W ciągu ostatnich dwudziestu lat większa część moich aktywności, tak zawodowych jak i hobbystycznych, skupia się w okolicach klawiatury i ekranu. Nie jestem w tym zapewne odosobniony. Niedawno okazało się, że w międzyczasie pewna moja, jak mawia się w telewizyjnych reklamach, część intymna, przybrała niepokojąco duże rozmiary. Nie przyglądam się jej na co dzień, bo położona jest z tyłu, a tam przecie oczu nie mam. Ach, więc to nie kwestia prania…– zrozumiałem, …to dlatego ostatnio mam takie kłopoty z założeniem spodni. Ponieważ nie mogę stale kupować garderoby, postanowiłem stracić kilka kilogramów. Zatem, dieta czy sport? Oto jest pytanie! Jedno i drugie jest bowiem kłopotliwe i męczące, dieta odbiera radość życia, nie chcielibyście mnie spotkać w środku ponurej diety wymyślonej dla desperatów przez ewidentnego psychopatę i sadystę;
– Witaj Darku, co u ciebie słychać? Może wpadłbyś pogadać, zrobię jakiś fajne żarełko, a potem spustoszymy domową piwniczkę?
– Nawet nie proponuj, jestem na…
– Może, zrazy zawijane? Ostatnio świetnie mi wyszły.
– Hhhryyyyhwwwrrr!
–. Ale jeśli wpadłbyś w miarę szybko, to była by perliczka, z prażonymi jabłkami, zrobiona jak kaczka. Mam do niej doskonałe wino. Pycha, ptak nie za tłusty, w sam raa… raaa…. tunku!
Okazuje się, że pogryźć kogoś na ulicy, to wcale nie taki drobiazg. Nawet jeśli życzliwi znajomi nie wniosą w końcu sprawy, to i tak czekają nas wizyty w szpitalu, kwiaty, przeprosiny i badania na wściekliznę.
A zatem sport! Ale co tu robić w środku zimy? Góry daleko, na rower za ślisko, koń… nie, to nieludzkie obciążać mną biednego zwierza. Podzwoniłem zatem po moich dawnych sparingpartnerach tenisowych.
– Mój drogi, nie mogę, zdrówko nie pozwala – i dalej – chromanie przestankowe…, znaczy kulawy jestem, albo; – wiesz, wycięli mi takie coś kilka tygodni temu, albo; – kręgosłup…, widzisz, tak wali, że śpię na stojąco, normalnie żyć nie można, co dopiero mówić o wygłupach sportowych, … itp.
Na szczęście przypomniałem sobie wywiad jaki niegdyś udzielił św. p. Artur Ashe, tenisowy geniusz mego dzieciństwa.
– Jak pan nauczył się tak wspaniale grać, w czasach gdy korty nie były powszechnie dostępne dla czarnych? – zapytał dziennikarz.
– by watching – brzmiała odpowiedź wielkiego sportowca, dalej było coś jeszcze o modelach ruchów, wizualizacji i innych jakichś, mniej znaczących, nudziarstwach.
Ważne, że to działa – pomyślałem – i dobrze się składa, bo akurat sąsiednia satrapia postanowiła kosztem kilkudziesięciu miliardów dolców kupić mi Igrzyska Olimpijskie. Oglądam zatem, co się da i wzorem pana Ashe szybko się uczę. Umiem się już biegać i skakać na nartach, przeplatanka na panczenach wychodzi mi na medal, opanowałem salta na snowboardzie i właśnie uczę się grać w hokeja. Wiecie co, powiadano, ze trening sportowca, to katorżnicza praca. Okazuje się, że nie, to wcale nie jest ani trudne ani monotonne, trzeba tylko stosować metodę bywatching. Można sobie spokojnie trenować, a jednocześnie podjadać i popijać,… piwko, proszę bardzo, trzeba przecież suplementować spracowany organizm.
Komentator poinformował mnie niedawno, że, cytuję; „mamy już cztery złote medale”. MAMY! Czyli ja też? Wygląda na to, że trening przynosi efekty. Znakomicie, latem potrenuję siatkówkę i piłkę nożną – oczywiście tą samą, wypróbowaną metodą. Sprytnie postanowiłem też, pod żadnym pozorem, nie próbować świeżo nabytych umiejętności w praktyce. Praktycy stale narzekają na jakieś kontuzje i dolegliwości eliminujące ich z kolejnych startów. Mnie one nie grożą, ja dbam o zdrowie i nie mogę się już doczekać moich kolejnych Olimpiad.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)