Bo oto na parkingu pod sklepem stoi BMW za pięć tysięcy złotych, bez tablic, czekające na rejestrację.
Dla właściciela — samochód marzeń.
Dla złomiarza — wrak. Zaproszenie do czynu społecznego.
W jego głowie musiała rozegrać się scena godna filmów motywacyjnych: „Nie będę patrzył bezczynnie! Nie pozwolę, by miasto tonęło w złomie! Ja, skromny obywatel, zrobię to, czego inni nie potrafię — zadzwonię po lawetę i uratuję parking przed tym… BMW”.
I tak oto powstała najdziwniejsza kradzież samochodu w historii Polski. Nie było włamania, nie było pościgu, nie było nawet pośpiechu. Była za to opłacona autolaweta, spokojny załadunek i pełne przekonanie, że robi się coś dobrego dla środowiska.
Kiedy policja obejrzała monitoring, odczuła wrażenie, że ogląda materiał szkoleniowy z logistyki, a nie dowód przestępstwa. Zero stresu, zero nerwów — jakby ktoś odbierał zamówienie z Click&Collect.
A potem przyszło przesłuchanie. I tłumaczenie, że to wszystko „dla dobra miasta”. Że to „społeczny czyn”. Że to tylko zadbanie o porządek i ekologię.
Jeśli tak wygląda nowy model obywatelskiej aktywności, to przyszłość zapowiada się ciekawie. Może ktoś wyniesie czyjś rower, bo „stał krzywo”. Może ktoś zabierze komuś hulajnogę, bo „blokowała chodnik”. Może ktoś opróżni komuś portfel, bo „za dużo gotówki to niebezpieczeństwo”.
Na szczęście szybko odzyskano auto i zwrócono je właścicielowi. A „społecznik” — cóż — teraz może dostać do pięciu lat więzienia. Taki bonus za nadgorliwość..
Ta historia jest piękną lekcją: jeśli ktoś ma stare auto, niech nie parkuje pod Lidlem. Bo zawsze może znaleźć się ktoś, kto uzna, że robi eko-przysługę, wywożąc je na złom.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)