coryllus coryllus
5260
BLOG

Profesor Nowak buduje nowe elity. Serio

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 111

Jest kilka zwrotów, które w mojej, intuicyjnej ocenie demaskują możliwości i intencje. Wymieniam te słowa po kolei: rzetelnie, na poważnie, serio. Jeśli ktoś ich używa, to znaczy, że nie ma możliwości, by zawarty w nich postulat zrealizować, nie ma chęci do tego bo używanie tych słów i zwrotów jest po prostu ściemą dla durniów, nie rozumie sytuacji, w której się znalazł, bo został w nią wkręcony i ma firmować rzecz swoim nazwiskiem.

Nie wiem czy pamiętacie jak Jan Żaryn założył miesięcznik „Na poważnie”? Wyśmiałem to od razu, choć koncepcja była nawet ciekawa. No, ale problem był taki, że ludzi do roboty nie było, bo każdy chciał tam tylko pisać felietony i oczekiwał, że będzie gwiazdą. Poza tym zatrudniono w tym piśmie całą rodzinę Jana Żaryna, a to jest zawsze widomy znak, że przedsięwzięcie musi zakończyć się klęską. I tak się też stało, najpierw to całe „Na poważnie” zamieniło się w kwartalnik, a teraz nie wiem nawet co się z tym dzieje. Nie istotne, ważne jest dziś coś innego. To mianowicie, czy PiS idzie po władzę naprawdę, czy tylko dla tak zwanych jaj. Czy PiS zmierza tę władzę sprawować długo czy jedynie pół kadencji, po to, by udowodnić, że demokracja jednak w Polsce działa i jest pluralizm. Mam przeczucie, że w grę wchodzi wyłącznie ta druga opcja, a przekonali mnie o tym prezydent Andrzej Duda i profesor Andrzej Nowak, obaj z Krakowa.

Oto prezydent powołał narodową radę rozwoju, ja to specjalnie piszę z małych liter, bo na wielkie ciało to nie zasługuje. Narodowa rada rozwoju to jest coś jeszcze gorszego niż „rzetelnie”, „na poważnie” i „serio” razem wzięte. W tej radzie znaleźli się między innymi Ryszard Bugaj, Adam Rotfeld i Witold Modzelewski. Ja celowo nie wymieniam innych nazwisk, które wywołują sympatię w wielu z nas, bo wiem, że ludzie ci zostaną tam zmarginalizowani, o ile w ogóle ta rada zacznie obradować i do czegoś się przydawać. Ryszard Bugaj to jest maoista o silnie wyostrzonym instynkcie złodzieja, czego dowody daje za każdym razem jak się pokaże publicznie i otworzy usta. Adam Rotfeld jest antytezą naszych marzeń o ministrze spraw zagranicznych Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, a Modzelewski to kolega Bugaja przebrany za profesora. Obstawiam w ciemno, że jeśli, podkreślam – jeśli, ta rada w ogóle zacznie działać, oni będą w niej najaktywniejsi. To zaś wróży nam jak najgorzej i wróży jak najgorzej PiS-owi. Trudno zrozumieć, dlaczego prezydent Duda ani Jarosław Kaczyński tego nie rozumieją. Obecność tych trzech panów w polityce oznacza unieważnienie poważnych koncepcji i powrót do rozważań typu kogo tu obrabować, żeby innym było lepiej, jako dominującego trendu w dyskursie publicznym. I nic nam nie pomoże profesor Zyta Gilowska, którą lubimy i która została do tego towarzystwa również doproszona.

Prócz tej całej rady, mamy jeszcze inne symptomy zarazy, które brać powinniśmy za pierwsze promienie jutrzenki swobody. Oto profesor Andrzej Nowak opublikował u Karnowskich tekst pod tak idiotycznym tytułem, że ja właściwie nie mam innego wyjścia jak tylko zacytować go w całości. Proszę bardzo: „Jeśli mamy nadzieję na odzyskanie reprezentacji Polski w Polsce i Polski w świecie, to warto przygotować się do tego serio”. Koniec cytatu. Mam pytanie: co to znaczy odzyskać reprezentację Polski w Polsce? Co znaczy druga część tego zdania już wiem, bo przeczytałem sobie dziś z rana wywiad Zychowicza z Adamem Zamoyskim z Londynu. Odzyskanie reprezentacji Polski w świecie to po prostu doproszenie do towarzystwa takich hochsztaplerów jak ten cały Zamoyski właśnie, który zaczyna swoją biografię Stanisława Augusta do informacji, że król urodził się 17 stycznia pod znakiem koziorożca, a kończy ją stwierdzeniem, że Stanisław August i jego polityka to taka wczesna endecja.

