Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski
617
BLOG

Prawa do transmisji – galimatias z poważnymi implikacjami

Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski Rozmaitości Obserwuj notkę 1

 

 

 

Przyjęliśmy taki model, że sporty, które przynoszą zyski stały się przedsięwzięciami prywatnymi, takiezaśdo których trzeba dopłacać są uspołecznione…

W 2009 r. PZPN sprzedał firmie Sportfive prawa telewizyjne do transmisji meczów reprezentacji polski do 2020 r. Można postawić pytania czy Związek posiadał pełnię praw do zawarcia takiej umowy i czy była ona dlań korzystna.

Kwestia czy kontrakt nie był obciążony wadami prawnymi wydaje się ważniejsza od jego  wartości finansowej. Dość powszechna jest argumentacja, że skoro to „nasza narodowa” reprezentacja, to państwowa, lub przynajmniej wolna od dodatkowych opłat, telewizja powinna móc przeprowadzic transmisję. Zdanie takie podzielił także Sejm RP, który w Ustawie z dnia 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji, określił, iż wydarzenia o zasadniczym znaczeniu społecznym, wśród których w art. 20a p. 3 z cudowną pomysłowością wymienił: „inne mecze z udziałem reprezentacji Polski w piłce nożnej [dlaczego akurat w tej dyscyplinie sportu trudno orzec przyp.d.k.] w ramach oficjalnych rozgrywek oraz mecze z udziałem polskich klubów w ramach Ligi Mistrzów i Pucharu UEFA.” Na podstawie tej ustawy Krajowa Rada chce zmusić właściciela praw do transmisji, który ma ochotę ją sprzedać w systemie pay-per-view, do wykazania iż „zawarcie umowy umożliwiającej nadanie transmisji oferowano wszystkim nadawcom programów ogólnokrajowych […], dostępnych w całości, bez opłaty i żaden z nich nie wyraził gotowości zawarcia umowy”. W dodatku „istotne znaczenie mieć będzie także ocena warunków negocjowanej umowy, która pozwoli na ustalenie, czy zaoferowanie zawarcia umowy nie miało charakteru czynności pozornej.”

Wedłe prezesa TVP Julisza Brauna, opublikowanych w „Gazecie Wyborczej”, firma Sportfive za sprzedaż praw do 23 meczów reprezentacji zażądała ok. 50 milionów złotych, co jego zdaniem jest ceną „absurdalnie wysoką”. Skoro cena jest „absurdalna”, czyli niezgodna z podstawowym porządkiem wartości i zaprzeczająca zdrowemu rozsądkowi, to nasuwa podejrzenie, że przedstawienie oferty, mogło być  takąwłaśnie„czynnością pozorowaną”, przedstawioną pro forma, po to by została ona odrzucona. W świetle interpretacji ustawy, jaką przedstawiła Krajowa Rada, właściciel praw transmisji, by postąpić zgodnie z prawem i nie narazić się na kary, musiałby przedstawiać oferty, które nie wydadzą się prezesom koncernów telewizyjnych „absurdalne”. W ten sposób utraciłby on możliwość kształtowania polityki cenowej, zaś telewizje, wiedząc, że w końcu i tak muszą dostać to co chcą, znalazłyby się na uprzywilejowanej pozycji negocjacyjnej. Oznaczało by to także, że PZPN, sprzedał coś, czym nie mógł w pełni rozporządzać, że jego władztwo nad prawami transmisyjnymi było ograniczone. To z kolei może dać firmie Sportfive, możliwość skarżenia Związku o to, że sprzedał jej towar niepełnowartościowy. Do tego jednak zapewne nie dojdzie, sprawa jest poważniejsza i raczej skupi PZPN i Sportfive po jednej stronie barykady. Także FIFA i UEFA, nie mogą przejść nad tą kwestią do porządku dziennego. Jest to bowiem uderzenie w centralny ośrodek władzy tych organizacji, w ich maszynkę do robienia pieniędzy.

Logika ustawy, na którą powołuje się Krajowa Rada stoi w zasadniczej sprzeczności z prawami nadanymi sobie, lub uzyskane jakimś kaduczym prawem przez federacje i związki sportowe. FIFA/UEFA z pewnością orzekną, że prawa do transmisji zostały zbyte legalnie i wesprą firmę Sportfive w jej roszczeniach i skargach. Wspólnymi siłami będą starać się dowieść iż polska ustawa jest niezgodna z rudymentami prawa handlowego, międzynarodowego z deregulacjami unijnymi, i wszystkim, co tam jest tylko możliwe. Faktycznie jest ona z ducha socjalistyczna i zaprzeczająca wolnemu rynkowi. Z drugiej strony federacje związków sportowych stały się ważniejsze od większości państw, co też jest trudne do zniesienia. Na horyzoncie mamy więc wojnę dżumy z cholerą, międzynarodowej „mafii piłkarskiej” z polskim zapyziałym socjalizmem.

Jak ta sprawa wygląda ze „związkowego” punktu widzenia? Można by to streścić tak: PZPN na terenie Polski jest właścicielem sportu o nazwie piłka nożna. Reprezentacja „narodowa” lub „Polski” to tylko takie nazwy, tak się po prostu przyjęło nazywać drużynę wybraną przez przedstawicieli PZPN spośród graczy, którzy w danym momencie dysponują polskim paszportem. Nazwa ta ma wyłącznie uzasadnienie historyczne i nie może powodować roszczeń regulatorów krajowych do ograniczania czy praw własnościowych Związku.

Przyjęliśmy bowiem taki model światowy, że sporty, które przynoszą zyski stały się przedsięwzięciami prywatnymi, takie zaś, do których trzeba dopłacać są uspołecznione (lub nieobecne). Futbol jest własnością prywatnej grupy biznesowej, znanej pod nazwą FIFA, która na teren Europy udzieliła pełnomocnictwa swojej spółce-córce, co się zowie UEFA, a ta z kolei przekazała je dalej związkom krajowym, w tym PZPN-owi (pozostawiając sobie wszakże szereg kompetencji). Trzeba się z tym pogodzić lub rozprawić na drodze światowej rewolucji. Póki co, na przewrót miał siłę i ochotę tylko płk. Putin. FIFA /UEFA uległy mu w kwestiach personalnych, dla świętego spokoju, bo co jak co, ale liczyć to oni potrafią. Była to typowa wojna o inwestyturę. federacja futbolowa grała tu rolę obozu papieskiego, który ten jeden raz, taktycznie, wycofał się przed Cesarzem. Naśladowcy Putina, z naszymi, zabawnymi ministrami sportu, musieli już jednak biegać do Canossy, z lekka okładając się dyscypliną po plecach. Na gruncie krajowym jedyne zwycięstwo nad PZPN, dotyczyło orzełka na koszulce reprezentantów. Związek próbował usunąć to ostatnie połączenie z czasami, kiedy to reprezentacje krajowych związków piłkarskich miały jeszcze faktycznie walor narodowych lub państwowych. Okazało się to jednak pomysłem przedwczesnym, niezgodnym ze stanem świadomości społecznej, a ponieważ naiwne utożsamianie się części społeczeństwa z reprezentacją i traktowanie jej jak „polską” a nie „pezetpeerowską” daje Związkowi wciąż spore profity, trzeba było powrócić do orzełka. Stan „kasy misia” okazał się ważniejszy od sfery symbolicznej, nawet od czegoś tak istotnego jak tresura społeczna.

----------------------

Aspekty finansowe kontraktu PZPN – Sportfive są na tyle interesujące, że warto o nich wspomnieć, zapominając nawet na chwilę o wątpliwościach prawnych. Sprawa ta wywołała trzy lata temu silny oddźwięk medialny, a prezes Lato był krytykowany za autorytarną decyzję. Teraz możemy ją ocenić pełniej niż wówczas. Zgodnie z danymi przytoczonymi na portalu Money.pl  Sportfive rokrocznie wpłaca Związkowi 20 mln. zł. Czyli jedną trzecią jego budżetu. Są to wpływy z transmisji telewizyjnych, oraz działalności marketingowej, w tym reklamy na stadionach, koszulkach itp. Dane te potwierdza interpelacja posła Girzyńskiego do Ministra Sportu z 12 lipca 2012 r. Sume tę można porównać z kwotą dotacji państwowych, którą  otrzymuje PZPN – jest to 3 mln. zł. przeznaczone na szkółki piłkarskie. (Na marginesie, gdybym był doradcą PZPNu postulowałbym całkowitą rezygnację z tej dotacji. Jest im ona potrzebna jak umarłemu kadzidło, a wzmacnia pozycję Ministrowa Sportu w relacjach ze Związkiem).

Czy te 20 milionów to w końcu dużo czy mało, no i, przede wszystkim, czy jest to suma zgodna z kontraktem? Przy opisanej strukturze budżetu PZPN, wydaje się jednak kwotą sporą. Czy zgodną z wartością sprzedanego towaru? Wiemy już z oświadczenia prezesa TVP, że uśrednione 2 mln. zł. za transmisję to dużo. Poważny zarzut wobec decyzji prezesa Laty pochodzi od największego konkurenta Sportfive’u - firmy UFA. Jej szef Nikolaus von Doetinchem, skarżył się dziennikarzom, że nie miał okazji złożyć kontrpropozycji, że Grzegorz Lato się pospieszył, a przede wszystkim, że popełnił błąd podpisując z jego konkurentem umowę aż na dziesięć lat. Sugerował dalej, że ostatnich latach obowiązywania umowy, czyli okresie 2015-2020, ceny za transmisje powinny znacznie wzrosnąć i że, w związku z tym, on  zapewne przebiłby ofertę Sportfive’u. Rozżalony Prezes zapewne wie, co mówi. Czy natomiast my wiemy jak naprawdę wygląda kontrakt pomiędzy PZPN a Sportfive? Chyba nie do końca. Prezes von Doetinchem, podobnie jak większość polskich komentatorów uważa, że chodzi o 100 milionów euro za cały okres do 2020 r.  Powinno być to zatem 10 milionów  euro rocznie, a więc nie 20, lecz ponad 40 milionów złotych! Inną liczbę podaje członek zarządu PZPN pan Jacek Masiota, twierdzi on, że kontrakt opiewa nie na 100, lecz jedynie na 60 mln. euro. Jeśli ma rację, to Sportfive powinien wpłacać nieco ponad 24 mln. zł. rocznie (wciąż jednak więcej niż 20). Jaka jest zatem prawdziwa wartość kontraktu i gdzie podziewa się ewentualna różnica? To chyba można skontrolować pod kontem ew. niegospodarności i działalności na szkodę Związku.

Tu mała dygresja. W sprawie cen za transmisje mocno wypowiedział się ostatnio red. Robert Zieliński szef Działu Sportowego dziennika „Polska The Times”. … uczciwi płatnicy –pisze ów dziennikarz musieli dokładać się do nabijania kasy Sportfive i innym pośrednikom oraz PZPN. Byliśmy wszyscy dojeni jak wysokomleczna krowa”. Toż to kompletne pomieszanie pojęć. Czy bowiem, zdaniem redaktora „Polski The Times”, instytucje te pasożytują na nas także wówczas gdy sprzedają prawa do transmisji sportowych telewizjom komercyjnym? Chyba nie, bo te nie otrzymują abonamentu ani dopłat budżetowych. Jasne, trochę drożej płacimy za reklamowane w nich szampony i płatki, ale przecież nie mamy obowiązku ich kupować. „Wysokomleczną krową” jesteśmy jedynie dla TVP, to nasza telewizja kochana wyciąga do nas ręce po pieniądze. Teraz też wyciąga, a i tak nie stać jej na zakup transmisji.

Obrona PZPN w jakiejkolwiek sprawie jest decyzją ryzykowną, a dla blogera na poły samobójczą. Związek od lat wypełnia pieczołowicie definicje wszelkich możliwych patologii w kontekście użyteczności publicznej. (Pewnie, bo dawno przestał on być organizacją społeczną a stał się instytucją biznesu, inna sprawa, że też mocno ułomną.) Jednak decyzja o sprzedaży praw transmisyjnych nie wygląda aż tak nieroztropnie. Obie firmy, obecny posiadacz praw - Sportfive i poprzedni - UEA są instytucjami znacznie silniejszymi organizacyjnie niż PZPN. Są to instytucje globalne, o gigantycznych budżetach. Sportfive np. kupił już prawa do obu następnych igrzysk olimpijskich. Jeśli PZPN potrafiłby, być może, samodzielnie sprzedać transmisję z krajowych boisk polskiej telewizji, to nie posądzam go o umiejętność negocjacji, gdy w grę wchodzą podmioty trzecie, inne telewizje, i obce związki sportowe. Do tego trzeba mieć prawników, handlowców i marketingowców na jakimś poziomie. Obecne szefostwo Związku nie potrafiłoby ani zatrudnić takich ludzi, ani prawidłowo sformułować oczekiwań wobec nich. Tymczasem Sportfive zapłacił konkretne (nawet jeśli faktyczne za małe) pieniądze i zdjął ze Związku przerastający go problem.

Jak zakończy się to całe to zamieszanie wokół pay-per-view? Zobaczymy. Jeśli system ten zakorzeni się w Polsce, to pewnie będziemy płacić za transmisje sportowe jak za autostrady, czyli najdrożej w Europie (wiem, że to krakanie, ale przecież taka jest u nas prawidłowość). Na razie kazali nam płacić 20 zł za możliwość podziwiania meczu z Czarnogórą. Przy takich szacunkach wystarczy sprzedać 100 tys. pakietów żeby uzyskać kwotę, która prezesowi TVP wydawała się absurdalna. Wartością dodaną byłoby dla Sportfive przyzwyczajanie polskich widzów do systemu płatnych transmisji. Czy Andrzej Placzyński, prezes Sportfive Polska policzył to wszystko poprawnie? Pewnie wynik biznesowy zależałby od formy naszych reprezentantów. Nawet gdybym życzył panu Prezesowi sukcesu… togo nie przewiduję. Cała ta dyskusja nie zmienia bowiem faktu, że reprezentacja nasza w konfrontacji z Czarnogórą i dalej w eliminacjach ma szanse raczej iluzoryczne.

Polecam się: Dariusz Kozłowski. Cała Nadzieja w korupcji. Felietony i rysunki. Łomianki, Wydawnictwo LTW, 2013, s. 208. Zamówienia: http://www.ltw.com.pl, tel. +48 22 751 25 18 Drodzy komentatorzy, na tej stronie zwalczam przejawy braku szacunku dla bliźniego. Szacunek jest ważny skoro nie umiemy kochać. Myślenie grupowe i partyjnictwo - niemile widziane. Zapraszam wszystkich z ambicjami do suwerenności. Arnold i Polinezja Etiopskie drogi: Odcinek 1 Odcinek 2 Odcinek 3 Odcinek 4 Odcinek 5 Odcinek 6 Odcinek 7 Odcinek 8 Odcinek 9 Odcinek 10 Odcinek 11 Odcinek 12 Odcinek 13 Odcinek 14 Odcinek 15 Odcinek 16 Odcinek 17 Odcinek 18 Odcinek 19 Filipiny: Ania i Józef, czyli seks w małe wiosce Grobowce z pełnym wyposażeniem Synkretyczny taksówkarz

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Rozmaitości