– Kochanie, za sześć miesięcy zaczyna się Mundial, czy już dziś, póki się jeszcze trochę lubimy, nie powinniśmy pomyśleć o rozwodzie? – zapytała niegdyś najlepsza z moich byłych żon. Potem, gdy minęły już trzęsienie ziemi, ciche dni i wstrząsy wtórne, zrozumiałem że potraktowanie tej propozycji jako całkiem rozsądnej było błędem, a moja ulubiona małżonka wygłosiła jedynie dowcipny wstęp do negocjacji na temat ilości czasu, jaki mam jej poświęcić w czasie najważniejszej z imprez. Dziwny to zaiste pomysł, przecież sprawa jest prosta. – Jesteś dla mnie jedna jedyna – odpowiedziałem, w chwili względnego uspokojenia – a zawodników będzie kilkuset. Tobie i każdemu z nich muszę poświęcić podobną ilość uwagi, tak po sprawiedliwości.
Dziś, jako człek doświadczony, odradzam odpowiedzi wprost na tak postawione kwestie. Przede wszystkim Mundial to nie czas uczenia się obsługi pralki, zmywarki, żelazka i odkurzacza. Przedmioty te do dziś stanowią dla nas – szanowni koledzy – zagadkę i nie będziemy mieli akurat teraz czasu na jej rozwikływanie. Niestety, podczas Mundialu, a zwłaszcza po jego zakończeniu, też będziemy musieli coś jeść, coś na sobie nosić i spać we względnie czystej pościeli. Jeśli nie zachowamy zwierzęcej czujności i chytrości, spełnienie tych postulatów może okazać się niemożliwe. Co zatem czynić? Otóż, jest kilka wariantów rozwiązań, które możemy zastosować w zależności od charakteru naszego związku i partnerki.
A. Okresowe zawieszenie związku. Przede wszystkim musimy doprowadzić do tego, by związek uległ zawieszeniu w sposób naturalny. Nigdy, przenigdy nie dopuśćmy do sytuacji, która skłoniłaby naszą partnerkę do przekonania, iż „przegrała z piłką nożną”. Znajdujemy jakiś jej słaby punkt i naciskamy go delikatnie dotąd, aż się na nas obrazi. Jeśli np. nasza ukochana nie lubi pijaków, upijamy się ze trzy dni pod rząd, łącząc przyjemne z pożytecznym. To powinno wystarczyć. Po mistrzostwach powiemy, że mieliśmy depresję z powodu konfliktu z szefem.
Jeśli mamy w miarę rozsądny powód, możemy obrazić się sami. To znakomity sposób, bo redukuje koszty, wcale jednak nie taki łatwy. Nie umiemy tego robić zbyt dobrze. Przy okazji – zaczynamy nawet partnerkę podziwiać. Jak jej się to udaje, tak jakoś od niechcenia, dwa razy na tydzień?
W ostateczności możemy spreparować dowód naszej zdrady, a jednocześnie niepodważalne alibi. Po Mundialu będą kwiaty, prezenty, wyjaśnienia i kolacja przy świecach. Może być fantastycznie.
Zawieszenie związku jest metodą w miarę bezpieczną. W omawianym okresie nasza partnerka nie znajdzie sensownego pocieszyciela. Niestety, możemy ją zastosować wobec każdej kolejnej partnerki tylko raz. Koszty to rachunki z barów i pralni oraz cena przeprosin.
B. Negocjacje. „Ty mi dasz spokój przez miesiąc, a ja ci za to…” Jakieś to niemęskie. Cóż, jeśli nic innego nie wchodzi w grę, można spróbować. Pamiętajmy jednak, że stąpamy po kruchym lodzie, a negocjacje, choć trudne i kosztowne, wcale nie muszą zapobiec pretensjom i uwagom.
C. Wariant siłowy. Zapowiadamy kobiecie, że na miesiąc przejmujemy kontrolę na pilotem, tłumacząc, aby przyjęła to jak zapalenie migdałków lub wymianę rur w ubiegłym roku. Przyjmujemy „na klatę” serię awantur i pogróżek, pamiętając, że w podobnej sytuacji są setki milionów mężczyzn na całym świecie. Nie wzruszamy się łzami – przecież istnienie rozgrywek piłkarskich to nie nasza wina.
D. Wysłanie partnerki na wakacje. Bardzo rozsądny sposób, jeśli nie musimy płacić za koleżankę i jeśli koleżanka ta nie ma na imię Zenek. Uwaga: przelicznik: jeden mecz = jedna para butów w Mediolanie jest nie do przyjęcia.
E. Wysłanie na wakacje siebie samego. Metoda trudna w realizacji. Musielibyśmy przez dłuższy czas być dostatecznie upierdliwi zarówno dla partnerki, jak i naszego pracodawcy. Jeśli im na nas zależy może dojdą do wniosku, że to taka choroba i że nam przejdzie. Najlepiej zaszyć się z wówczas z telewizorem na zaprzyjaźnionej działce. Domy wczasowe i ośrodki rekreacyjne odpadają. Oglądanie zawodów piłkarskich w towarzystwie przypadkowych idiotów, nie mających pojęcia o futbolu, i w równie przypadkowych, niekomfortowych warunkach, jest zwyczajnie niebezpieczne. Może się skończyć awanturą, sprawą karną, szpitalem, aresztem…
F. Wspólne z partnerką mundialowe wakacje. To zadziwiające, jak często ludzie stosują tę nieefektywną metodę. Stanowczo jej odradzam. Co prawda odpadają nam obowiązki domowe, co zawsze łagodzi atmosferę, ale przecież nie chodzi o to by wycieczka do „lazurowej groty” lub „świątyni tysiąca jaśminów” miała stanowić konkurencję dla meczu. Poza tym, nie jesteśmy do końca pewni, co transmitują egzotyczne telewizje i w jakich warunkach przyjdzie nam oglądać zawody.
Reasumując, Mundial to dla naszego związku istne trzęsienie ziemi. Jeśli związek go przetrwa, ma szanse na długowieczność. Jeśli nie… o tym w części drugiej
CZĘŚĆ 2
Trzeba powiedzieć sobie szczerze, że równanie: Mundial + kobieta = kłopoty, jest niemal zawsze prawdziwe. Kłopoty te możemy, co najwyżej ograniczać. Nie zawsze się to udaje, czasem po Mundialu odkrywamy, że nasza kobieta opuściła nas bezpowrotnie. Oznacza to tylko tyle, że to zła kobieta była, a dokładniej zły był nasz wybór. O priorytetach musimy myśleć już w fazie pozyskiwania kobiety. Decyzja o kontynuowaniu znajomości powinna być związana z odkryciem u naszej potencjalnej miłości choćby śladowej tolerancji na futbol. Inaczej będziemy musieli zmieniać narzeczone po każdej większej imprezie piłkarskiej, a to i męczące, i kosztowne.
– Ja to w zasadzie lubię czasem obejrzeć jakiś mecz – wyznała na pierwszej randce kandydatka na moją ukochaną. Ucieszyłem się. Komunikat taki powinien jednak wzbudzić moją czujność. Uwaga! W tym momencie rodzi się przyszłość naszych przeżyć miłosnych i piłkarskich, nie możemy sobie pozwolić na niedopowiedzenia.
