Odczepmy się na chwilę od PZPN. Trochę na ich temat już na boisku wylałem więc tym razem odpuszczę. Przyjrzyjmy się innym aspektom polskiego piłkarstwa. Może weźmy na warsztat głównego uczestnika futbolowych igrzysk – piłkarza.
Polski piłkarz - jak słyszę te dwa słowa, to od razu mam przed oczami piłkarza konkretnego. Mianowicie, nie w pełni zawodowca, jakiegoś amatora, który tylko wyjątkowo wybija się ponad przeciętność, co tylko potwierdza regułę, szczególnie ostatnimi czasy. Zastanówmy się. Jakiś tam chłopaczyna kopie piłkę całkiem nieźle. Nie jest dryblerem bo u nas jak ktoś jest dryblerem na podwórku, to wreszcie się go tak zakosi, że mu się odechce. Poza tym nawet jak jest dryblerem, to poza pewien poziom nie wyjdzie. Czyli kiwka na walizeczkę i do przodu. Wykrzyknie teraz jeden z drugim w moim kierunku, że przecież na podwórku ten i ten był dryblerem, pięknie kiwał, się go nie kosiło, się szacunek miało, a ja się pytam gdzie oni teraz? Pewnie siedzą w knajpie przy siódmym piwie, ewentualnie przy wódeczce żeby brzucha nie łapać, ale dawno ich już w futbolu nie ma.
Polska nie Brazylia, dryblerów ci u nas nie wynajdziesz wielu. No więc gra sobie chłopak w jakimś podrzędnym klubie w juniorach i powiedzmy, że jest gwiazdą lokalną. Z czasem trafia do seniorów, a potem go ta podrzędna drużyna sprzedaje do lepszego klubu z wyższej ligi, dajmy na to, za 30 piłek. Z tego mniej podrzędnego klubu, wyciągają go macki jeszcze mniej podrzędnego klubu z ekstraklasy, tudzież bierze go za bezcen ktoś z tuzów czyli Legia, Lech albo Wisła, jeśli oczywiście w porę dostanie cynk, a najlepiej jeśli to klub satelicki lub zaprzyjaźniony. Oczywiście chłopak wciąż jest młody więc nie wiadomo czy jest gotów na karierę w ekstraklasie bo tam przecież poziom niesłychany. I tu mamy dwa wyjścia:
Pierwsze, chłopak jest gdzieś tam w mediach, czy to lokalnych, czy ogólnopolskich określony mianem talentu co to ma klub (cały czas bierzemy pod uwagę, że jest to świeży piłkarz świętej trójki) na piedestał wynieść. Oczywiście nie od razu, tylko z czasem. No więc raz na jakiś czas pogra sobie w jakimś meczu, ale wiadomo, nie gotowy jeszcze, poziom wysoki itede, itepe. Co więc robi polski świetny klub z samej czołówki? Wypożycza piłkarza do innego ekstraklasowego klubu, w którym to klubie zawodnik się ogrywa. No i tam się okazuje, że jednak może biegać raz na tydzień po prawie 90 minut i czasem nawet bramkę strzeli i w ogóle jest nieźle. Po sezonie wraca do swojego klubu i okazuje się, że jeszcze nie jest gotowy wziąć na siebie ciężaru gry zespołu, który oczarowuje naszą ligę polską swoją wspaniałą zespołową grą. Nie mówiąc już o wzięciu odpowiedzialności w meczu z rywalem europejskim po ewentualnym przejściu jakiegoś rywala z dalekiego wschodu. Albo północy. I wtedy z reguły się go sprzedaje do słabszego klubu z polskiej ligi. Wychodzi na to, że jest tułaczka po polskich boiskach, ewentualnie wyjazd na testy do angielskiego pierwszoligowca.
