Taras Szewczenko, ukraiński poeta, człowiek ze wszech miar tragiczny, nieszczęśliwy, ale także wybitny i na swoje oraz nasze nieszczęście mocno niezorientowany w realiach, napisał wiersz, w którym znajduje się fraza – podaj rękę kozakowi. Potem jest kolejne zdanie, które brzmi – odbudujemy raj nasz cichy. Konkluzja zaś, którą tu sparafrazuję brzmi; tylko najpierw powieśmy księdza i wyprujmy mu kichy. Taki bowiem warunek postawił nam Taras Szewczenko proponując zgodę pomiędzy Lachem a kozakiem. Obok księdza trzeba jeszcze powiesić obszarnika i wtedy dopiero szczęście, prawda, dobro i piękno zatriumfują. My się na to z oczywistych względów zgodzić nie możemy, ale propozycje Tarasa Szewczenki odżywają w każdym kolejnym pokoleniu, a także w różnych politycznych konfiguracjach. Nie są one bowiem wyrazem poetycznej tęsknoty skołowanego chłopca, z szerokich stepów, któremu coś tam w duszy grało, ale silnie osadzonym ideologicznie planem politycznym. Tacy ludzie jak Taras służą jedynie do emisji programu wśród ludu, bynajmniej nie prostego, bo ten nie ma chęci i czasu słuchać poetów. To są komunikaty skierowane do ludu zmanierowanego i urobionego wcześniej odpowiednio przez mało poetyczną agitację. Ludu, dla którego propozycja Szewczenki jest niczym wisienka na torcie, która wieńczy sukces i wieloletnie zmagania o dominację na rynkach, w umysłach, sercach, w akademiach, szkołach i przedszkolach. A także przy stolikach, gdzie starzejący się ojcowie grają w tysiąca i dyskutują o polityce, przeszłości i przyszłości. I oto mamy przed oczami kolejną odsłonę tego przedstawienia, a ujawnia się ona w stronie, w której może i była do przewidzenia, ale nie w takiej formie i nie w tym czasie. Nie wiem czy czytaliście opublikowany w niezalezna.pl list, jaki wysmażył Lisiewicz do Zandberga i jego kumpli, list, który nosi tytuł „List z sekty smoleńskiej do partii Razem”? Jeśli nie czytaliście wpiszcie sobie ten tytuł w gugla i przeczytajcie. Lisiewicz z Zandbergiem chcą odbudować „raj nasz cichy” na swoich warunkach i zasadach. Autor zaś listu, a przebija to z każdego zdania, uważa, że ma do odbudowy raju specjalnie predestynowany, podobnie jak koledzy z partii Razem. Być może tak jest w rzeczywistości, bo przecież brat tego Lisiewicza pracował w kancelarii prezydenta Komorowskiego, on zaś w tym czasie był najbardziej niepokornym z niepokornych wesołków, który chłostał biczem satyry patologie rządów PO i komizm prezydentury Komorowskiego, a przy tym wskazywał tragicznymi gesty na upadek w jakim pogrążyły się nasze dusze po 10 kwietnia roku pamiętnego. Dziś zaś wzywa to pojednania się z prawdziwą lewicą, za którą uważa partię Razem. Kto jest wobec tego lewicą nieprawdziwą? Leszek Miller rzecz jasna i cała grupa polityków związanych z SLD. Tych nazywa Lisiewicz oligarchami zaprzedanymi Moskwie (czy jakoś podobnie), ich należy się pozbyć, skreślić ich, unieważnić raz na zawsze i powrócić do dialogu z lewicą prawdziwą, która reprezentuje tradycje PPS, bliskie takim postaciom jak Andrzej Gwiazda i Ryszard Bugaj, działacze Solidarności i współpracownicy rządu Jarosława Kaczyńskiego. Powołuje się wręcz Lisiewicz na sławną pepeesowską wrażliwość. Kiedy ja słyszę coś takiego od razu przypomina mi się Kazimierz Pużak, członek PPS, który z polecenia Piłsudskiego wstrzyknął jednemu facetowi w serce solidną dawkę cyklonu B, a następnie wraz z kolegą zapakował go do kufra. Rzecz miała miejsce w Rzymie. Potem oczywiście całe PPS nasiąknęło tragizmem, a to z tego względu, że w krajach ościennych do władzy doszli inni socjaliści, którzy tym cyklonem posługiwali się z o wiele większą wprawą, a jeśli akurat nie mieli cyklonu, wystarczył im rewolwer albo kawał drąga. Lisiewicz zaś pisze o pepeesowskiej wrażliwości i namawia do zgody z Zandbergiem. Ten ostatni zaś pokazywał się, o ile pamiętam pod transparentem z napisem – my niezamożna większość i namawiał do opodatkowania wszystkich zarabiających powyżej 5 tysięcy brutto podatkiem w wysokości 70 procent. O cyklonie na razie nie mówił, ale myślę, że i do tego dojdziemy. Człowiek, który jest kanclerzem na prywatnej uczelni i ma niezliczoną ilość dobrze płatnych fuch na mieście staje pod napisem „my niezamożna większość”. Zapamiętajmy to sobie. Z nim właśnie czołowi patrioci z niezalezna.pl, którzy przez pięć lat lansowali się na Smoleńsku szukają zgody, z nim będą budować nową, sprawiedliwą Polskę. Mnie zaś już tylko ciekawi gdzie w tym czasie będzie brat Lisiewicza, ten co pracował w kancelarii Komorowskiego?
