W spotkaniach z Rosjanami nic nie może być normalnie; tematy takie jak; pogoda, zdrowie, futbol, czy film – tematy poza które nie wypada wychylić się obcując z Francuzem czy Amerykaninem z „Ruskimi” służą nieodmiennie jedynie na rozgrzewkę. Żebyś nie wiem jak się pilnował, każda rozmowa musi zejść na politykę i historię, a z nich jeszcze dalej i głębiej na wyznawane wartości, cel życia i takie tam fidrygałki. Czasem polityka przychodzi i sama zabiera głos. Tak właśnie przydarzyło się swego czasu mojemu ojcu, który otrzymał zadanie oprowadzenia po Warszawie pewnego prominentnego sowieckiego „delegata” i mocne przykazanie aby, za żadne skarby świata nie wdawał się z nim w dyskusje polityczne. Facet w prywatnej scenografii okazał się nawet dość sympatyczny i niegłupi. Docenił, że tata pokazuje mu trochę więcej niż groby i pomniki. W pewnym momencie jednak, w okolicy placu Krasińskich, oczom rozbawionych już sobą panów ukazał się wielki czerwony transparent z napisem: „precz z imperializmem radzieckim”.
– A eto szto? – wyszeptał przerażony gość
– Wot, kitajska ambasada – wyjaśnił tata wzruszając ramionami. Był, to czas kiedy Chińczycy awanturowali się z Sowietami o jakąś kilkuhektarową wysepkę na Amurze.
– a.., choroszo, bo ja dumał szto w płochije wriemia w Polszu prijechał. Od tego momentu rozmowa nie schodziła już z polityki, a po kilku „stakanczikach” Rosjanin przyznał, że będzie chyba musiał, przynajmniej na własny użytek, zrewidować nieco pojęcie „imperializmu”.
* * *
Pewnego razu w warszawskim autobusie los posadził mnie naprzeciw pary Rosjan. Właśnie wjechaliśmy na plac Bankowy gdy mój współpasażer zaczął podejrzliwie przyglądać się sterczącemu nad naszymi głowami pomnikowi i coś szeptać do swej towarzyszki.
– …a Dzierżyńskiego jednak zostawili – zrozumiałem
– Przepraszam, jeśli wolno mi się wtrącić, zainteresował Was monument? No więc to jest Słowacki – wyjaśniłem.
– E, chyba Dzierżyński, byłem tu już tyle razy, poznaję ten pomnik.
– Dzierżyński stał tu 20 lat temu, a ten, to Juliusz Słowacki, taki nasz poeta romantyczny. Mickiewicza kojarzycie? No, to Słowacki był jego konkurentem. Ważny dla nas poeta i – o dziwo – porządny gość – Na potwierdzenie afiliacji wskazałem na brak charakterystycznej szpicbródki, w którą wyposażony był konterfekt szefa WCzK.
– Czyli, jednak pogoniliście Feliksa Edmundowicza z pomnika! Całkiem słusznie, prawdę mówiąc, to była wyjątkowo podła kanalia... Mam nadzieję, że jako jego rodak nie czujecie się urażeni…
– W tej sprawie zdecydowana większość Polaków zgadza się z Wami w 100 procentach, a ja mógłbym mieć żal jedynie o nazbyt łagodną ocenę zbrodniarza.
– A wiecie, podoba mi się ten plac,– wtrąciła się towarzyszka mojego rozmówcy, by zmienić temat – Klasycyzm, jak u nas w Petrersburgu, no może nie aż tak wspaniały, ale też piękny. Byliście kiedyś w Petersburgu?
– Wybaczcie proszę, ale nikt z mojej rodziny do Rosji z własnej woli jeszcze nie pojechał – odpowiedziałem, trochę zły, że pałace Corazziego zaliczono do niższej ligi architektonicznej.
– No, tak Polacy…, wiadomo, notoryczni powstańcy. A może już czas skończyć z traumą, cóż Panu winny nasz Kochany, arktyczny Petersburg?
– A wiecie co, zdziwię Was troszkę, ale akurat mój dziadek nie pojechał na Sybir za powstanie?
– To niechże Pan koniecznie opowie – mężczyzna postanowił okazać dobrą wolę i używać, tak okropnie niepasującego do języka rosyjskiego polskiego określenia „Pan” – jeśli, rzecz jasna, jeszcze Pan nie wysiada.
– No to, proszę posłuchać. Był rok 1905. W Warszawie, tak jak i u Was trwa socjalistyczna rewolucja. Manifestacje, strajki. Krwawe niedziele i środy, Kozacy na ulicach. Wszystko, jak należy podczas porządnej rewolucji. A Dziadek był leśnikiem, pracownikiem państwowym. Żaden z niego rewolucjonista, całe życie siedział w swoim lesie i pilnował, żeby go chłopi nie rąbali i nie polowali na zające. Akurat przyjechał tu, do Warszawy, do siostry, na krótki urlop. Z balkonu zobaczył jakiś pochód, coś się działo. Zainteresował się, wyszedł na ulicę. Takich ciekawych rzeczy swoim lesie nie miał. Traf chciał, że wśród manifestantów znalazł się jego dawny, szkolny kolega. Dziadek koniecznie chciał sobie pogadać, posłuchać plotek o ludziach, których nie widział od chwili opuszczenia Warszawy, wiele lat wcześniej. Zagadał się i… pomaszerował z manifestantami... Ktoś go zauważył, doniósł przełożonym, jaki był finał, sami możecie sobie dośpiewać. Prawdę powiedziawszy, nie skazano go na wielkie katusze. Uznano tylko, że to nie wypada żeby urzędnik mieszał się do jakichś burd i brewerii. Aby go uchronić przed podobnymi wypadkami, zmieniono mu rejon zatrudnienia z Płocka na Irkuck.
