7 obserwujących
59 notek
31k odsłon
  1869   0

Po COVID-19. Prze-Chorowanie to nie koniec problemów...

zdjęcie własne
zdjęcie własne

Monika miała COVID-19, a ja z nią musiałem przejść całą 32 dniową kwarantannę. Zbliżało się lato i mieliśmy plany wycieczkowe, może nawet wczasowe "w czasach zarazy". Jednak szybko nasze plany uległy zmianom. Naszym jedynym wypadem był wyjazd do mojego miasta rodzinnego, w którym Monika nigdy nie była.

 image image



Szybko okazało się, że każde działanie Moniki jest utrudnione: brak oddechu, ciągły ból w klatce piersiowej, brak sił, bardzo szybko następujące zmęczenie. Pierwszy lekarz, do którego trafiła Monika miał nietypową diagnozę: "Właściwie to ja bym panią wysłał do szpitala, ale jeszcze nie wiem z jaką diagnozą". No pocieszające...

Potem nastąpiła wizyta u lekarza z Centrum Chorób Płuc. Była środa. Co Ci powiedział? "Sprawdzi jeszcze wyniki i spotkamy się na konsultacje w poniedziałek." Jednak już następnego dnia rano zadzwonił do Moniki: "Proszę się spakować i natychmiast w piątek pojawić się na Izbie Przyjęć w Centrum Chorób Płuc". Powiało grozą...

Optymistycznie liczyliśmy, że hospitalizacja potrwa dwa - maksymalnie cztery tygodnie. Mocno się myliliśmy: skończyło się na prawie trzech miesiącach - a dokładnie 11 tygodniach! ... A przypuszczam, że gdyby nie druga fala pandemii Monika nadal byłaby w tym szpitalu. No to tak zaplanowano nam lato i wakacje. Jedynym plusem pobytu w Centrum było to, że można było się "wymykać" na spacery do lasu, który otaczał Centrum. A tam można było oprócz poszukiwania grzybów penetrować malownicze ruiny zapomnianych budynków po-sanatoryjnych, albo wybrać się nawet gdzieś dalej.

image image

Pobyt Moniki nie był lekki. Najpierw badania i te nieinwazyjne i bronchoskopia (bolesna że aż strach). Okazało się, że Monika ma zanik pęcherzyków płucnych (to te słyszalne w czasie choroby "pękanie czegoś w płucach") - okazało się, że pęcherzyki pękały i umierały, niestety na zawsze. A zamiast pęcherzyków pojawiły się zrosty, wyczuwalne normalnie przy dotyku. Również wcześniej zdiagnozowany stan zapalny zamiast się "wygoić" - wszystkie wskaźniki gwałtownie szybowały w górę. Jak się okazało przyczyną był płyn w płucach. Zwykle robi się punkcje i ściąga płyn ogromną strzykawą, jednak płyn był umiejscowiony tak blisko przepony, że niewielki błąd pozbawił by Moniki na szanse zwykłego oddychania do końca życia. Postanowiono "wysuszyć" płyn i stan zapalny antybiotykami. Najpierw cztery bardzo silne i - nie dość, że wpływające na ogólne samopoczucie, to okazało się, że uszkodziły Monice wątrobę i skończyło się na ponad tygodniu odtruwania (leki, codzienne kroplówki i oczywiście przerwana antybiotykoterapia). Wątroba może nie wróciła do normy ale...  Więc zaczynamy kuracje od nowa, a tygodnie płyną ... Kolejna terapia (trzy antybiotyki) skończyła się już po kilkunastu dniach: bóle brzucha, wymioty - i następny tydzień na "podnoszenie" pacjentki do stanu zdrowia takiego, by zacząć Trzecią terapię antybiotykami! Ta okazała się - chyba - najmniej niszcząca, co nie znaczy, że bez skutków ubocznych: po przyjęciu antybiotyków najpierw jakieś "otępienie mózgowe" a potem... Problemy z czytaniem: wzrok Moniki zaczął się gwałtownie pogarszać.

Centrum specjalizowało się w leczeniu gruźlicy, więc mimo, że nie wykryto bakterii "empirycznie" leczono ją, jak by miała gruźlicę niezaraźliwą. W Centrum przebywało wiele osób. Niektórych, tych bardziej nerwowych nazywano "tygodniowymi", bo - jeszcze - wierzyli, że spędzą w szpitalu kilka tygodni. "Miesięczni" pacjenci byli bardziej spokojni - rekordziści leczyli się ponad 12 miesięcy!

Druga fala pandemii uwolniła Monikę ze szpitala: przekształcał się w covidowy. Zaczęło wiać grozą, gdy przez okno można było obserwować, jak ci, którzy nie przeżyli byli wywożeni ze szpitala w czarnych workach. Pod koniec takie łóżka z ofiarami pandemii w czarnych workach zaczęły pojawiać się, przetaczane, także na korytarzach...

image

Monika trafiła - wreszcie - po 11 tygodniach do domu. Lato się skończyło i przyszła jesień. Ale to, że była w domu nie skończyło - niestety - choroby. Najpierw wizyta w aptece. Każdy z nas kiedyś kupował antybiotyki. Dwa, możne trzy płaskie pudełeczka. Monika dała receptę w aptece i dostała sporych rozmiarów wiadereczko:  antybiotyki do łykania na następne sześć miesięcy!

Antybiotyki i to już koniec? O nie, nie. Ból w klatce piersiowej, nawet przy przewracaniu się na łóżku podczas snu, a ja mogłem także słyszeć oddech Moniki - krótki, tak, jakby "niezakończony". Gdy ja wdychałem powietrze ona już przestawała, bo jej płuca nie były w stanie wciągnąć już więcej powietrza. Dziś wiemy, po badaniach w Głuchołazach - ma tylko 70% pojemności płuc. Niedotlenienie, bóle w płucach. Monika podjęła decyzję, że jedzie do Głuchołazów, by wrócić do zdrowia.

Poniżej zdjęcia szpitala i parku, gdzie codziennie Monika pod opieką psychologa chodzi na spacery.

imageimage

Zdjęcie pierwsze to koszulka, którą sprezentowałem Monice "na pamiątkę" przejścia zarażenia korona wirusem. Nie wiedziałem, że to nie jedyna "pamiątka" po tej chorobie. Że skutki, chyba - oby nie - będą "pamiątką" na cale życie :(

Lubię to! Skomentuj50 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości