Znajomy socjolog religii wymyślił onegdaj projekt badawczy, do którego realizacji potrzebował zgody pewnego, powszechnie znanego hierarchy. Zadzwonił, streścił sprawę i otrzymał zaproszenie na obiad;
– Pan Doktor wybaczy – poprosił biskup – w moim podeszłym wieku słaby żołądek nie toleruje fabrycznego alkoholu. Na szczęście zacni parafianie zawsze jakoś wspomogą swego pasterza kropelką czegoś zdrowszego.
– Zdrowszego?
– Zaiste – można także śmiało rzec – szlachetniejszego.
– A nie będzie nam, czcigodny Księże-Biskupie przeszkadzać, że mamy akurat Wielki Post?
– Upewniam Pana Doktora, że to nie na mięsie pędzone. Producent upiera się przy tej wersji, a ja mu wierzę.
* * *
Policyjne państwo zakazuje nam produkcji alkoholu na własne potrzeby. W sumie może to i dobrze, bo inaczej budżet już dawno pękłby w szwach nie doczekawszy się „naszych emerytur” z OFE. Jednak w kilku państwach europejskich proceder ten jest zupełnie legalny, mimo, że tamtejsze produkty, różne owe „grappy” i „palinki” ewidentnie ustępują jakością wytworom naszego ludu pędzącego miast i wsi. Bo też przyznać trzeba, że dzisiejszy bimber, to już całkiem inna bajka w porównaniu z tamtym sprzed lat, kiedy to na ladzie osiedlowego sklepu „WSS Społem” w środku miasta stołecznego kładłem 2 kilo cukru (bo przecież w sklepie go nie było) i sto złotych, a spod lady, bez słowa, wyjeżdżała zgrabna półlitrówka wypełniona zajzajerem o aromacie szmaty do podłogi zabranej z pomieszczenia gdzie trzymają kozy, nie budzącym najodleglejszych nawet skojarzeń z przeznaczeniem spożywczym. Nie ujawnię obecnie do czego używałem owej substancji, bo to długa, zawiła i trochę wstydliwa historia o autonomicznym od opowiadanej obecnie potencjale emocjonalnym. Mogę jedynie dać słowo że nie częstowałem nią nikogo w kim można by rozpoznać elementarne cechy człowieczeństwa. Dzisiejszy przemysł bimbrowniczy może być przykładem dla apologetów kapitalizmu. Współcześni bimbrownicy potrafią być prawdziwymi artystami. Przekonałem się o tym na urodzinach przyjaciela. Jeden z gości przywiózł butlę trunku wytworzonego gdzieś w Puszczy Białowieskiej.
– Kochani, źródło pewne – zadeklarował – od 20 lat to piję i jeszcze jakoś widzę.
W efekcie wszystkie leciwe „whiskacze” pyszniące się swymi czarnymi i zielonymi etykietami pozostały nietknięte, nie wytrzymały porównania z wytworem leśnej manufaktury.
Ktoś powiedział, że jedne narody wymyśliły takie drobiazgi jak koło czy proch, inne za to opanowały proces destylacji. No właśnie, ale jak już opanowały, to z jakim skutkiem! Jakże wysubtelniony musi być to proces, do jakiej perfekcji opanowana technika! Cóż bowiem za arcydelikatne nutki zapachu i smaku osiągnął ów podlaski artysta;
Poprzez głęboki aromat, ciepłej, nasłonecznionej ziemi z minimalną domieszką torfu, kory dębowej jeżyn, jagód i nieznanych współczesnym uczonym ziół z głębi matecznika, których ksiądz Kluk nie zdecydował się umieścić w swym zielniku, by nie robić konkurencji miejscowym okultystom i szeptunkom, przebija się słodkawy, swojski zapach świeżego ziemniaczka. Aromat ten przenosi nas na jasną, leśną polanę, habitat roślin światłolubnych, akumulujących w sobie energię solarną i minerały, w które puszcza przez miliony lat istnienia zaopatrywała swoją ziemię. Inne nutki dają zapowiedź, nieodległych, trudnych do przemierzenia torfowisk i cienistych borów pełnych paproci, omszałych konarów i kolczastych krzewin. Jest koniec sierpnia na tej polanie, a może to już wrzesień. Dzień leniwie przesącza się przez splątane trawy ku wieczorowi, w kociołku warzy się uczta. Czy możemy ją poczuć? Z pewnością w kociołku są kartofle, reszta stanowi dla nas tajemnicę? Jaka strawa będzie naszym udziałem w pierwszych ciemnościach, gdy zaatakują komary… i odlecą zniechęcone zapachem naszej wzbogaconej krwi? Oto opowieść aromatu, niedostępna dla nikotynistów i ludzi gwałtownych… Wypijmy wreszcie!
Smak! …Rozprowadzany na języku, traci swą początkową, nieśmiałą ostrość by rozlać się w migotliwych akcydensach, posmakach, owocowych wybrzmieniach. Ale to dopiero crescendo rozmaite barwy wznoszą się ku podniebieniu zgodną symfonią, jeszcze odczuwamy je oddzielnie, jeszcze możemy smakować je pojedynczo. …Mają w sobie coś pierwotnego, archetypicznego i doskonale od zawsze znanego, są jak rdzenne idee słowiańskich fantazji, które z nagła zawładnęły naszą świadomością, od dawna zapomniane i oto nagle odnalezione po spłukaniu kurzu idei kilku miejskich pokoleń. Ile budzi się tych autonomicznych smaków? A ile geometrii zawiera wszechświat? Matematycy powiadają, że osiem, tyle ile jest nut muzycznych. Czy nut smakowych mogło by być więcej? Nie wiem, jest tyle ile to konieczne i żadnej nie brakuje. Gdy alkohol przemieszcza się ku nasadzie języka smak nagle staje się jednością. To doświadczenie metafizyczne o walorach kontemplacyjnych, lecz jest tylko błyskiem holotropowych przeczuć. Czeka nas jeszcze finisz, zmieniający emocje i kierujący myśli od wsobnej kontemplacji ku przyjaciołom i rzeczom społecznym. Jest on eksplozją światła w przełyku, rozgrzewającą serce i duszę.
Ktoś może powiedzieć, że propaguję pijaństwo. Ależ skądże. Upijanie się, jest wulgarne i odrażające. Stanowczo odradzam. Upijając się nie poczujecie wszystkich tych cudowności, w które Bóg wyposażył naszą planetę i w które warto się wsmakować, by docenić jego maestrię. Bardzo dokładnie obejrzeć liść, płatek kwiatu, pęcinę niewiasty (niezbyt nachalnie, dama wie że się podoba, ale przecież się nie gapimy), poczuć smak dobrze zaparzonej, wypalonej przed tygodniem kawy z małej plantacji zagubionej wśród etiopskich Amb lub wulkanów Mezoameryki, rozetrzeć językiem na górnym podniebieniu kilka kropel seledynowej herbaty lung ching, naparu ciemnego poskręcanego ulunga z Tajwanu, lub japońskiej senczy, zachwycić się nieznanym rodzajem wina. Czy jest to koncepcja odległa od buddyjskiego postulatu uważności? Warto tak praktykować, bo nie zawsze będziemy mieli to wszystko do dyspozycji, a wspomnienia dają radość i siłę witalną.
Ktoś może powiedzieć, że propaguję przestępczość. Nie, choć w przejawach doskonałości doceniam ją. Gorąco namawiam więc nasze władze by odstąpiły od penalizacji artystów. Niechże, na wzór zapobiegliwych górali z Łącka, którym w końcu zezwolono na produkcję śliwowicy, władza zgodzi się na legalne działanie tych kilkudziesięciu najlepszych rodzin bimbrowniczych Podlasia, a może też Zamojszczyzny. Niech rozpiszą jakiś konkurs, referendum albo co i wydadzą licencje. Nie mówię, że dużo, tylko dla ewidentnych artystów, dla ludzi z prawdziwym powołaniem, jak ów mistrz, którego dzieło miałem okazję próbować. Ten był ewidentnie natchniony. Jeśli na powiat przyznano by dwie lub trzy licencje miejscowi z pewnością wskażą, kto jest ich godny.
Za kilka lat wycieczki pchałyby się szlakami podlaskich bimbrowni, tak jak odwiedzają destylarnie Szkocji;
– Na tej polanie, drodzy goście, stał szałas ślepego Wasyla, legendy Puszczy Knyszyńskiej. Widzicie ten dół, to w nim trzymał zacier. Pozostało już tylko pięćset butelek jego autorstwa, w ubiegłym roku jedna z nich na aukcji w Nowym Jorku uzyskała cenę dwóch tysięcy dolarów. Nabywca spodziewa się, że inwestycja szybko powiększy swą wartość. A tutaj, o, ten drugi dom za kościołem… do dziś pracuje tam stary Onufry Ciapała. Otrzymał jedną z pierwszych licencji. Niestety panie Prezesie, nie możemy popróbować, chyba że dostaniemy zaproszenie z pałacu Buckingham. Cała produkcja przeznaczona jest na dwór królewski…


Komentarze
Pokaż komentarze (21)