W internecie pojawiały się kolejne wersje zdarzenia. Najmocniejsza — że na czole kobiety widniał napis „bomba”. Słowo krótkie, nośne, medialne. Tyle że niedosłowne. To klasyczny przykład, jak w obiegu informacyjnym sensacja wypiera fakt, a uproszczenie zastępuje weryfikację.
Co więcej, sama pasażerka — według relacji — nie miała zamiaru nikogo straszyć. W swoim zamyśle traktowała napis jako żart, a określenie „bomba” rozumiała w potocznym, młodzieżowym sensie: „maksymalnie atrakcyjna”, „seksi”, „petarda”. To słowo-kameleon, które w jednym kontekście jest komplementem, w innym — alarmem. Różnica polega na tym, kto czyta i w jakim stanie emocjonalnym.
I tu dochodzimy do sedna. Problemem może nie był sam napis na czole, lecz brak wspólnego kodu kulturowego. To, co dla jednej osoby jest autoironią lub cytatem, dla innej staje się zagrożeniem. Strach nie lubi pustki — jeśli nie rozumie, dopowiada sobie najgorsze. Słowo „bomba” w przestrzeni lotniska nie potrzebuje kontekstu. Nie czeka na wyjaśnienia, nie dopuszcza ironii. Dla służb i części pasażerów oznacza jedno: potencjalne zagrożenie – uciekać!
W tej historii nie ma terrorystki. Nie ma też bohaterki. Jest za to mechanizm, który znamy aż za dobrze: brak kontekstu, nadmiar emocji i przekonanie, że jeśli czegoś nie rozumiemy, to na pewno jest niebezpieczne. Obcy język? Alarm. Żart nie w porę? Alarm. Szminka? Alarm, bo przecież mogła być czerwona.
A w tle wciąż trwa dziecięca piosenka o słońcu — trochę ironiczna, trochę tragiczna — przypominająca, że czasem świat po prostu przesadza.
#LotniskoChopina #BombaNaCzole #ПустьВсегдаБудетСолнце #Absurd #SzatniaInternetu #ŻartCzyZagrożenie #SłońceNieEksploduje


Komentarze
Pokaż komentarze (4)