Supernowoczesne drony obok sprzętu pamiętającego czasy, gdy telewizory były wielkości lodówki.
Ludzkie tragedie? Owszem, są… ale niech poczekają, bo właśnie trzeba nagrać efektowny materiał do raportu.
I nie chodzi o to, że „tu Iran, tam Izrael, tu Liban, tam Jemen”. To międzynarodowy poligon interesów, w którym każdy ma swoją checklistę:
- politycy: „Czy to się opłaca?”
- korporacje: „Czy to się sprzeda?”
- media: „Czy to się klika?”
Wojna staje się reality show — tylko że uczestnicy nie mogą odpaść, a widz nie może przełączyć kanału, bo algorytm i tak mu to podsunie.
W takim świecie jeden polityk czy dowódca to tylko avatar w większej grze strategicznej. Zniknie jeden? Nic nie szkodzi. Gra toczy się dalej. Broń się testuje, narracje się produkują, a lobbyści nie przerywają liczenia — kalkulator działa nawet w trybie samolotowym.
Najbardziej uderzające jest to, że każda strona deklaruje „pokój”, „wartości”, „bezpieczeństwo” i „suwerenność”, dopóki nie przeszkadza to w ich własnych zyskach, kontraktach i statystykach. Nawet media — im więcej łez, wybuchów i dramatów, tym lepsze wyniki. W końcu nic tak nie buduje zasięgów jak cudze nieszczęście w jakości 4K.
I tu dochodzimy do sedna: te konflikty dawno przestały być tylko starciami militarnymi. To spektakl interesów, technologii i narracji, w którym zwykli ludzie płacą cenę, a reszta świata notuje kolejne rekordy w testowaniu sprzętu, strategii i opowieści.
A widzowie? Patrzą, komentują, oburzają się na chwilę… i wracają do codzienności.
Wszyscy wygrywają swoje małe interesy.
Wszyscy — oprócz tych, których świat właśnie przestał istnieć.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)