Bohema, której w demokracji już nie ma…
Każda epoka ma swoich rysowników, karykaturzystów i męczenników. Jest rzeczą cenną podjęcie próby opisania doli rysowników u satelity Imperium Zła, czyli w Polsce i w Imperium Dobra. Tę analizę na dobrą sprawę można by rozszerzyć na wszystkie dziedziny kultury i sztuki. W PRL-u jak było, tak było, ale było, z fasonem i w ostrogach. Biedni i wychudzeni karykaturzyści z obłędem w oczach i gruźlicą w płucach tworzyli swe dziełka kultury kreskówkowej, na miarę Szpilek, Polityki, Przekroju, Gazety Zielonogórskiej oraz paru innych organów naszej partii, których to 3 miliony zatwardziałych czytelników zrywało sobie boki, nie tylko z siebie ale i z innych, co było twórcze, zdrowe i sympatyczne, bowiem w jakiś sposób oczyszczało istniejące ówcześnie stosunki. Było wówczas i mleczko, i jajeczko, i przyszedł syty kotek,wypił mleczko i ogonkiem stłukł jajeczko.
Dzisiaj o Czeczotach, Mleczkach, Jujkach, Lengrenach i o Majach Berezowskich nikt nie słyszy, no może poza nielicznymi, poszukującymi lokaty kapitału. Kapitał z natury, spraw duchowych, wybija zęby artystom czyniąc z nich memłaczy przeżutej papki ideologicznej. Obawa utraty materialnych prerogatyw zabija w artyście ową predyspozycję do widzenia rzeczy słusznych i krytykowania nieprawidłowości przetworzonych na tak cenne artystycznie indywidualne widzenie świata.
Załóżmy nawet, że niejaki Kalicki ma teoretyczną rację, iż w PRL-u molestowano, prześladowano i mordowano rysowników poprzez cotygodniowe wzywanie ich na czerwone dywaniki u sekretarzy propagandy naszej partii a codziennie po ulicach naszego kraju ścigało ich ZOMO z pałami szturmowymi w łapach, i bezpieka cichcem leżała pod ich tapczanami, to skąd ich się tylu z taką sławą namnożyło. Ciekawe co o ich popularności zadecydowało? Stworzone dla nich niekwestionowane warunki rozwoju czy perfidnie wprowadzane ograniczenie i restrykcje, jak chciałaby przewrotna, solidarna opozycja.
Gdyby sprawa dotyczyła tylko rysowników nie byłoby o co gęby strzępić. Jednak to zjawisko miało analogiczny wymiar i rozkładało się na całą sferę socjalistycznej kultury i sztuki, które święciły niekwestionowane sukcesy nie tylko w Polsce ale i wszystkich znaczących w tej materii rynkach świata. U naszego Wielkiego i Czerwonego Brata wręcz istniała niesamowita fascynacja kulturotwórczymi zjawiskami w Polsce. Że wspomnimy tylko dla przykładu, melioranta z Warszawy, twórcę i wykonawce satyrycznej piosenki…o chłopcach radarowcach….i niepowtarzalnych dziewczynach z PRL-u, co to nawet produkował się przed Breżniewem i walił z nim autentycznie komunistycznego niedźwiedzia.
III RP, niestety, w zestawieniu z tym deprecjonowanym na siłę PRL-em stanowi kulturalną pustynię, którą ogłosiła w TW pewna aktoreczka, po której słuch zaginął bezpowrotnie. Jej jedynym aktorskim sukcesem było ogłoszenie upadku komuny…i tak ta lawina potoczyła się dalej zmiatając swoją gwiazdę. Jakież to smutne. Gdybyż ona wiedziała, że rewolucje pożerają własne dzieci, nawet te najładniejsze, być może nie wygłupiałaby się tak tragicznie. Nie słychać już o solidarnych gwiazdach Szczepkowskiej i Jandzie, zgasłych na firmamencie demokracji, pożarte przez młodsze,bardziej obnażone i otwarte na kapitalistyczne wejścia smoków wolności i pluralizmu. Cześć ich kontrrewolucyjnej pamięci.
Nie rozpaczajmy jednak, bowiem nie ma po kim.Teraz wraca znowu Olga Lipińska, niepowtarzalny satyryk słowa, melodii i ruchu,wychowana na Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim. Wielka Artystka i Dyrektor spuszczona do politycznego czyśćca przez obłudną „Solidarność”, która jeszcze i ciut a sama ponownie będzie musiała zejść do podziemi. Jej możni protektorzy wolnoeuropejscy wykołysali gdańską kolebkę do lamusa historii, czego nawet paskudni komuniści nie byli w stanie uczynić.
