Bynajmniej nie Tolka Banana. W tym tekście nie będzie jednak kpin i żartów. Będzie za to dużo banałów. Już od dłuższego czasu chodzi za mną ta kwestia. Jeszcze na starym boisku kiedy sobie z Anną i Gładkim pisaliśmy nikomu zapewne niepotrzebne teksty o polskiej piłce i jej przyszłości, miałem napisać osobny o następcach Holendra. Nie ma co dywagować, ale wydaję mi się, że czas Beenhakkera minął. Albo przynajmniej mija. Miał swoje wzloty i upadki, miał swój mecz z Portugalią, który zapamiętamy na długo, miał swoje porażki, które również zapamiętamy długo. Nie mam zamiaru wyliczać w tym tekście ani jego plusów, ani też wypominać mu drewnianych chatek itp. W mojej opinii powinien dograć do końca eliminacje i ewentualny turniej w RPA, jeśli oczywiście, się tam zakwalifikujemy. Od niego zależy czy odejdzie z tarczą czy na tarczy. Najbardziej męczy w takich warunkach duszna atmosfera współpracy. Beenhakker męczy się u nas, my męczymy się z Beenhakkerem, a spór między jego zwolennikami a przeciwnikami przypomina niekiedy spór między wyborcami PO i PiSu. Nie mam ochoty brać w tym udziału, kłóciłem się wiele razy na boisku, niech teraz inni werbalne boje toczą.
Ja już mam swojego faworyta. Jest nim Franciszek Smuda. Należy mu się to stanowisko jak mało komu. Dwa mistrzostwa z Widzewem Łódź, mistrzostwo z Wisłą, boje z Widzewem w LM, w Pucharze Uefa z Lechem. Może to nie jest jakaś długaśna lista sukcesów, ale ja go cenię zupełnie za co innego. Każda jego drużyna gra jakiś niesamowity, ofensywny futbol, zupełnie nietypowy jak na polskie warunki. Jak on to robi? Nawet jeśli jego drużyna grała jakąś totalną kichę, to przynajmniej do końca! Nigdy nie było tak, że jak drużyna Smudy przegrywa, to można było ją spisać na straty. Przynajmniej ja tego nie pamiętam. Kibice Lecha na salonowym boisku (wiadomo kto szczególnie) zapewne się ze mną zgodzą w tej kwestii.
Teraz mamy dość szczególny okres w naszej reprezentacji bo zbliżają się Mistrzostwa Europy u nas. Dokładnie za trzy lata, zleci szybko. Ktoś musi wziąć odpowiedzialność za przygotowanie kadry, ktoś musi się podjąć tego zadania. Zastanówmy się według jakiego klucza dobierani byli selekcjonerzy (słodka nazwa, że niby „tylko” wybierają skład) przez ostatnie 12 lat.
1997-1999 Janusz Wójcik
Największy sukces Wójcika to srebrny medal na igrzyskach w Barcelonie. Wszyscy zapewne pamiętamy. Potem objął Legię Warszawę w pamiętnym sezonie cudów, o który to niedawno toczył się spór pod blogiem Anny. Do tej pory budzi kontrowersje tamten sezon. Potem Wójcik objąl olimpijską kadrę Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a po niej klubAl-Khallej z tegoż kraju. I stamtąd właśnie nasz bohater wraca w 1997 i w glorii obejmuję pierwszą kadrę. Pięć lat po swoim największym sukcesie.
2000-2002 Jerzy Engel
Prawie całe lata 90-te Jerzy Engel spędza na Cyprze, z rocznym epizodem (1995-1996) na funkcję menadżera (jakie znaczenie ma u nas ta funkcja, ktoś wie?) warszawskiej Legii. W 1997 – czyli w roku, kiedy Wójcik obejmuje kadrę – Engel zostaje dyrektorem sportowym Polonii Warszawa, gdzie w sezonie 1999/2000 świętuje z trenerem Wdowczykiem mistrzostwo Polski. Engel obejmuje kadrę właściwie jako niewiadomo kto, niewiadomo dlaczego. Cóż, tak było. Ciekawy jest fakt, że zarówno wokół Wójcika (bezpośrednio) jak i wokół Engela (pośrednio - Wdowczyk, oraz Engel junior) unoszą się opary afer korupcyjnych. Nic nie insynuuje, tylko dumam. Tak sobie. Engel akurat do MŚ w Korei i Japonii awansował w świetnym stylu, trzeba mu to oddać, ale wybór obu trenerów wydaje się jakoś mało logiczny.
