W zbiorze opowiadań i felietonów „Wiecha” pt. Szafa gra, wznowionym niedawno przez krakowskie (co warte podkreślenia) wydawnictwo Vis-a-vis /Etiuda znajduje się felieton To już dycha lat a w nim, na str. 177, taki obrazek z okupowanej Warszawy.
* * *
…Patrzem a tu budy naokoło i żandarmi gracują ludzi jak swoich. Cafnąć się już było za późno, znakiem tego, ponieważ wiedziałem, że żandarmi pijanych się fatalnie boją, zaznaczam do braciszka żony
- Maniuś, taczaj się jakbyś był zagazowany w kołyskie.
Szwagier się posłuchał i balansujem prosto przed siebie. Ale myśle sobie, może w tłoku nie zauważą, że jesteśmy na gazie, i wpakują nas jak baranów, toteż postanowienie zrobiłem iść na całego. Podeszliśmy do pierwszej z brzegu budy i nadmieniam do żandarma, któren tam stojał:
- Panie władza, czy może pan nasz podwieźć do domu. Bo Maniusia odciski bolą?”
Wytrzeszczył na nasz oczy, pociągnął nosem i krzyczy:
„Weg!”
-„Ale dlaczego, panie władzo? Co panu szkodzi ten kawałek podjechać, … chociaż do mostu… bo mnie Maniuś nie zajdzie”.
A on znowuż z pyskiem na nasz
„Loss!” ...
* * *
Panawiechowa opowieść jest nieco dłuższa, odsyłam po nią do wspomnianej książki. Ja w zamian opowiem Państwu tę historię bez dodatku literackiej fantazji, a przede wszystkim zdradzę kim był jej bohater.
Najpierw jednak geneza opowiadania; opisane wydarzenie zrelacjonował Stefanowi Wiecheckiemu mój dziadek, Henryk. Znał on „Wiecha” na gruncie towarzyskim, panowie mieli wspólnych przyjaciół, bywali na tych samych przyjęciach. W opisie satyryka bohaterów jest dwóch, narrator i Maniuś. Stanowił by zatem ów pomysłowy narrator porte parole mojego dziadka? Niekoniecznie, dziadek, którego pamiętam jako ortodoksyjnego abstynenta i człowieka poważnego, zupełnie nie mógł się kojarzyć z ulicznym lebiegą. Towarzysz niebezpiecznej przygody został Maniusiowi przydany przez wyobraźnię pisarza, ale sam Maniuś, był człowiekiem jak najbardziej z krwi i kości, a jego związki z wyobraźnią choć były bezpośrednie, to związany był wyłącznie z własną, całkiem bogatą. Imię naszego bohatera jest autentyczne i naprawdę był szwagrem mego dziadka, „braciszkiem żony”, jak to ujął pisarz.
Ale jak było naprawdę? Otóż, Maniuś nie musiał niczego udawać. Naprawdę był akurat „pod dobrą datą” czyli mówiąc inaczej „pod alkoholem” i naprawdę ciężko mu było maszerować do domu, na Ludwiki. Osoby niezaznajomione z topografią stolicy informuję, że jest niewielka uliczka na Woli. Niestety do domu było daleko, a do skołatanej maniusiowej łepetyny dotarło, że właściwie to nie ma bladego pojęcia jak tam trafić. Wracał sam, walcząc z prawami fizyki i rozpaczliwie potrzebował pomocy, w formie ukierunkowania swych mało efektywnych działań. W takim właśnie stanie fizycznego upodlenia i duchowej konfuzji trafił wprost w uliczną łapankę. I stało się mniej więcej to, co opisał pan Wiechecki. Z opowieści, która do mnie dotarła wynika, że podrasowując story pisarz zgubił jedno kluczowe słowo. Maniuś mianowicie podszedł chwiejnym krokiem do żandarma i zapytał: Panie tymczasowy, którędy na Wolę? A dalej były te wszystkie loss i weg i pewnie inne jakieś germańskie bulgoty, podobne do tych, które sprawiły, że nasi przodkowie nazwali tę nację Niemcami, czyli ludźmi niemymi, pozbawionymi daru artykułowanej mowy. Pomimo braku życzliwości mundurowego Maniuś, postanowił grzecznie ponowić pytanie, w efekcie czego został wypchnięty poza obszar łapanki, jako osoba uciążliwa i nienadająca się nawet na przedmiot terroru.
