Stanisław Lem napisał kiedyś gruby zbiór recenzji nieistniejących książek. To było nawet ciekawe, ale nigdy nie dałem rady przeczytać więcej niż dwie, ludziom się to jednak podobało. Dziś dochodzimy do takiego momentu kiedy o nieistniejących książkach będzie się wyłącznie pisać na blogach, albo mówić w sieci, a biogramy ich autorów (prawie autorów, pomysłodawców) ukazywać się będą w wikipedii. Mamy bowiem do czynienia z demaskacją ostateczną (wiem, że nadużywam). Książka jest już całkowicie zdegradowana i w zasadzie został z niej sam szkielet.
Oto gazownia promuje kolejnego geniusza, który w zeszłym roku napisał dwie powieści, a w tym roku jedną. Nazywa się Michał Radomił Wiśniewski i prowadzi dwa blogi, które sam komentuje. Oczywiście ma swoją biografię w wiki i jak najbardziej zalicza się go do pisarzy. Popatrzyłem na tego gamonia i pomyślałem, że nie ma co odpuszczać. Za książki jeszcze nie zabijają, a media mają coraz mniejsze znaczenie, tak więc jedynym kryterium jakości pozostaje czytelnik. Jeśli człowiek ma czytelników to znaczy, że jest pisarzem, jeśli ich nie ma to znaczy, że jest szmatą na kiju. Koniec, kropka.
Popatrzmy więc z tego straszliwego dystansu, który dzieli nas od nich, jak biedzą się i mozolą, żeby zostać tymi pisarzami. Tokarczukowa mówi, że sprzedała już 100 tysięcy egzemplarzy swoich książek. Ja nie wiem czy ona potrafi sobie wyobrazić tę pryzmę, ale chyba nie potrafi, bo inaczej zamknęłaby się i schowała w mysiej dziurze. Jeśli ktoś zna wymiary tego jej dzieła niech z łaski swojej policzy jakie byłby to dokładnie wielkości. Poza tym, jak już kiedyś wspominałem, nie da się po miesiącu czy nawet trzech dokładnie określić wielkości sprzedaży. No, ale to także nie ma znaczenia, bo oni po prostu kłamią mówiąc o tych wynikach i ja to artykułuję wprost, żeby mnie mogli pozwać do sądu.
Młodzi pisarze w ogóle nie są potrzebni, potrzebny jest pretekst jedynie, by gazownia mogła opowiadać jacy ci Polacy są durni, źli, podli i jak nie rozumieją prawdziwej sztuki. Właśnie tym zajmuje się ten cały Wiśniewski. Jemu się nie podobają pracownicy korporacji, których porównuje do nazistów. Kogo jeszcze porównacie do nazistów? Osiedlowych listonoszy, bo mają podobne czapki? Tak więc można dziś z dnia na dzień wykreować „sławnego pisarza”, dać mu pieniądze, bo one nie są żadnym problemem i za dwa dni zwinąć gościa do wora, kiedy okaże się, że nie spełnia swojej funkcji. Oczywiście trzeba mu też dać nagrodę, ale po szóstej nominacji po nagrody zaczną się zgłaszać gimnazjaliści, którzy lepsze rzeczy niż ten Wiśniewski piszą na swoich iphonach. Czy gazownia się tym przejmuje? Nie, bo jej komunikaty mają charakter wewnętrzny. Oni za pomocą tych kreacji informują kogoś, że praca wre i idzie w dobrym kierunku, Polacy są coraz gorsi i bliscy zrównania ze zwierzętami, a młodzi pisarze to dostrzegają i dają temu wyraz.
I wszystko byłoby dobrze gdyby nie pycha. Trzeba bowiem mieć jakiś pretekst do aranżowania tej całej sytuacji. Jeśli degraduje się książkę w tempie ekspresowym, nie ma się już do czego odwoływać, nie ma z kim i z czym porównywać kolejnych dzieł. No bo za pół roku dwuakapitowe opowiadania Wiśniewskiego Radomiła to już będzie klasyka, tyle, że nieznana nikomu poza samym autorem. Zrobi się kłopot i nie będzie wyjścia. No, ale są jeszcze jakieś, prawda, sposoby. Oto niedawno jakiś frajer ogłosił, że „znalazł” nigdy nie publikowany rękopis Marka Hłaski. I on się jakiś czas temu ukazał pod tytułem „Wilk”. Ja, tak się składa, dość dokładnie znam manierę i styl Marka Hłaski i dla samej tylko zgrywy przypomnę kilka tytułów jego dzieł. Proszę bardzo: Sowa córka piekarza, Palcie ryż każdego dnia, Wszyscy byli odwróceni, Cmentarze, Pijany o dwunastej w południe. Można Marka Hłaski nie lubić, można go lubić, ale co by nie mówić, był to autor prawdziwy, a opowiadanie 'Pijany o dwunastej w południe” jest absolutnym mistrzostwem świata jeśli idzie o formę. No, ale o czym my tu gadamy, kiedy karierę zaczyna Wiśniewski, a cudownie „odnaleziona” powieść Hłaski nazywa się „Wilk”, dobrze ku..a, że nie „Samotny, tańczący wilk”, może lepiej by się jeszcze lepiej sprzedawała.