2002 – 2002 Zbigniew Boniek
Po Engelu – Boniek. Czemu? Cholera wie. Listkiewicz koniecznie chciał Engela zmienić. Media zresztą też, co później z zajadliwością powtórzą w przypadku Janasa. A Boniek? Widocznie świetny niegdyś piłkarz, chciał się spróbowac w trenerce kadry. Po Beckenbauerze, Capello czy Cruyffie Boniek pozazdrościł. Dziwi ten wybór tym bardziej, że w latach 90-tych Boniek próbował swoich sił w lidze włoskiej. Dwa kluby z Serie A spuścił (Lecce i Bari), a w dwóch innych (Sambanedettese Calcio i U.S. Avellino) nic nie zwojował w niższych klasach. Wystarczyło, że tuz przed objęciem kadry był wiceprezesem PZPN. Dobry powód, prawda?
2002 – 2006 Paweł Janas
Nareszcie wybór z głową. Chociaż wydaje się, że trochę za późno, bo przecież Janas największe sukcesy świętował w Legii w latch 94-96, kiedy to w roku 95 szalał z tym klubem w Lidze Mistrzów. Potem w Lidze Mistrzów grał już tylko Smuda… Janas spalił się na MŚ całkowicie ze sporym udziałem szaleństwa mediów. Szkoda…
2006 - ? Leo Beenhakker
Nic tu chyba nie muszę przybliżać. Wcześniej Leo trenował kadrę Trynidadu i Tobago. Po ciężkich bojach w barażach z Bahrajnem (1:0 i 1:1), historyczny punkt w MŚ wywalczony ze Szwecją. Wszyscy, którzy mnie choć trochę tu na boisku znają, wiedzą, że zawsze broniłem Beenhakkera, ale nie oszukujmy się, obejmując naszą kadrę był on już raczej trenerem u zmierzchu. No ale, Beenhakker, jak już wspominałem to temat na całkiem odrębną dyskusję.
Jak widać, wybory trenerów, do czasu Pawła Janas, a nawet jego wybór, były raczej pozbawione głębszego sensu i logiki. Gdyby tak chcieć zatrudnić teraz najlepszego polskiego trenera, wybór byłby nieoczywisty. Bo kto to miałby być? Skorża, mistrz Polski? Chyba jeszcze za wcześnie, jednak. Kasperczak, „najlepszy polski trener”? Wątpię. Ucieczki z tonącego okrętu, jakim był Senegal na PNA mu nie zapomnę. Tak się po prostu nie robi, bez względu na temperament afrykańskich graczy. Według mnie zostaje Franz i tyle. Uważam, że jest to podobnie dobry trener co Janas, ale ma nad nim w jednym przewagę: nie spala się w mediach. Wszyscy znają bon moty Smudy, ale mało kto potrafi mówić w ten sposób. Jeśli jakiś piłkarz wypada kiepsko, Franz nie owija w bawełnę. Dziennikarze chcą go podpuścić? Franz odgryzie się w taki sposób, że wszyscy się głowią. W polskiej rzeczywsitości medialnej, tej dotyczącej futbolu to bardzo istotne.Jak uważam, że dziennikarze sportowi w tym kraju raczej nie są na zbyt wysokim poziomie, tak uważam, że Franz jako jeden z nielicznych świetnie sobie z nimi radzi. Nie wiem jak wy, ale ja to lubię i już. Koleś ma charyzmę po prostu i w dodatku szacunek na wielu stadionach.
Zagraniczny trener już nie będzie miał lekko. Wszyscy będą patrzeć mu na ręcę, po szkole Beenhakkera. Nic nie damy sobie wmówić. Tu nawet nie chodzi o pieniądze i nie o warsztat. Tu chodzi o mentalność. Trzeba znaleźć kogoś takiego, kto będzie dostępny w Polsce, nie znudzi się szybko, no i w miarę ułoży sobie stosunki z działaczami PZPN, a to dla obcokrajowca nie do przeskoczenia. Skoro ktoś ma przygotować kadrę na Euro 2012, to niech to będzie Smuda. W jego zaangażowanie wierzę i wiem, że przynajmniej na meczach kadry byśmy się nie nudzili. Pamiętacie obrazek z meczu np. ze Słowacją, albo z Irlandią Płn. kiedy Beenhakker z Ulatowskim zwieszali głowy? Jak to działało na zawodników?! Widzieliście kiedyś żeby tak robił Smuda? Jestem z stanie mu zaufać, niech będzie absolutnym szefem reprezentacji, ale niech odpowiedzialność całkowitą też weźmie na siebie. Od lat utrzymuje swój poziom, w Lechu zbudował autorską drużynę. Zdobyć mistrza się nie udało, ale odpowiedzialności nie unikał. Posadę stracił, ale szacunek zyskał. Niech tak samo będzie w kadrze. Na mistrzostwach Europy grać będziemy, nie musimy się kwalifikować, ale za to u siebie musimy wypaść nieziemsko dobrze i kropka. Zakończę więc cytatem Smudy właśnie na temat meczów u siebie:
„Przed własną publicznością padliny grać nie można. Musimy przez dziewięćdziesiąt minut być "desperados".”
dawrweszte




Komentarze
Pokaż komentarze (17)