9 obserwujących
219 notek
61k odsłon
  300   0

Cień Shermana nad Mariupolem

4 marca 2021 roku zastępca mera Mariupola, Siergiej Orłow, opisał ciężką sytuację w jakiej znalazł się ten ponad 400-tysięczny port nad Morzem Azowskim. Mariupol będąc obok Odessy ostatnim wielkim punktem oporu położonym na południowo-wschodnim wybrzeżu Ukrainy został oblężony i poddany ostrzałowi. Nacierające wojska Kremla pozbawiły mieszkańców miasta dostępu do prądu i bieżącej wody.

Zastępca mera Mariupola potępił strategię stosowaną przez rosyjskie wojska, które po natrafieniu na opór w pierwszych dniach inwazji zaczęły ostrzeliwać miasta i obiekty cywilne przy użyciu rakiet i pocisków artyleryjskich. Brutalne metody pacyfikacji oporu, zdaniem Orłowa, cechowały szczególną ścieżkę obraną przez najeźdźców. Ukraina miała doświadczać czegoś zupełnie nowego, czegoś, co on sam określił mianem „wojny szóstej generacji”. Jej symbolem stały się rujnowane budynki cywilne w Charkowie, Mariupolu i Czernihowie przy wykorzystaniu artylerii i rakiet dalekiego zasięgu.

Pamiętając o tragicznych wydarzeniach na Bałkanach w latach 1990. stwierdzimy, że Europejczycy zostali zaszokowani pierwszym takim wydarzeniem od dekad: inwazją wojsk jednego państwa na terytorium drugiego w granicach Starego Kontynentu. Rujnowanie miast i zabijanie cywilów za życia współczesnych pokoleń obserwowali na innych kontynentach: w Syrii, Jemenie, Iraku i w czasie wojen domowych w krajach afrykańskich. Dla wielu, niestety, zjawiska te pozostawały odległym geograficznie medialnym wydarzeniem. O niektórych z nich posiadali zdawkowe pojęcie.

Tymczasem w dwudziestym drugim roku XXI wieku „Specjalna Operacja” Wladimira Putina po dwóch dniach militarnego zwarcia zaczęła sięgać po bliźniaczo podobne formy pognębienia i ujarzmienia najechanego kraju. Koncepcja „denazyfikacji i demilitaryzacji Ukrainy” ogłoszona przez Putina nie okazała się „zabiegiem chirurgicznym”, a szybko przeistoczyła się w bombardowanie i ostrzeliwanie domów, szkół, budynków użyteczności publicznej oraz infrastruktury krytycznej. Strategia ta, idąca na przekór zapisom Konwencji Genewskiej, kosztowała życie, rosnącej z dnia na dzień, liczby ofiar cywilnych.

Po dramacie Wojny Trzydziestoletniej w Europie (1618-1648), a także po kolejnych wojnach XVII wieku, w pewnym wyidealizowanym obrazie dziejów ludzkości, obrazie, który nigdy nie był prawdziwy, wyobrażono sobie, że wyrzeźbiła się oto epoka militarnego umiaru. W świecie tym chociaż wojna nie znikła, towarzysząca jej przemoc została jakby uregulowana. Najpierw w XVIII wieku na polach wojennych mieli jakoby ścierać się wypudrowani dżentelmeni dla których „spalenie jakiejś wsi” naruszyło by ich honor. Potem na arenę dziejów wkroczyły podobno wielkie armie doby rewolucyjnej i napoleońskiej staczające walne bitwy na otwartych polach, nie wciągając „rzekomo” ludności cywilnej w ogień najgorszej zawieruchy wojennej. Ten wyidealizowany umiar miał dotyczyć rzecz jasna relacji między podmiotami europejskiego kręgu kulturowego, i jak zdajemy sobie z tego sprawę, nie odzwierciedlał wielu procesów i wydarzeń tamtych epok.

W niektórych interpretacjach, z historycznego punktu widzenia, przełomem w dziedzinie wciągnięcia obiektów i zabudowań cywilnych do kręgu równorzędnych celów uderzenia wojennego stał się schyłek Wojny Secesyjnej w Stanach Zjednoczonych (1861-1865). Wychodząc z założenia, że z definicji „wojna jest piekłem”, rudowłosy dowódca Armii Wojsk Unii, William Tecumseh Sherman wskazał, że kołem zamachowym złamania oporu Konfederatów może stać się uderzenie w mienie, zasoby i domy ludności wrogiego obozu. „Marsz Shermana” oznaczał zastosowanie strategii spalonej ziemi. Odrzuciwszy koncepcję – tak wielbioną przez adeptów klasycznej batalistyki - sprowadzenia wojny do walnego starcia armii w szczerym polu, Sherman uznał, że wojna stanie się krótsza jeżeli zrujnowane zostanie zaplecze będące oparciem przeciwnych wojsk. Uzasadniało to niszczenie domów, budynków użyteczności publicznej, palenie zasobów i żywności będących warunkiem przetrwania ludności cywilnej, a także przymykanie oczu na dodatkowe ekscesy towarzyszące pochodowi żołnierzy. Sherman potraktował tak między innymi ludność Georgii i Karoliny Północnej, zostając obok generała Ulysessa Granta, jednym z „bohaterów Północy”.

Wdrażając takie środki William T. Sherman zapisał się w epoce pary w annałach historii jako pierwszy twórca koncepcji „wojny totalnej”. Wraz z szybkim rozwojem technik zabijania, w kolejnych dekadach po Wojnie Secesyjnej, stosowanie „shermanowskiej” strategii, tym razem przy użyciu artylerii i zrzucanych z powietrza bomb, prowadziło do niepowetowanych strat i zniszczeń. „Wojna Totalna” znalazła nawet swych dumnych teoretyków, jak pruski generał Erich Ludendorff, który przed II Wojną Światową wydał nawet dzieło pod takim dokładnie tytułem. Pierwsza połowa XX wieku oznaczała dla Europy brutalną rzeź ludności cywilnej przy użyciu ciężkich form uzbrojenia. Bombardowanie Wielunia z 1 września 1939 roku, było tylko jedną z jej wielu smutnych manifestacji. Zapisy Konwencji Genewskiej z 1949 roku o ochronie ludności cywilnej, za wyjątkiem wspomnianych wydarzeń bałkańskich, na wiele kolejnych dekad zabezpieczyły pewien mir ludności europejskiej. Nie zapobiegły jednak masowemu eksportowi shermanowskich i ludendorffowskich praktyk wojennych na inne kontynenty. Ludność cywilna ginęła masowo po II wojnie światowej zarówno od bomb zrzucanych z samolotów B-52, jak i w atakach przy użyciu maczet.

Obrazy zgliszczy syryjskich miast takich jak Aleppo i Homs po 2011 roku, zarejestrowanych przy użyciu dronów po toczonej tam wielowektorowej wojnie pozostawiły wstrząsające wspomnienia. Nikt nie przypuszczał, że wkrótce podobne metody prowadzenia wojny zostaną zaimportowane ponownie do serca Europy. Zabierając życie prawdziwych ludzi, takich jak 18-miesięczny Cyryl, cień Shermana padł właśnie na ukraiński Mariupol.


Autor: Damian Żuchowski

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka