Nie, nie chodzi o pojemność kieliszka, choć i ta bywa w warszawskich autobusach tematem popularnym. Chodzi o Nią – Legendę.
Jechałem nią wiele razy, główne na Uniwerek, choć nie byłem wówczas jeszcze studentem, a gdy uczelnia podjęła wreszcie ryzyko immatrykulacji moich długich włosów z niepewną zawartością przestrzeni podcebulkowej, to właśnie ją zlikwidowali. Nie przypominam sobie oznaczeń „P” i „L” (prawa i lewa), które ta okrężna linia ponoć dumnie na sobie woziła. Warszawika - Encyklopedia wiedzy o Warszawie precyzyjnie podaje przebiegi jej trasy w poszczególnych latach, w ścisłym porządku chronologicznym (ciągle coś zmieniali). Dla mnie i tak jeździła przez całe Śródmieście i zawsze, choć trochę dookoła, można było się nią dostać w okolice wybranego miejsca.
Oczywiście nie mogłem juz widzieć na tej linii francuskich Chaussonów, które jeździły w latach 40. i 50. One pozostały w pamięci pokolenia mojego Ojca. Ponoć ówczesne gagatki (co rozczarowujące, bez udziału Taty) potrafiły, stając gdzieś na samym tyle autobusu, tak go rozbujać, że przednie koła traciły przyczepność i odrywały się od podłoża. Potem jeszcze tylko szybka ucieczka przed rozeźlonym kierowcą, i nie dać się trafić kluczem francuskim – zabawa przednia. Ja pamiętam „ogórki”. Dziś to słowo kojarzy się z piękną panią Magdaleną, która właśnie postanowiła przetestować naszą odporność na radosnych polityków, ale wówczas jeszcze ogórek, jak sama nazwa wskazuje, był autobusem. Tak naprawdę nazywał się Jelcz 043 i był w połowie Czechem. Czasem można go jeszcze zobaczyć na jakiejś paradzie lub zlocie.
Dzieciaki lubiły siadać na klapie silnika, kopule wybrzuszającej się wewnątrz autobusu, między kierowcą a wciśniętym w przednią szybę, siedzącym na magicznym „miejscu tylko dla osób dorosłych” pojedynczym pasażerem. Potem pojawiły się tabliczki oznajmiające, że „siadanie na pokrywie silnika surowo wzbronione”, ale wcześniej nikt się tego nie czepiał, a jedyną konkurencją dla nas -smarkaczy były grube handlarki spod Hali Mirowskiej, które rozumnie zauważyły, że na klapie jest i cieplej i miejsca więcej. Poza tą klapą, dużo jeszcze rzeczy było wzbronionych, na przykład rozmowa z kierowcą. Zakaz odnosił się jednak tylko do pasażerów, bo kierowca nie tylko mógł, lecz nawet miał obowiązek reagować na złe zachowania podróżnych, z reguły pokrzykiwał, żeby „się już nie pchać bo autobus nie z gumy, i zaraz będzie następny” (wierutna bzdura, rzecz jasna).
Linia była źle traktowana przez decydentów, nie pamiętam by ofiarowano jej choćby jednego cudownego filuta -„berliecika”, które Gierek zakupił by ratować warsztaty pracy głodującym towarzyszom francuskim, a one, spełniwszy swą podstawową misję ekonomiczną, psuły się na polskich drogach częściej i znacznie bardziej spektakularnie niż dziś sery pleśniowe w Carrefourze. I tak w końcu, w klimacie wiecznego ścisku, wśród trzasku miażdżonych pakunków i żeber, „setkę”, w roku 1979, zlikwidowano z powodu braku frekwencji. Właściwie, nie można było wykombinować bardziej abstrakcyjnego wyjaśnienia. Wkurzeni warszawiacy pisali listy „do prasy”, nawet znani dziennikarze podnosili głosy w obronie ulubionej linii. Bezskutecznie, to nie był czas na inicjatywy obywatelskie, raczej na tresurę społeczną. Władza podjęła decyzję, causa finta. Gdyby „setka” przetrwała jeszcze roczek, do sławnej „pierwszej Solidarności”, to może byśmy ją obronili. Na razie jeszcze wszyscy byliśmy „robolami”, a feudalni panowie z partyjną maturą nauczyli się, z naturalną swobodą, pomiatać nami i gardzić.
Dlaczego nazwałem ją „legendą”? Spróbujcie zapytać o to starych warszawiaków. Popatrzcie im w oczy, gdy będą o niej mówić. Lubimy wspomnienie o niej może właśnie dlatego, że odebrano nam ją z tak absurdalną bezczelnością. To jest jak pamięć o pierwszej randce, gdzieś we wczesnym mezozoiku, gdy - piętnastoletni -całowałeś się po raz pierwszy z dziewczyną pod trzepakiem albo w bzach za szkołą, a ona oznajmiła ci potem, że przeprowadza się z rodzicami do Bolesławca i nie wie nawet „gdzie to leży”. Przynajmniej pojęcia „arogancji władzy” współczesnemu czytelnikowi tłumaczyć nie trzeba. Ten element opowieści nie wydaje się egzotyczny, bo jeśli nawet ktoś nie chce słyszeć o „wielkiej polityce”, to i tak ma przecież bieżące doświadczenia, choćby z PKP.
***
Gdzieś na początku XXI wieku oniemiałem widząc autobus z numerem „100”. Była to już jednak tylko linia turystyczna, po kilku latach zlikwidowano ją, z tego samego zresztą, co pierwowzór, powodu– braku frekwencji, tym razem, najpewniej, prawdziwego. Ale to już zupełnie inna historia i nie „otake Polske” nam chodziło. My chcemy naszą „setkę” meandrującą, pozornie bez sensu, po zapchanych uliczkach Śródmieścia.