Jeśli ktoś nie rozumie o co mi chodzi, napiszę to wprost: uważam, że to jest oszustwo, a nie żadna nieznana powieść Hłaski. To jest po prostu nieprawda, kolejny numer, na który próbuje się złapać naiwnych czytelników, nie rozumiejących co to jest pisanie. Hłasko był autorem prawdziwym, który miał talent. Nie rozumiał jednak ten nieszczęsny młodzian, że pierwotną funkcją literatury nie jest rozbudzanie emocji czytelników, ale polityczna propaganda. I dla tej właśnie potrzeby stworzono rynek literacki. Wszystko inne jest w stosunku do tej funkcji wtórne, czasem jest bardzo prawdziwe, piękne i ujmujące, ale pozostaje wtórne. Dlatego gazownia z taką łatwością i bezczelnością kreuje tych swoich pisarzy, dlatego tak łatwo można odnaleźć „zaginiony” rękopis Hłaski. Skąd ja mam pewność, że to nie jest książka Hłaski? Ponieważ jego spodakobierczyni Sonja Ziemann żyje, ma swoje lata, ale żyje i jej adwokaci na pewno zgłosiliby się już po dolę, gdyby to naprawdę była książka Hłaski.
Można w tym miejscu zadać pytanie, tylekroć już powtarzane: dlaczego oni nas tak traktują? To znaczy, nie mnie, niektórych, na przykład mojego sąsiada, którego tego rzekomego Hłaskę sobie kupił na gwiazdkę i uznał za stosowne mnie o tym poinformować. Odpowiedź na to znajdziecie w dzisiejszym wpisie blogerki Anny, pod którym dyskutują „stare kartożniki” takie jak eska, a rzecz dotyczy beznadziejności TV Republika, oraz tego czy Rachoń jest lepszy od Hejke czy może na odwrót. Doprecyzuję tę odpowiedź. Sami wypinacie tyłki i prosicie, żeby w nie kopać. Sami tego chcecie, bo jedyne co Was, drodzy, interesuje to kibicowanie ulubionym zawodnikom. Nie zauważyliście niestety, że te zawody to już nie ustawka nawet, ale hologram. Ktoś powie, że dziennikarze mediów elektronicznych to nie pisarze i wyszczególnione zasady się do nich nie stosują, bo oni są prawdziwi. Guzik tam prawdziwi, to tak samo nieprawdziwi jak cudownie odnaleziony rękopis Hłaski. Widz, czytelnik zaś to jedynie pretekst, żeby ci państwo mogli fasować miesięczne pobory. I tyle. Powtarzam: pretekst jedynie. I oni Wam to mówią wprost, ale wy dalej swoje, że dom, że Stasiek, że drzewo....
Na koniec jak zwykle trochę przechwałek. Mamy czytelników, oni są wierni, a często sfanatyzowani. Utrzymywanie prawidłowych relacji z czytelnikiem to właściwie spozycjonowana misja autora. Nie bunt, nie wazeliniarstwo, nie jakieś inne kokieterie, ale utrzymywanie właściwych relacji z czytelnikiem. Nic poza tym się nie liczy. Dopiero z tego wypływa cała ta, tak zwana twóczość. Reszta, czyli te nagrody, nakłady, recenzje, media, rękopisy co nie płoną i inne gadżety to szwindel korporacyjny. Mistrzowie sprzedaży wołają: codziennie nowy produkt, a będą wyniki. Gazownia wkrótce będzie kreować jednego, nowego pisarza dziennie, żeby utrzymać propagandowe trendy. Musi tak robić, bo im samym, wewnętrznemu kręgowi, pisać się nie chce, mają inne problemy i ta cała literatura ich tylko śmieszy. No, ale jest po niej dziura i trzeba ją zapełnić. U „naszych” jest inaczej. Oni wszyscy chcieliby być cudownie odnalezionym w Saragossie rękopisem Hłaski co tańczy z wilkami. Dlatego właśnie nie potrafią w tej Republice pokazać uczciwego telewizjnego materiału, muszą bowiem pokazywać siebie. Boją się, że inna metoda spowoduje ich natychmiastowe znieknięcie, z mediów i z życia. O ile w gazowni tendencja jest taka, że gamoni kreują na cwaniaków – patrz Michał Radomił – o tyle u „naszych” na odwrót cwaniacy kreują się na gamoni. Czymże bowiem innm jest lans byłego tajniaka Wrońskiego w salonie24. - A zostanę se pisarzem – pomyślał – i bloga jeszcze założę, może ktoś się skusi.
U nas zaś sprawy mają się tak, że kolega Valser montuje targi, pisałem o tym, ale jeszcze przypomnę – 4-5 czerwca przyszłego roku w Bytomiu. I to jest właściwa droga – czytelnicy i rynek, prawdziwy rynek, a nie medialny fejk.
Na razie. Zapraszam na stronę www.coryllus.pl, do księgarni Przy Agorze, do sklepu FOTO MAG i do księgarni Tarabuk.





Komentarze
Pokaż komentarze (62)