Nazywa Lisiewicz partię Zandberga lewicą antyestablishmentową. Co to oznacza w praktyce? Prawdopodobnie tyle, że Lisiewicz, Zandberg i ich koledzy znają się z miasta, ze studiów, czy skądś tam i uważają, że najwyższy czas stworzyć własny establishement, niezależny od Millera i Kaczyńskiego. Establishment, który potrzebuje rzecz jasna jakiegoś szyldu, żeby się za wcześnie nie ujawniła jego istota. Stąd tytuł listu, gdzie Lisiewicz dowcipnie określa swoje środowisko mianem „sekty smoleńskiej”, a kolegów Zandberga nazywa po imieniu – partią Razem. Sugeruje też, że oto nadchodzi czas żywych, ale rzeczowych i twórczych sporów pomiędzy prawdziwą prawicą, a prawdziwą lewicą.
Myślę, że żadne demaskacje nie są tu więcej potrzebne, oni się wszyscy ujawniają jeden po drugim ze swoimi chętkami i programami. Niebawem okaże się, że w miejsce Sierakowskiego, w Krytyce Politycznej, wejdzie Antoni Michnik, syn Adama i Lisiewicz rozpocznie kolejny ożywiony dialog z kolejną prawdziwą lewicą. A być może nawet nie Lisiewicz, ale po prostu Dawid Wildstein rozpocznie ten dialog, Lisiewicz zaś dostanie coś tam na pocieszenie, albowiem jego rola sprowadza się – jak sądzę – do sondowania nastrojów i inicjowania współpracy.
Powraca Lisiewicz do koncepcji Międzymorza, która jest pułapką dość oczywistą, ale podsuwaną nam uporczywie przez „naszych”, jako zastępnik „kondominium rosyjsko-niemieckiego pod żydowskim zarządem komisarycznym”. Nie ukrywa autor listu, że obydwu stronom daleko jest do porozumienia w pewnych kwestiach, a tu na pierwsze miejsce wysuwa się stosunek do USA i Kościoła Katolickiego. Z tym stosunkiem do USA to Lisiewicz myli się na 100 procent, albo po prostu ściemnia, jeśli zaś idzie do Kościół, mogę jedynie powtórzyć to co napisałem wcześniej:
Podaj rękę kozakowi
odbudujemy raj nasz cichy
tylko najpierw powieśmy księdza
i wyprujmy mu kichy.
Co było do okazania.
Na koniec następuje demaskacja ostateczna (która to już z kolei?), demaskacja ujawniająca rolę Lisiewicza w tym przedsięwzięciu, a także pułapkę, jaką jest cała tak zwana tradycja niepodległościowa w Polsce. Oto pisze nam redaktor Lisiewicz, że w programie WiN było uspołecznienie dużych zakładów pracy i reforma rolna. Nie wiem jak Wam, ale mnie to w zupełności wystarcza.
Całość tego nieszczęsnego listu macie tutaj:
Zapraszam na stronę www.coryllus.pl Informuję też, że na wyczerpaniu jest kolejny już dodruk II tomu Baśni jak niedźwiedź. Wznowienia nie będzie zaś przynajmniej przez rok. Niech nikt potem nie narzeka, że nie zdążył.





Komentarze
Pokaż komentarze (104)