No więc odpowiedź na drugą część zagadki sfinksa już mamy, teraz kolej na pierwszą. Udziela nam jej sam profesor Nowak, a powołuje się przy tym na poetę Wencla. Otóż Wencel domaga się utworzenia narodowej akademii literatury, całkiem nowej dodajmy. Po co? Żeby oderwać się od peerelowskich urzędniczych układów, tak nam to tłumaczy profesor. Co to oznacza w praktyce? Rzecz bardzo prostą, oni nam mówią: nie mamy siły, żeby wyrwać wojsku nieruchomości, które trzyma ono pod szyldem Związku Literatów Polskich, nie mamy siły, by ten szyld przejąć. To jedno. Drugie: nie mamy pojęcia jak działa rynek, nie mamy siły, by ten rynek uzdrowić i wykreować tam nowe hierarchie. Jedyne co możemy zrobić, to zamknięte kółko kolesi, dzielące budżety wyciągane z państwowych instytucji. I to właściwie tyle. Kogo Andrzej Nowak widzi w tej akademii? Wymieniam z nazwiska: Cherezińską, Komudę, Głębockiego i Wollnego, a także Holewińskiego, Wildsteina i Polkowskiego. To jest istotne zestawienie i zaraz wyjaśnię dlaczego. Otóż pierwszy zestaw nazwisk to ludzie, którzy osiągnęli jakiś tam rynkowy sukces, byli sprzedawani w empiku, zapraszani na festiwale literackie, o ich książkach pisały różne periodyki. Cherezińska, zanim zaczęła pisać o zboczonych zakonnikach w średniowieczu i o Brygadzie Świętokrzyskiej, napisała książkę o sekretarce Rumkowskiego, która to książka miała bardzo dobrą dystrybucję. Komuda i Wollny to ludzie eksploatujący w wymiarze literackim seks i przemoc i na tym budujący swoją pozycję. Z nimi właśnie zestawia profesor Nowak Holewińskiego, Wildsteina i Polkowskiego, czyli ludzi, którzy chcieliby mieć wpływ największy na tę nową akademię literatury i chcieliby tam rządzić oraz dzielić pieniądze, a to z tego względu, że też napisali książki. Tych książek nikt nie czyta i czytał nie będzie, bo to w zasadzie nie są książki tylko terapia indywidualna autorów. Cherezińska i Komuda, musieliby chyba zwariować, żeby się do tego przyłączyć. Wollnego może uda się profesorowi namówić, bo on także jest z Krakowa.

Dalej pisze profesor o filmach, a konkretnie i jednym filmie, czyli o „Historii Roja” całkowicie oszukanej opowieści o żołnierzach niezłomnych, która na szczęście nie trafiła do masowej dystrybucji. Pisze też o wybitnym artyście nazwiskiem Peter Weir, który się ponoć fascynuje polskimi bohaterami. Ja nie wiem o co chodzi, ale intuicja podpowiada mi, że zbliża się coś absolutnie najgorszego. Może się zdarzyć, że ktoś wpadnie na pomysł, żeby Weir zrobił film o polskich żołnierzach i to będzie, prócz Adama Zamoyskiego kolejny krok na drodze odzyskiwania reprezentacji Polski w świecie. Ja dawno temu pisałem trochę o reżyserze nazwiskiem Weir. Uważam, że to jest oszust do wynajęcia, kręcący filmy pod bardzo słabe scenariusze, właściwie od sasa do lasa. Wymieniam je po kolei: Piknik pod wiszącą skałą, Stowarzyszenie umarłych poetów, Świadek, Zielona Karta. Najbardziej wyszydzane było to całe Stowarzyszenie, a z kolei Piknik zyskał miano dzieła kultowego, wszystko przez to, że nikt nie przeczytał książki, na podstawie której powstał scenariusz. To nie jest książka o tym, że przyroda w Australii jest niesamowita, ale o potędze i celowości działań imperialnych.

