Należę raczej do oszczędnych osób. Gdy zostałam wysłana na 30 dniową kwarantannę, przemknęła mi jedna pozytywna myśl: zaoszczędzę trochę, przecież nie ma na co wydawać.
Moje podejście do pieniędzy zmieniło się o 180 stopni kilka lat temu, kiedy straciłam wszystkie oszczędności na opcjach binarnych. Byłam wtedy, tak jak teraz, na dość długim zwolnieniu lekarskim (skręciłam kostkę). Siedząc wtedy w domu kolejny tydzień wpisałam w wyszukiwarkę hasło: "jak zarabiać przez internet". Wyskoczyło mnóstwo stron dotyczących "inwestowania" na giełdzie. Pomyślałam, że to świetny czas na pomnożenie oszczędności swojego życia. Przecież inwestowanie i giełda brzmią niezwykle profesjonalnie i poważnie. Gdy zalogowałam się na jakąś stronę z opcjami, od razu zadzwonił do mnie mój nowy opiekun finansowy, który miał mnie poprowadzić do niewyobrażalnego bogactwa. Zanim wpłaciłam pierwsze pieniądze, poczytałam o tym dużo. Nie znalazłam haczyków. Nadzór KNF, mnóstwo pozytywnych artykułów, poradniki dla początkujących inwestorów....Nauczyłam się nawet czytać wykresy kursów.
Dla niewtajemniczonych krótko czym są opcje binarne:
to metoda inwestowania/gry na instrumentach finansowych (parach walutowych, akcjach, indeksach i towarach), polegająca na wyborze jednej z dwóch możliwości zachowania się kursu:
– wzrośnie
– spadnie
i określenia przedziału czasowego, w jakim to nastąpi (tzw. czasu wygaśnięcia). Jeśli nasza prognoza się sprawdzi, otrzymamy z góry określoną wypłatę, która wynosiła zazwyczaj między 75 a 85% zainwestowanej kwoty.
Brzmi nieźle, prawda? Oznacza to, że za każdą opcję o wartości 100 zł można otrzymać na czysto sporo kasy w przypadku poprawnej prognozy.
20 zł to była minimalna kwota którą można było wpłacić. Moje pierwsze próby to wnikliwe obserwowanie kursów, śledzenie rynków światowych czy trendów handlowych. No i na początku (jak można się tego spodziewać) wszystkie moje transakcje były trafne. Wpłaciłam więc więcej: stówka, potem dwie stówki....Przeszłam na 60 sekundowe opcje. No skoro jak mam się wzbogacić, to szkoda czasu.
Chyba już nie muszę opisywać co było dalej. Na samą myśl oblewa mnie rumieniec wstydu za własną głupotę. Zaczęłam przegrywać. Nie nazywam już tego złym obstawieniem kursu. To po prostu gra hazardowa. Wkręciłam się strasznie. Obstawiałam od rana do wieczora, przez telefon i komputer. Chciałam się szybko odbić. Gdy już dotarłam do momentu, że miałam zero na koncie i żeby grać dalej musiałabym pożyczyć kasę, ogarnęłam się. Nagle i boleśnie. Nie będę rozwijać jak się wtedy czułam, ale po czasie wiem, że poskutkowało to dwiema pozytywnymi zmianami: rzuciłam wtedy palenie na rok (nie miałam pieniędzy nawet na papierosy) i nauczyłam się oszczędzać.
Wracając do sedna. Nie wydaje już na głupoty. Ogólnie głupotami zaczęłam nazywać prawie wszystko (wiem, wiem, niektórzy nazywają to skąpstwem). Powoli zaczęłam przechodzić na minimalizm. Może o tym jeszcze napiszę więcej. W każdym razie jestem teraz na etapie, że prawie nic nie potrzebuje. I dobrze mi z tym.
Dlatego miałam nadzieję, że zaoszczędzę jeszcze więcej przez ten miesiąc. Niestety są tu pułapki. Pierwsza, najbardziej oczywista: zużycie prądu. Liczniki kręcą się chyba jak oszalałe. Praktycznie non stop włączone są dwa laptopy, telewizor, światło (mam bardzo ciemne mieszkanie). Do tego codzienne gotowanie (wcześniej gotowałam od czasu do czasu), czyli kuchenka, zmywarka, mikrofalówka, co chwilę kawka, herbatka (zazwyczaj piło się w pracy), a więc czajnik.Dochodzi do tego pranie (zalecenie sanepidu). Zapomniałabym o blenderze i codziennych koktajlach owocowych dla zdrowotności.
Druga sprawa: zakupy. Do tej pory moje zakupy były przemyślane. Nie kupowałam na zapas. Przeważnie korzystałam z promocji lub jeździłam do rodziców na najlepsze obiady świata. Teraz robimy zamówienia i nie wyobrażam sobie, żebym mogła jeszcze wymagać od osób, które robią nam przysługę, aby porówywały ceny i wybierał np najtańsze produkty. Po pierwszym tygodniu już widzę, że wydatki na jedzenie wzrosły o 100%. No i oczywiście więcej się je. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze sąsiedzkie przysługi. Jak skończą się papierosy czy piwo taką właśnie przysługę robi nam sąsiad, który zawsze skroi nas z końcówki (tu 5 zł, tam 8 zł). Najdroższe niestety są papierosy. Ja od wczoraj ograniczam, ale Krzysiek pali więcej.
Trzecia sprawa: internet. Musieliśmy założyć, ponieważ do tej pory nie potrzebowałam aż tyle transferu. Kolejne 50 zł.
Następnie: mój trzymiesięczny bilet, który właśnie mi przepada (załadowałam go trzy tygodnie temu). Do tego dochodzą stałe opłaty Krzyśka za niekorzystanie z własnego mieszkania.Lodówkę zostawił pełną i jak wróci wszystko wyląduje w koszu.
No i najważniejsze: niższa wypłata. Niestety to było chyba nieporozumienie, że powinnam dostać 100%. Zostaje mi 80%.
Także póki co o oszczędzaniu mogę zapomnieć. No ale jak wiemy: zdrowie jest najważniejsze, a to odpukać, dzisiaj jest niezłe.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)