Okazuje się, że jednym artystom wystarcza jako siła inspiracyjna twórczej weny zakończenie wojny i poczucie wolności oraz konieczności tworzenia i budowania. W rezultacie powstał oczywisty socrealizm jako antidotum na zniszczenia wojenne spowodowane przez militarystycznych ojców Eryki Steinbach, strategicznego sojusznika polskich biskupów i ich solidarności.
Innym twórcom jest to zbyt mało by wykrzesać z siebie iskrę powołania. Oni potrzebują krwi, cierpień, poświęceń za miliony. Ileż tego może wydolić naród, który właśnie co, wolność sobie wywalczył. Ten naród miał po dziurki w nosie AK, polityki stania z bronią u nogi pod egidą ryngrafu Matki Boskiej, zmarnowanych zrywów i wzniecania powojennych zamieszek w oczekiwaniu na III wojnę światową.
Rozumni artyści doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że po czasie wojny musi nadejść czas spokoju i odbudowy, niezależnie od tego pod jakim baldachimem. Nawiedzeni uznawali , że wyłącznie pod ich sztandarami może to nastąpić, kiedy życie dowodziło inaczej. Dlatego należało judzić, jątrzyć i konfliktować poczynając od wspólnych żon poprzez sabotaż, wysadzanie pomników Lenina kończąc na straszeniu ogniem piekielnym.Typowy Ciemnogród.
I tutaj się drogi rozchodziły, jedni dostępowali zaszczytów eksmisji do Workuty i jej podobnych centrów socjalistycznej edukacji, a inni zasłużonych wycieczek Pociągami Przyjaźni po kurortach ZSRR, gdzie i przy okazji można było sobie godziwie pohandlować ruskim złotkiem, do którego zachodnie nie umywało się.
Byli jednak i tacy co dla Ojczyzny ratowania, rzucali się przez morze i darli na Zachód ile sił w nogach. Uciekali pieszo, samolotami i na pontonach, by potem przed mikrofonami „Wolnej Europy” i innych rozgłośni nam życzliwych głosić swą miłość do Polski. Faktem pozostaje bezspornym, że nie wszystkich dopadły wrogie i wredne siły UB, ot po prostu przereklamowani nieudacznicy nie mogący się równać z BND, Mosadem czy CIA.
Dziwne jednak, że różne Czeczoty, Krawczyki, Violetta Villas, Jarocka i wielu innych po wyjechaniu na Dziki Zachód zamilkło tam artystycznie. Dopiero powrót niektórych z nich do Ojczyzny przywrócił im należne miejsce, chociaż nie wszystkim. Znakomita część polskich artystów próbowała się sprawdzać za Wielką Kałużą bez większych sukcesów. Czyżby oznaczało to, że tak nagle utracili oni swój artystyczny polot? Przypuszczam, a nawet jestem pewien, że nie. Myślę, że oni zwyczajnie nie chcieli się godzić na początkowym etapie z rolą pucybuta. My doskonale wiemy, że żadna praca nie hańbi, ale taką hańbą jest sprowadzanie artysty określonej miary i klasy do roli społecznego pariasa. Jest to marnowanie jego talentu. Co prawda można go było również rozwijać jak w przypadku lubianego przeze mnie Połomskiego w niemieckich knajpkach, które nie umywały się do polskich scen, na których brylował ten znakomity piosenkarz. W ten sposób rozmienił on swój niepowtarzalny talent na drobne, przypuszczam, jak wielu innych dla szmalu…
Przykłady można by przytaczać, rozwijać i mnożyć w kontekście polskiej szkoły filmowej, plakatu, teatru, tańca, poezji i czego by się tam jeszcze nie tknąć, wszystko błyszczało i fascynowało nosząc i pulsując niepowtarzalnym piętnem Polski i polskości. Dzisiaj to wszystko rozmyło się w kosmopolitycznym neoliberalizmie, gdzie za aktorkę poczytywana jest Buzkówna urodą nie odbiegająca od Pani Merkel i talentem od Joanny Szczepkowskiej.
Tego rodzaju talentów nominowanych przez liberałów mamy co niemiara i szkoda tutaj miejsca i czasu by przytaczać podobne miernoty uznawane za merkantylne gwiazdy, gwiazdki i gwiazdeczki. Ich jedynym walorem są gołe zadki, stosowne do każdej okoliczności aktu kupna-sprzedaży manipulowanych przez niewidzialną a obleśna rękę rynku.
W ten sposób polskie życie artystyczne sprowadzono do poziomu łóżkowych figli, na wzór i podobieństwo hollywoodzkich modeli. Tą to metodą sztuka stała się apolityczną, wypraną ze społecznego kontekstu i nasyconą prymitywnym i jurnym seksem. Seks jest istotną funkcją ludzkiego życia i zachowany w jego naturalnych proporcjach, stanowi o pięknie i uwzniośleniu ludzkiej egzystencji. Jednak jego przerysowanie prowadzi do zwyrodnienia piękna w rzeźnię seksualną. W tym też sensie podzielam opinie KK o konieczności zachowania pewnego rodzaju powściągliwości w życiu erotycznym, by nie prowadzić do jego degradacji, co nie jest równoznacznym z wkładaniem świętych łap w kobiece sacrum.
Natomiast śmiać się chce, gdy ci feudałowie kobiecej czci i godności rozprawiają o własnych mękach jakie musieli przeżywać w okresie internowania w ośrodkach wypoczynkowych KC naszej partii, gdzie gzili się bez umiaru i przyzwoitości, a niektórzy nawet spłodzili tam swoje Victorie. Zakłamanie i obłuda nadymanych bohaterów hodowanych w cieplarnianych warunkach. Ci absolwenci Szkół Przysposobienia Rolniczego próbują nas epatować rocznicami przyznanego sobie Nobla politycznego. Żadnej skromności i umiaru, mimo, że są artyści w naszym życiu, którzy autentycznie zasłużyli sobie na tę nagrodę.
Inni jak Żeromski kandydowali do niej, a mimo to o tym się nie pamięta, ba, jego twórczość wręcz wyrzuca się obecnie ze szkół. Wstyd i hańba solidarnym ćwokom. Umniejsza się rolę i znaczenie Sienkiewicza oraz Prusa. Mickiewicz był solidaruchom potrzebnym wyłącznie do walki z ZSRR, dzisiaj ma etykietkę murzyńskiego mieszańca i do widzenia. Jednym słowem nastała era włażenia cymbałów na cokoły. Warto jednak pamiętać, że przyjdzie czas odbrązowienia. Nie bez kozery wśród ludu krąży żart, że jest koncepcja postawienia pomnika Balcerowiczowi z napisem:”Twórcy dziadów”.
O sytuacji satyryków w USA nie będę dywagował, ponieważ uczynił to znakomicie Pan Passent. Opisał on precyzyjnie mechanizm trzymania na smyczy niewygodnych ludzi.Nie zapominajmy, że jest to stricte policyjne państwo, chroniące interesy wielkiego kapitału. Póki satyryk będzie przypisywał rogi Putinowi wszystko będzie korekt, ponieważ mieści się to w koncepcji upadającego globalizmu. Jeżeli jednak, nie daj Boże, ukaże on Busha, jak z beczką na Irak rusza, sytuacja może ulec diametralnej zmianie. I nie życzmy nikomu by puściły mu hamulce kiedy zjeżdża z góry.
Bush już praktycznie zjechał więc nie stanowi dla nikogo zagrożenia, nawet dla satyryka.
Odeszła w niebyt cywilizacja białoskórych Prezydentów.
Pozostała cywilizacja bezrasowego kapitału, kto wie na ile przydatna dla satyryków?
Zobaczymy kiedy w tamtym Baracku po raz pierwszy zostanie nakłuty Obama przez satyryków, co będzie nie lada wyczynem, ponieważ będzie wymagało to sporej odwagi pokonania bariery władzy, kapitału i rasowej. Ciekawe czy znajdzie się tak odważny by stanąć „po orzechy” w rowie pełnym wody, myśląc o suchych skarpetkach dla przyjaciela.
Wracając na Ojczyzny łono, smutno mi Boże, że zdaniem Passenta satyrycy w PRL-u byli szykanowani. Dlatego chciałbym się bliżej dowiedzieć na czym owe szykany polegały i kogo one dotyczyły. Chodzi o to, żebym sobie w bolszewickim łbie rozjaśnił nieco i poukładał właściwie.
No i byłbym bardzo usatysfakcjonowany prawdomównością Gospodarza, kogóż to on tak nękał w „Polityce”? Ja czułbym się dowartościowanym, że byli gorsi ode mnie. Baczyński byłby spokojniejszym po złożeniu samokrytyki i samolustracji przez swego kadrowego intelektualistę, a i przeciwnicy musieliby się od Pana odczepić. Jednym słowem same plusy wśród minusów. Odwagi drogi Panie, inaczej prawicowe ratlerki ciągle będą chwytać za nogawki. Chociaż prawdę mówiąc one nigdy aści nie odpuszczą, niezależnie od składanej skruchy i żalu za grzechy. Czyż nie lepiej zatem powalczyć o swoją godność aniżeli utożsamiać się z ludźmi tak odległymi od bohemy.



Komentarze
Pokaż komentarze