem zawsze przekraczają preliminarze. Pomysł, by wyprodukować film o życiu Jana Tomasza Grosa, jest pomysłem politycznym, albowiem koszta promocji tego filmu spoczywać będą na głównym jego bohaterze. Mam nadzieję, że to jest zrozumiałe.
Na blogu tymczasem pojawiły się głosy, że nie, że to zły pomysł, ponieważ państwo nasze powinno odnieść się do wystąpień tego pana. Oczywiście, powinno się odnieść i z naszych podatków opłacić adwokatów, którzy Grosa pozwą, tak? Albo my powinniśmy się zrzucić na tych adwokatów jak chce tego Maciej Świrski? Czy tak? To są proszę Państwa próby utworzenia centralnego impresariatu katarynkowego z siedzibą w MSZ, a nie polityka historyczna czy obrona dobrego imienia Polski. Jeśli ktoś tego nie rozumie, trudno, tłumaczył nie będę. Przywiązałem się do myśli o wyprodukowaniu filmu opowiadającego o życiu naszego ulubionego profesora z Ameryki i wkrótce ogłoszę, jakie kroki podejmiemy, by rozpocząć pracę nad tym zbożnym dziełem. Jeśli ktoś zechce się przy tym kręcić, machać rękami, powiewać jedwabnym szalikiem i mrugać porozumiewawczo, ostrzegam go już dziś, że dostanie takiego kopa niżej krzyża, że popamięta to na zawsze. Nie będę tolerował wokół siebie impresariów kataryniarzy. A ci którzy już dziś trzęsą się ze strachu co będzie jak ten film wyprodukujemy niech lepiej tu nie zaglądają, bo to nie jest miejsce dla nich.
Przypominam, że na stronie www.coryllus.pl można już zakupić nowy, amerykański numer Szkoły nawigatorów. Przypominam też, że w przyszłą sobotę, 26 września, będę miał pogadankę w Radio Wnet. Idea tych spotkań jest taka, że trzeba zapłacić za wejściówkę na pół roku. Oto szczegółowe informacje dotyczące prowadzonych w radio Wnet spotkań. Odbywają się one w ramach Akademii Radia Wnet.
Inauguracja w dniu 26.09.15 w godzinach 10-13,30 jest otwarta.
Wystarczy zapisać się na stronie akademia@radiownet.pl
i opłacić na miejscu jednorazowy wstęp 39 zł
w formie półrocznego Biletu Wnet tj. kodu umożliwiającego pobieranie
audycji opublikowanych na stronie Radia Wnet
W dniach 3-4 października będę w Łodzi, na festiwalu komiksu i gier, który odbywa się w Atlas arenie. Łatwo trafić. Zapraszam na stronę www.coryllus.pl





Komentarze
Pokaż komentarze (83)