Swój tekst profesor Nowak kończy marzycielsko, bo też i jest on tylko zbiorem pobożnych życzeń, co odnotowuję z satysfakcją, ale i niepokojem. Skoro zrobili tę radę przy prezydencie, mogę też zrobić akademię literatury. Wszystko zależy jaki dostana budżet.

Przejdźmy teraz do sedna, które ktoś tu na blogach wyłuszczył już przede mną. Chodzi o to, byśmy z tego osławionego kondominium niemiecko-rosyjskiego zamienili się w XVII wieczne, zbuntowane Czechy słuchające poleceń z odległych stolic. Ta przemiana, przebiega póki co wolno, ale w każdej chwili może przyspieszyć. A jeśli przyspieszy grozi nam rzecz absolutnie katastrofalna i to wyziera z każdego zdania profesorskiego tekstu, chodzi mi o upojenie powierzchownym i krótkotrwałym sukcesem.

Pytanie istotne brzmi: czy my w ogóle mamy coś w kartach? Jakieś dziesiątki pik, bo o asach nawet nie wspominam. Wydaje mi się, że nie mamy, a do tego prowadzimy tę grę w sposób żenująco przewidujący. I to się nie może skończyć inaczej jak katastrofą. Być może rozciągniętą na lata, ale katastrofą, być może poprzedzoną triumfem, który za pół wieku jakiś nowy Peter Weir przerobi na kinowy sukces, ale jednak katastrofą. My zaś tutaj na tym blogu nie lubimy i nie chcemy katastrof, nie chcemy też chwilowych triumfów, które nauczyliśmy się rozpoznawać, nie chcemy Bugaja, Modzelewskiego i Rotfelda. O reżyserze nazwiskiem Peter Weir nawet nie ma co mówić. A czego chcesz gamoniu – spyta ktoś? Chcę powstania sieci opatrzonych misją, świadomych celu i uzbrojonych, także w doktrynę organizacji, które będą czynne na całym obszarze kraju i gotowe na sygnał w razie zagrożenia, chcę, żeby to polscy reżyserzy kręcili filmy o amerykańskich bohaterach, a nie na odwrót, chcę, żeby w ZLP zasiadali literaci, a nie oszuści, niech to będzie nawet Komuda z Cherezińską. No i jeszcze, żeby nie było schizmy w Kościele. Na dziś to tyle. Aha i niech przestaną wreszcie nazywać Wencla poetą, bo to jest kłamstwo, a kłamać nie wolno.

Jeszcze jedno na koniec, zwróćcie uwagę na to jakim zdjęciem został opatrzony tekst profesora, przez tych tam, jakże się oni nazywają, przez redaktorów. Otóż są na tym obrazku plastikowe figurki żołnierzy z różnych epok. To taka niezamierzona, mimowolna demaskacja, ale nawet taki drobiazg cieszy. http://wpolityce.pl/polityka/268611-jesli-mamy-nadzieje-na-odzyskanie-reprezentacji-polski-w-polsce-a-potem-polski-w-swiecie-to-warto-przygotowywac-sie-do-tego-serio

 

Dla pewności podaję jeszcze informacje dotyczące polityki cenowej w naszym wydawnictwie, która zmieni się od przyszłego tygodnia.

Jeśli chcecie kupić Baśń jak niedźwiedź w miękkiej oprawie po 30 złotych za egzemplarz, możecie zrobić to jeszcze przez tydzień. Potem cena wraca do stanu sprzed wiosny roku 2015. Cena zaś Baśni w oprawie twardej wynosić będzie 46 zł. Nowa książka Toyaha kosztować będzie 40 zł, a książka Joli Gancarz o Bereccim 25 zł, za egzemplarz, tyle ile kosztuje egzemplarz Szkoły Nawigatorów.

 

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (111)

Inne tematy w dziale Polityka