Wczoraj rano zadzwoniła moja japońska Przyjaciółka, która wprawdzie mówi po polsku, ale tu i ówdzie napotyka bariery i pułapki językowe. Obcowanie z jej polszczyzną, pod względem intensywności doznań, jest jak jazda na kolejce górskiej podczas gradobicia, z tym że zwykle nie budzi ona grozy lecz wesołość, przechodzącą często w formy nieokiełznane. Tym razem migdałowooka przedstawicielka Mikado złożyła mi życzenia, w których zapomniała użyć połowy zapamiętanej w pocie czoła formułki, a mianowicie słów „Wesołych Świąt”, gdy już udało mi się wyśmiać do końca, nagle uderzyła mnie głębia tego co pozostało. A zabrzmiało to tak: „życzę Ci Bożego narodzenia”.
Zawsze zastanawiałem się jakie właściwie są te słynne „najlepsze życzenia” (składam ci najlepsze, naj…, itd). No, to teraz już wiem, bo przecież lepszych być nie może. I takie właśnie przekazuję Tobie. (Pani i Panu).
Wspomnę jeszcze o pewnym utworze literackim, z którym taka właśnie forma świątecznych życzeń świetnie koresponduje. Nie zacytuję go, bo zawsze lepiej poszukać samemu, ale i znaleźć nietrudno. Autor nazywa się Angelus Silesiacus i był to taki barokowy, wrocławski Rumi, a czego poszukujemy? Otóż, „Betlejem w sercu”.


Komentarze
Pokaż komentarze