Sędziowanie na mistrzostwach świata od lat, chciałoby się rzec od pokoleń, wypacza kolejne edycje tego turnieju. Po dwóch pierwszych mundialowych spotkaniach – to jest w chwili, gdy piszę ten tekst – można dojść do wniosku, że piłka nożna, w wydaniu milionerów, raźno zmierza w kierunku sportów niewymiernych, takich jak kulturystyka czy skoki na batucie. Skoro tak, to chyba warto rozważyć, czy w ogóle warto występować w imprezie, w której piłkarze żadnej z drużyn, przynajmniej na boisku, nie mają większego wpływu na wynik. My, Polacy – lud powszechnie znany z dalekowzroczności i przezorności – swej reprezentacji, z reguły, na takie imprezy nie delegujemy. Część prostodusznych kibiców martwi się, że to z braku umiejętności naszych piłkarzy. Stanowczo zdementujmy te niesprawiedliwe opinie. My – proszę Państwa – w kolejnych eliminacjach gramy wyłącznie z delikatności; po prostu, nie lubiąc ostentacji, chcemy uniknąć niepotrzebnych międzynarodowych skandali. Ale, niczym pan Prezes przed spotkaniem z prezydentem Obamą, piłkarze nasi przed eliminacyjnymi meczami łapią nagłe dyplomatyczne alergie, tajemnicze, tropikalne infekcje i nieoczekiwane zaburzenia koordynacji ruchowej, następnie zaś (tu analogia z panem Prezesem się kończy) raźno tracą punkty z rozmaitymi Mołdawiami tego Świata. A przecież każdy, umiarkowanie choćby przytomny, kibic wie, że tak głębokie wpadki najzwyczajniej nie mogły by się piłkarzom tym przydarzyć, gdyby gra prowadzona była na serio. Telewizja Polska S.A. należy, jak wiadomo, do instytucji dobrze poinformowanych i właśnie z tej przyczyny, na początku eliminacji, nie zdecydowała się ona na zakup transmisji z potyczek na niby.
Powód tych, pozornie kompromitujących nasz futbol, porażek jest prosty i wręcz trudno mu nie przyklasnąć. Po co bowiem ryzykować dusze w trakcie wydarzeń organizowanych przez organizację jawnie przestępczą, jaką jest FIFA. Po co narażać kibiców na zawały i nerwice, gdy wynik spotkania, jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, wydaje się być znany nie tylko prominentnym działaczom piłkarskim, lecz nawet zaprzyjaźnionym ośmiornicom i żółwiom.
Nie zamartwiajmy się zatem poziomem naszej drużyny. Krajowe zasoby ekonomiczne, demograficzne, kultura sportowa, wreszcie tradycja i popularność futbolu z pewnością są wystarczające do regularnych i nie kompromitujących udziałów w kolejnych „mundialach”, gdybyśmy tylko tego chcieli. Ale nie chcemy, zauważmy, że nawet owa słynna i utytułowana „polska reprezentacja narodowa” od lat nie jest nam w ogóle pokazywana i nie wiadomo gdzie się ukrywa. Zamiast niej, zapewne by nie obciążać jej nieskalanego wizerunku z góry planowanymi porażkami, powołuje się reprezentację jakiegoś PZPN-u. Chodzą słuchy, że podobnie jak „Biedronka”, wystawiającą swą drużynę przed kilkoma laty, jest to prywatna organizacja biznesowa, tyle że mniejsza.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)