Czy bohater opowieści zdawał sobie sprawę z dramatyzmu sytuacji? Pewnie nie do końca, ale na tyle jednak, że w efekcie opisanego wydarzenia „przetrzeźwiał” nieco i do domu dotarł już bez trudu, tam zaś, normalnie już rozemocjonowany, zrelacjonował przebieg wypadków. Mnie ta przygoda Maniusia, pardon wuja Mariana, pozostanie w pamięci także ze względu na bezwiedne (?) użycie zwrotu „panie tymczasowy”, genialnego określenia, którym warszawska ulica umiała pokazać okupantom gdzie jest ich miejsce i, że koło fortuny wciąż jest w ruchu.
Wuj Marian, starszy brat mojej babci, był rodzinnym enfant terrible.W porządnej mieszczańskiej familii wyrodził się jeden artysta. Był grafikiem, pracował w Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych, gdzie zarabiał jakieś zupełnie nieludzkie pieniądze, które zawsze jednak potrafił błyskawicznie przehulać. Miał także inne umiejętności. Podobno za pomocą szkolnych kredek umiał z pamięci narysować banknot tak, że dałoby się nim zapłacić w sklepie. Tata opowiadał, że wujek w parę chwil potrafił wykonać z tektury najcudowniejsze zabawki, kiedyś zrobił mu nawet cały pociąg z lokomotywą, węglarką i różnymi wagonikami. Miał też ciekawe pomysły w zakresie wyposażania warszawskiego mieszkania w zwierzynę. Dopóki przynosił stworzenia drobne, w rodzaju królików, jakoś uchodziło mu to na sucho, ale już próba wprowadzenia na drugie piętro osła została jednogłośnie i skutecznie oprotestowana. W tym kontekście wzmiankowany jest udział dziadka Henryka, który stwierdził, że jednego osła już przecież mamy – Maniuś, zejdź ty lepiej chłopie na czworaka, a jako żeś jest osioł patentowany i pomylić cię z innym stworzeniem bożym niepodobna, nie musisz nawet ryczeć i strzyc uszami.
Niestety historia dziadka i wuja, potoczyła się niepomyślnie. Gdy cała Wola stała się terenem łapanki żadne sztuczki nie mogły pomóc. Razem zostali wysiedleni i wywiezieni do Oświęcimia. Dziadek opowiadał, że pociąg zatrzymał się na jednej z podwarszawskich stacji. Był ranek, na peronie stało mnóstwo ludzi, ktoś otworzył wagon, kilku mężczyznom udało się wyskoczyć. Niemcy nie zdecydowali się strzelać w tłum. Przez krótką chwilę istniała możliwość ucieczki. Dziadek krzyknął – Maniuś skaczemy – ale ten zwlekał, zastanawiał się, które z niebezpieczeństw jest groźniejsze. Za długo myślał, …jak to trzeźwy. Gdyby wtedy skoczył…, kto wie, może by przeżył. Dziadek uważał, że musi opiekować się słabszym, wrażliwym szwagrem, został z nim w wagonie. W Oświęcimiu pracowali razem na budowie i w polu. Pewnego dnia wywieziono ich poza teren obozu, na wykopki. Byli potwornie głodni, a za jedzenie surowych ziemniaków Niemcy bili. Tylko Norwegom na to pozwalali, bo ci ponoć przyzwyczajeni do surowizny. Marian zdążył złapać gdzieś po drodze garść owoców dzikiej róży. Zjadł je natychmiast a wieczorem już nie żył.
Dziadek też by tego Oświęcimia na przeżył, ale rozsądnie zgłosił się gdy poszukiwano krawców. Szyć nie umiał, ale dostrzegł szansę. Przewieziono go do Dachau, tam szył worki, nie trzeba było specjalnych umiejętności. Gdy chciał skakać z tamtego pociągu ważył sto dwa kilogramy, w dniu wyzwolenia waga pokazała mickiewiczowskie czterdzieści i cztery. Po wojnie dziadek wrócił na swoje stanowisko kierownika magazynu listów na poczcie nr dwa, na Poznańskiej. W tym samym miejscu pracował przez kilkanaście lat przed wojną, kilka w czasie okupacji, kiedy to wybierał i wynosił z poczty donosy do gestapo, i przez około trzydzieści lat po wojnie. Nie przyjął oferowanego mu stanowiska dyrektorskiego. Babcia, też przeszła przez obozy, zmarła w zeszłym (2012) roku, w wieku stu czterech lat. Przed śmiercią często odwiedzał ją brat, toczyła z Maniusiem długie rozmowy, opowiadała mu swoje życie. Myślę, że go bardzo kochała, no bo jak go nie kochać?
* * *
Powiada się, że człowiek żyje tak długo jak pamięć po nim. Choć to tylko prawda metaforyczna, zapalam lampkę pamięci o wuju Marianie. Podobno pamięć Internetu jest niezmierzona.
Marian Święcik (Warszawa ok. 1905 – Oświęcim 1944)


Komentarze
Pokaż komentarze (5)