– To jakich piłkarzy koleżanka ceni najbardziej– brzmi roztropne pytanie. Odpowiedź na nie jest dla nas strategicznie ważna. W dzisiejszych czasach zdrowego trybu życia i cudownych diet czasem trudno na pierwszy rzut oka ocenić wiek kandydatki. Jeśli zatem dowiemy się, że jej idolami są Lubański i Deyna, spędzamy resztę wieczoru na miłej pogawędce o filmach Barei lecz nie umawiamy się na drugą randkę. Przecież nie chcemy spotykać się z koleżanką własnej babci. Jeśli zaś kandydatka zaczyna sypać nazwiskami jak z rękawa, gotowa jest porównywać składy drużyn, ustawienia i formę poszczególnych graczy, kładziemy na stoliku należność i uciekamy – to transwestyta! Prawidłowa odpowiedź normalnej kobiety brzmi: David Beckham (lub Cristiano Ronaldo – jeśli dama nieco młodsza). Nasza znajoma oczywiście nie interesuje się futbolem, raczej modą i życiem gwiazd. Związek z nią ma szanse, lecz kłopoty wiszą w powietrzu. Sposobom ich rozwiązywania poświęciłem całą pierwszą część rozważań. Teraz pragnę już tylko upewnić kolegów, że kompromisem między 1255 odcinkiem ulubionego serialu madame a meczem Brazylia-Argentyna nie jest wspólne oglądanie retransmisji Mistrzostw w Jeździe Figurowej na Lodzie sprzed trzech lat.
Zdarzyć się wszakże może również napotkanie kobiety cudownej. Ona naprawdę toleruje piłkę nożną. Piłka jej się dobrze kojarzy. Tata robił na grubie, a po robocie, z innymi hajerami, oglądali mecze Szombierek. Ona zaś, złotowłose maleństwo, przesiadywała im na kolanach i dostawała cukierki. Teraz jest wytresowana niczym pies Pawłowa i na samą myśl o nadchodzącym Mundialu popiskuje z radości. Sytuacja wydaje się optymalna. Czy taka jest w istocie? Aby odpowiedzieć na to pytanie wyobraźmy sobie różnicę w zachowaniu zwykłej kobiety oraz kobiety cudownej w trakcie oglądania meczu.
Kobieta zwykła (fanka Beckhama) w dziewięćdziesiątej minucie będzie dopytywała się, w jakich strojach grają nasi. Będzie wołać „każdy głupek strzela w słupek” – gdy nasza ukochana drużyna już, już, prawie zdobyła kontaktową bramkę. Albo zapyta się, z głupia frant, „dlaczego nasi piłkarze już od pół godziny podają sobie piłkę na własnej połowie boiska, a przeciwnicy nawet nie usiłują im jej odebrać?”. Oczywiście, nie będziemy wprowadzać ukochanej w zawiłe arkana strategii i taktyki piłkarskiej. Sami zdobywaliśmy tę wiedzę przez lata i przekazać ją możemy jedynie synowi. Zachowanie ukochanej może nas czasem nieco rozdrażnić, ale w sumie nie zaszkodzi naszemu związkowi. Jeśli chemizmy zaś miłości zaćmią nam rozsądek całkowicie, możemy nawet dojść do przekonania, że „to było takie urocze”.
Kobieta cudowna nie będzie, naturalnie, ograniczać nam dostępu do Mundialu. Może natomiast wdawać się z nami w trakcie meczu w dyskusje. Może mieć swoje zdanie w sprawach doboru zawodników lub sędziowania, albo nawet – piekło i szatani! – kibicować drużynie przeciwnej. Ale głupie uwagi na temat futbolu jesteśmy najwyżej w stanie znieść (i to z trudem) od najbliższego kumpla. My i tak wiemy lepiej, ale zdajemy sobie sprawę, ile ów kumpel wycierpiał dla ukochanej drużyny, co się stało gdy pomylił sektory na stadionie, a co, gdy mu się szalik w pralce przebarwił. Nie będziemy jednak tego typu nonsensów wysłuchiwać od jakiejś baby. To niemożliwe, nawet jeśli byłaby to rodzona siostra Zinedine’a Zidane’a. Związek z kobieta cudowną może więc przybrać dramatyczne oblicze.
Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Kto wygra Mundial i jaką wybrać kobietę, żebyśmy mogli oglądać go do woli? To wielkie, egzystencjalne pytania, które mężczyzna musi sobie czasem stawiać. Niestety, z pytaniami tymi zawsze w końcu pozostajemy sami.
P.s. Tekst pochodzi z książki, którą (auto)reklamuję na pasku bocznym.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)