Zaczynam trochę „odpadać” psychicznie. Brakuje mi ludzi, spraw do załatwienia, „terminów nie do przekroczenia” (pracuje w dwóch firmach). Początek pandemii zastał mnie „w środku pracy”: nawet nie zauważałem pandemii bo tyle miałem pracy (z tej mnie właśnie wyrzucono nawet bez słowa podziękowania, czy wytłumaczenia). Ale jest tez druga firma: snuliśmy w niej plany, tworzyliśmy scenariusze i - niemal codziennie mieliśmy konferencje wideo (od początku „wirusa” uznaliśmy, ze praca z domu jest bezpieczniejsza). Jeszcze w zeszłym tygodniu nagrywałem jakieś teksty lektorskie - byłem potrzebny. Moje „wykluczenie na kwarantannie” przesunęło mnie na „boczny tor”. Oczywiście, są w firmie problemy, które tylko ja „ogarniałem” - jakoś sobie poradzą, ale nawet nikt już do mnie nie dzwoni. Miesiąc kwarantanny to po co maja ze mną gadać?
Kiedy u Moniki zdiagnozowano Wirusa, wydawało mi się, ze powinienem z nią być i ja wspierać. By nie została sama. Wiedziałem, ze jest jakiś cień szansy, ze mógłbym wyjechać - czasem zgadzają się na przejazd własnym samochodem z jednego miejsca kwarantanny do innego. Kilka osób mi radziło, bym to zrobił. Wiem, ze to możliwe (albo było): jeden z moich znajomych „załapał się” na kwarantannę w Warszawie i zgodzili się, by przejechał do Bydgoszczy i tam ja teraz przechodzi.
Uważałem, ze jestem Monice potrzebny, ze będzie jej miło moc z kimś pogadać, ze „w razie czegoś” - będzie miała ode mnie wsparcie i pomoc, ze razem będziemy ciągnąć „wózek izolacji”, że ogarnę jakieś przyziemne sprawy bytowe (Monika z powodu wirusa miała problemy z płucami i nie było wiadomo, czy jakoś nie „rozwiną się” w zła stronę).
Dziś jednak czuje się niepotrzebny. Czuję, że przeszkadzam: zawłaszczam jej przestrzeń prywatną. Gdyby nie „sytuacja” - przeprosilłym „za najście” i szybciutko wyszedł, jak nieproszony gość



Komentarze
Pokaż komentarze (8)