Zwykle kraczę i warczę na władze mojego miasta. Od lat nie przepadam za nimi, a już osobliwie nie czuję zrozumienia dla obecnej, czarnobrewej ich edycji. Jedno muszę wszakże przyznać, komunikacja miejska w ostatnich latach poprawiła się i to znacząco. Autobusy jeżdżą na tyle punktualnie, na ile korki i buspasy pozwalają, są znacznie czystsze niż niegdyś, a i kierowcy wyglądają, ba, zachowują się na ogół, jak ludzie względnie cywilizowani. Jeszcze do niedawna autobusem warszawskim potrafił zawiadywać obsemłaniec z petem w zębach lub przeżuwać kanapkowy, który „nie mmma, glum, biletóf pże pp pana”. Jednym słowem w MZA zapanować musiał reżim nieludzki a związki zawodowe straciły siłę lub czujność. W tej pozornej sielance de facto urągającej prawu naturalnemu i godności ludzkiej na niezależność wybijają się już tylko zdrowe siły kontrolerów biletowych. Tak jak w kapitalnym węgierskim filmie „Kontrolerzy” (reż. Antal Nimrod) ich zastępy złożone są z indywidualistów, osobników na tyle wybitnych, że potrafiących przeciwstawić się nie tylko władzy zwierzchniej, ale nawet presji zewnętrznej w najszerszym rozumieniu. Wygląda na to, że ta unikalna społeczność nie ugięła się przed obowiązkiem szkolnym, wpływem rodziców, sąsiadów, dowódców, kapłanów, terapeutów…, kogokolwiek. Nie jest ona podległa także najbardziej liberalnym normom zachowania i wysławiania się, a nawet… najprawdopodobniej uzyskała wyzwolenie od dławiących resztę ludzkości potrzeb fizjologicznych. Przynajmniej niektórych. Niczym hinduscy sadhu, wyraźnie unikają oni bowiem wody i mydła, tak w zakresie dbałości o ciało jak i odzież. Są to zaledwie zewnętrze, ale jakże mocno wyczuwalne oznaki świętości osiąganej na drodze uporczywej ascezy. Dodajmy wyczuwalne obiektywnie – mam miesięczny.
W okresie trapiących tego lata moje miasto zmagań futbolowych, zasadniczo postanowiłem nie wychodzić z domu. Podstępne życie wywabiło mnie jednak zeń i posadziło w miejskim autobusie, naprzeciwko prześlicznej dziewczyny o hebanowej cerze. Prześlicznej, to nawet dość powściągliwe wyrażenie. Pewna zaprzyjaźniona, a zatem – jak można sądzić – ucywilizowana feministka, nazwała kogoś, kto w podobnej sytuacji dał wyraz swemu zachwytowi, „napalonym samcem o spoconych rękach”. Czy to drastyczne określenie mogłoby się, w tym właśnie momencie, odnieść do mnie? Odrzucam potwarz, jak można być „napalonym” gdy nie można złapać oddechu i walczy się o życie? W walce tej pomógł mi cichy głosik:
– Proszę bilety do kontroli.
O matko – pomyślałem sobie odzyskawszy główne funkcje życiowe – zaraz ujrzymy indywiduum przypominające czarownika po trzech dniach ekstatycznego tańca z duchami. O dziwo, pojawił się jednak sympatyczny i schludny młody człowiek, który nawet uśmiechnął się do mnie zdawkowo, a potem, znacznie już promienniej, do panny.
Miss Afryki i okolic wyjęła ważny, acz nieskasowany, bilet.
– Proszę Pani, w warszawskich autobusach bilety kasujemy. O tu jest właściwe urządzenie, zaraz pokażę Pani jak działa – powiedział kontroler, lepiej niż poprawną angielszczyzną.
– nie rozumiem angielski, mówię portugalski – odrzekła indagowana i z radosnym uśmiechem, wskazując na bilet, zapytała – not good?
– Jest znakomity, tyle..., że nieskasowany. Bez trudu jednak temu zaradzimy przy pomocy tego oto cudownego kasownika i nie będzie problemu – odpowiedział jej pan kontroler – teraz uwaga – po portugalsku!
Przypuszczałem, że do opisania tej historii potrzebna mi będzie puenta. Może jakiś morał w rodzaju, żeby nie sądzić ludzi z góry, a nawet dość nikczemny sposób zarobkowania nie musi wcale człowieka przekreślać. Tymczasem puentę dopisało życie. Kilka dni później znów zobaczyłem piękną Luzoafrykankę i kontrolera-lingwistę. Szli razem, obejmując się bardzo ( jak na mój gust, nawet ciut za bardzo ) czule.
Hmm, cóż Panowie i Panie, uczmy się języków.
Ps. Poprzednie zapiski z Dzienników autobusowych można znaleźć tui tu.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)