I tu właśnie zaczyna się pytanie, które nie pasuje do żadnej konferencji prasowej: kto właściwie tworzy warunki do tych inwestycji i jaką cenę za nie płaci?
Nie chodzi przy tym o zarzut nielegalnych działań ani o przypisywanie komukolwiek odpowiedzialności za samą wojnę. Chodzi o moralną ocenę systemu, w którym wojna i kapitał funkcjonują równolegle — a często w sposób, który dla jednych oznacza śmierć, a dla innych okazję.
Czy naprawdę warto ginąć?
Wielu twierdzi, że tak — opłaca się. Oczywiście nie tym, którzy giną, lecz tym, którzy potrafią dobrze zagospodarować ich nieobecność.
Bo z czegoś przecież musi wyrosnąć „Slava”. Najlepiej rośnie na dobrze użyźnionej ziemi. A nic tak nie użyźnia jak młode kości, niedokończone życiorysy i patriotyzm w wersji ostatecznej.
Giniesz — więc jesteś w pamięci.
Nie giniesz — więc jesteś w biznesie.
Na froncie umiera chłopak z małego miasteczka, a kilkaset kilometrów dalej podpisuje się umowę. Elegancko. Klimatyzacja. Kawa. PowerPoint. „Największe przejęcie w sektorze rolnym od początku wojny”. Brzmi dumnie. Prawie jak tytuł orderu.
Ziemia przechodzi w dobre ręce.
Elewatory mają przyszłość.
Magazyny mają potencjał.
A poległy ma… flagę.
I nazwisko na murze, jeśli się uda.
Media mówią, że to inwestycje strategiczne, że to ratowanie gospodarki, że państwo musi funkcjonować. Oczywiście. Państwo zawsze musi funkcjonować — zwłaszcza wtedy, gdy obywatele przestają.
Bo wojna w wielu przypadkach może być wykorzystywana nie po to, by ją jak najszybciej zakończyć, lecz by trwała wystarczająco długo, żeby można było:
• skupić aktywa,
• uporządkować własność,
• „zoptymalizować strukturę rynku”.
Biedni giną, bogaci konsolidują.
To nie cynizm — to model znany z historii, powtarzany w różnych miejscach i epokach.
Patriotyzm jest w tej układance niezwykle użyteczny. Najlepiej działa w wersji jednorazowej: zużywa się go szybko, nie trzeba płacić pensji, a po śmierci nie zadaje pytań. Idealny pracownik wojny.
„Oddali życie za ojczyznę” — piękne zdanie.
Jeszcze piękniej brzmi:
„W trudnym czasie udało się przyciągnąć kapitał”.
I nikt nie kłamie. To jest najstraszniejsze.
Bo naprawdę: w krajach ogarniętych wojną da się robić biznes nawet w najbardziej dramatycznych okolicznościach. Zawsze się dało. Trzeba tylko, żeby ktoś inny był zajęty umieraniem.
Więc tak — warto ginąć.
Dzięki temu:
• ziemia ma jednego właściciela zamiast pięciu,
• rynek jest bardziej przejrzysty,
• a przyszłość — przewidywalna, no może nie dla wszystkich.
Na prochach poległych wyrasta prawdziwa „Slava”:
nie ta z okrzyku,
nie ta z flagi,
ale ta z tabelki w Excelu.
I tylko jedno pytanie pozostaje nie na miejscu, więc nikt go głośno nie zadaje:
czyja to będzie ojczyzna, kiedy już wszyscy, którzy mieli za nią ginąć, zginą?
Tekst ma charakter opinii i stanowi publicystyczną interpretację zjawisk opisywanych w mediach. Słowo „Slava” użyte w tekście jest metaforą i nie odnosi się do okrzyków narodowych.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)