Gdy ktoś umie posługiwać się z wyjątkową wprawą tak zwanymi „zwrotami” czyli „słowem publicznym” a jego język, acz plugawy, zbliża się do granic poezji, może, jak każdy artysta, liczyć u mnie na wyrozumiałość, przechodzącą czasem nawet w coś w rodzaju niemego podziwu. (Artystycznym przekleństwom poświęciłem zresztą kiedyś jedną z części „dzienników autobusowych”).
Podróżująca stołeczną komunikacją młódź szkolna, także ta z klas wyższych, wulgarnym językiem posługuje się chętnie, lecz bez finezji. Grupka takich domorosłych bluźnierców opanowała przestrzeń akustyczną autobusu, którym właśnie podążałem na rozmowę, mającą zdecydować o tym, czy będę miał co jeść przez następnych kilka miesięcy. Usiłowałem przećwiczyć sobie argumenty, puenty i zwischenrufy. Niestety w zaistniałych okolicznościach o skupienie było trudno. Trzej chłopcy w nowych, markowych ciuchach udawali synów węglarzy z Powiśla, z czasów gdy ta dzielnica nie była jeszcze skanalizowana. Szło im to kiepsko, czterema słowami nie zastąpi się tamtego historycznego bogactwa określeń, wypracowanych przez życie pełne przemocy, przygodnego seksu i wstydliwych chorób. Nieco większe wrażenie robiła dziewczyna. Była nawet dość ładna, jednak postpankowy przyodziewek, postrzępiona fryzurka, i liczne kolczyki nie pozwalały tej urodzie zalśnić. Spod kołnierza czarnej, skórzanej kurtki wpełzały na jej szyję floratury kolorowego tatuażu, który także stanowił dysonans z delikatnymi rysami twarzy. Jeśli jej koledzy męczyli się w obcym dla siebie języku i wyraźnie woleliby bardziej klasyczną formę pogwarek o cierpieniach młodych Werterów, to ona w kaskadach bluzgów wręcz rozkwitała, a każda jej kolejna „kurwa” i każda „mać” były wycyzelowane i sprawiały recytatorce autentyczną przyjemność. Niestety środki artystyczne, które miała do dyspozycji także były niedostateczne. Dziewczyna jednak, omiatając zdetonowanych pasażerów, spod grzywki, wzrokiem świeżo obudzonego solidnym kopniakiem Bazyliszka, o tym nie wiedziała. Pomyślałem, że ona teraz marzy tylko o tym, żeby jej ktoś zwrócił uwagę, wtedy dopiero da upust swoim emocjom i wyobraźni. Trudno, dla wyższych celów społecznych, trzeba będzie to marzenie spełnić – zacząłem się zastanawiać jak zrobić by nie zostać przez dziką pannę zatupanym ze szczętem.
– Czy mogłaby Pani przysiąść się do mnie na chwilę– przez gwar przebił się nagle głos siwego staruszka, siedzącego naprzeciw – proszę się nie obawiać, nie skrzywdzę Pani.
– No pewnie, nie pierdol dziadek, co niby mógłbyś mi zrobić? W kwestii ciszy; upewniam p.t. czytelników, że ona spełniła swą powinność zapadając tak głęboko, jak tylko potrafiła w miejskim autobusie.
– Zatem niech się pani nie boi i siada sobie śmiało, …o tak, bardzo dobrze. A teraz, poproszę Panią o wysłuchanie krótkiej historii sprzed lat. Niech Pani nie będzie niecierpliwa, po co się zaraz krzywić, a nóż się Pani spodoba. No więc, to było w czasie Powstania, walczyłem wtedy na Starówce i bardzo się zakochałem. Mieliśmy wziąć ślub, wie Pani, taki powstańczy, ale z księdzem i w ogóle wszystko jak trzeba. Nikogo już potem tak nie kochałem jak ją – Haneczkę. Mówię to Pani dlatego, że Pani jest do niej niezwykle podobna. Przez chwilę pomyślałem, że może jest Pani jej wnuczką…, ale przecież to niemożliwe. Hania poszła z meldunkiem i nie wróciła. Nie ma na świecie jej wnuków,... znaczy naszych. Ale Pani, jakimś cudem, ma jej oczy, i…, tak samo jak Ona, jest Pani taka wrażliwa.
– A ja…, wie Pan, ...ja też jestem Hania – usłyszeliśmy cichy szept.
----------------
* Wcześniejsze odcinki np. tu i tu



Komentarze
Pokaż komentarze