– I długo zabawił nad Bajkałem?
– Prawie do Rewolucji. Zorganizował tam sobie małe przedsiębiorstwo. Polował na różne zwierzaki; gronostaje i inne, podobne. Futerka wysyłał do Polski. Ktoś mu je tu sprzedawał... Szczerze mówiąc stał się bardzo bogatym człowiekiem dzięki tej manifestacji. Żył potem długo i szczęśliwie aż do wojny, którą Wy nazywacie ojczyźnianą. Wtedy szczęście się skończyło, ale to już inna historia.
– W sumie więc wygrał na tym Sybirze, warto było we właściwym momencie zostać socjalistą – roześmiał się Rosjanin. Ale…, to ciekawy zbieg okoliczności, bo mój krewny, w tym samym mniej więcej czasie, też był leśnikiem, pod estońską granicą, i tak samo jak pański dziadek, wylądował na Syberii... Jak wieść niesie, uroczy był to człowiek, tyle że straszny karciarz i pijak. Nie żebym miał mu to, po stu latach, za złe, ale trzeba to koniecznie powiedzieć, dla dobra opowieści. Chce Pan posłuchać?
– Zostały mi trzy przystanki, powinniśmy zdążyć.
– Za pijaństwo, przeniesiono go do Karelii. Dostał tam znacznie większy areał lasu i podwyżkę, bo pensja zależała od wielkości terenu. Wujaszek jednak nie bardzo lubił siedzieć wśród Finów, wilków i zamarzniętych bagien, wciąż więc znajdował jakiś pretekst aby pojechać do miasta - do Petersburga, albo przynajmniej Pietrozawodska. A tam bawił się i przegrywał w karty rodzinny majątek. Komuś w dyrekcji żal się zrobiło człowieka, postanowiono, że trzeba go wysłać gdzieś dalej od zdrożnych okazji, bo inaczej źle skończy. Ustatkuj się chłopie, najlepiej ożeń – usłyszał, gdy przełożony wręczał mu klucze do leśniczówki na Uralu. Tam las ciągnął się po horyzont, a pensja, zgodnie ze wspomnianą zasadą, znów znacznie wzrosła. Wujek, ogarnął się w tych górach. Stwierdził, że żadne kontrole go nie gnębią a jedynym jego obowiązkiem jest przesłanie sprawozdania. Jednego na miesiąc. Pomyślał chwilę, wyjął flaszeczkę i w ciągu jednej nocy machnął dwanaście sprawozdań. Iwanuszka – rzekł rano do służącego – masz tu bracie dwanaście ponumerowanych sprawozdań. Pierwszego dnia każdego miesiąca pojedziesz na pocztę i wyślesz kolejne z kupki. Poza tym sprzątaj tu trochę i dbaj o konie. Cały dom jest do twojej dyspozycji. Pieniądze zostawiam w szufladzie. Rządź się, a gdyby ktoś przyjechał – jestem w lesie, daleko od domu. Co powiedziawszy wskoczył wuj do sań, a niebawem do pociągu i pojechał do Moskwy przepijać swe hojne uposażenie.
W dyrekcji lekko się zdziwiono, gdy w styczniu przyszło sprawozdanie za grudzień, a w lutym za listopad. Ale wytłumaczenie zdawało się oczywiste; ot, siedzi chłopina w kniei głuchej, jak nie przymierzając niedźwiedź, i pewnie sobie popija z samotności i rozpaczy. Biedaczek, może nawet dostał lekkiego obłędu? Trzeba było mu się żenić – radziliśmy przecie, jak komu dobremu – z dobrą żoną łatwiej w samotni przetrwać.
W marcu przyszło sprawozdanie za październik, a z Moskwy zaczęły docierać słuchy, że wujaszek widywany jest w tamtejszych lokalach, i to bynajmniej nie samotnie. Iwan – łajdak przeklęty – odkurzając biurko odwrócił stos sprawozdań. Skończyło się tam samo jak z pańskim dziadkiem. Awantura, jakieś groźby a potem przeniesienie tak daleko, że do petersburskich czy moskiewskich klubów dojechać niepodobna. Pić zaś z jakimiś Jakutami czy Ewenkami, w owych czasach, nie wypadało – nawet Wujek to wiedział. Grać w karty też nie było z kim. I tak, pozbawiony okazji do godnej hulanki, wujcio zaoszczędził mnóstwo pieniędzy, bo nie muszę dodawać, że dostał pod opiekę największy las na świecie i pensję godną księcia. Za te pieniądze wystawił później w Petersburgu całkiem nienajgorszy dom, choć mojej żonie – uśmiechnął się – pewnie by się nie spodobał, bo nie klasycystyczny. Ten dom niedługo po zasiedleniu, został upaństwowiony, bo Leninowi akurat zebrało się na rewolucje. Wujek zaś umarł sobie po cichu, w biedzie i w jednym pokoiku, który łaskawie mu zostawiono. I ja się pytam – jak Słowianin Słowianina – czy nie lepiej było pozwolić mu te diengi w czortu przehulaczyć?
Ranek następnego dnia był trudny, konkluzję opowieści uznałem bowiem, najzupełniej słusznie, za propozycję aby wspólnotę losów naszych przodków uczcić „jednym głębszym” a przy okazji tracąc w ten sposób, mozolnie wypracowane pieniądze, nie narazić się na ich zabór przez historię, która, jak wiemy, strasznie lubi się wtrącać do rozmów i życiorysów Słowian.
Pozostałe tekksty z cyklu "Dzienniki autobusowe" ukrywają się pod poniższymi linkami:
cz. 2. Pogryzieni błękitnym zębem


Komentarze
Pokaż komentarze (1)