Drugie, chłopak jest gdzieś tam w mediach, czy to lokalnych, czy ogólnopolskich określony mianem talentu co to ma klub na piedestał wynieść. Gra od razu w pierwszym składzie, zespół prowadzi do zwycięstw, słowem zawodnik kluczowy. Świetny sezon się kończy, zaczynają się krótkie wakacje i oczywiście spekulacje któż to z Europy nie puka do klubu po zawodnika i za ile. Nazwy oczywiście mrożą krew w żyłach i na zmrożonej krwi się kończy. Sezon się zaczyna, a zawodnik jakby innym się staje. Forma ulotna, zawziętość i kondycja nie ta. Zaczynają się kolejne spekulacje, że sezon poprzedni był ciężki, że młody jeszcze, że ciężar gry na siebie brał, a w ogóle to za dużo się wymaga i zawodnika łatwo można „zajechać”. I staje się nasz zawodnik albo przeciętnym ligowcem, albo w miarę silnym ligowcem – jeśli formę odzyskuje – i gra w naszej ekstra. Jest jeszcze opcja, że jednak kupi go jakiś klub z zachodu, a wtedy...
A wtedy chłopak gra świetnie przez kilka meczów po czym okazuje się, że łatwo łapie kontuzje, nie wytrzymuje częstotliwości gry w europejskich ligach, nie może dotrwać do końca. Pauzuje po kilka miesięcy bo kontuzje ciężkie, organizm jakiś taki nie przyzwyczajony, albo, nie daj Boże, okazuje się, że chłopak nie umie biegać i źle nogi stawia. Inna opcja jest taka, że trener się uweźmie, zawodnika znielubi i tragedia gotowa. Niesłusznie (a jakże!) zawodnik od składu jest odstawiany przez złego trenera, a polska prasa tradycyjnie snuje spekulacje gdzież to piłkarz przejść powinien żeby formę odzyskać, i że luga w której gra zła dla niego. Bo jednak wiadomo, że każda liga swoimi prawami się rządzi i nie każdy zawodnik w danej lidze się odnajdzie. Nie dla napastników liga włoska, nie dla obrońców hiszpańska, nie dla kreatora gry angielska. I tak dalej...
Wszyscy pamiętamy transfery naszych gwiazd za granicę. Żurawski po świetnym swoim pierwszym sezonie dla Celticu, stał się „zapchaj dziurą” i w końcu wylądował na Cyprze. Błaszczykowski po okresach świetnej gry nagle musi pauzować po kilka miesięcy. Jeleń, jedyny chyba, który gdy gra, jego drużyna zalicza świetne występy, jest tak wątły, że co chwila zbiera się lekarskie konsylium żeby zbadać co mu jest. Jerzy Dudek po zdobyciu najcenniejszego europejskiego klubowego trofeum, grzeje ławę bo ponoć trener nie chce go sprzedać. A jak już sprzedać go chce, to Dudek jedzie grzać ławę (w pełni tego świadom i z pocałowaniem ręki!) do klubu pełnego celebrytów. W takim towarzystwie to i ławę grzeje się przyjemniej. Matusiak jak już do Udine wyjechał, to zadomowić się nie mógł. Kiedy wreszcie strzela swoją pierwszą bramkę w oficjalnym meczu (w barażach wbił, że ho ho!), to prasa w Polsce odnotowuje ten fakt ze znamienną pompą, podkreślając wszem i wobec, że wreszcie nasz Rado się odnalazł. Fakt, że strzelił ta bramkę z metra i po dobitce do pustej bramki chciałem przemilczeć, ale jakoś nie mogłem. Przepraszam, niech każdy sam oceni. Po powrocie do kraju, wozi się gwiazdor pierwszego okresu kadry Leo z ojcem po klubach i targuje o stawkę. Ojciec jego wypuszcza jakieś podsłuchy z rozmów z szefem Bełchatowa, Matusiak trafia do Wisły i okazuje się, że nie jest wart funta kłaków. Skoro sam Skorża na ławę gwiazdora sadzał, to chyba gwiazdor na to zasługiwał. W końcu Wisła z Matusiakiem na ławie mistrza zdobyła. Smolarek – to jest dopiero przykład! Do tej pory był potwierdzeniem miałkości polskiej szkoły futbolowej. Chłopak wychowany piłkarsko na zachodzie robił zawrotną karierę. Jak to teraz wygląda, żal pisać. Ebi bez klubu, ale po przegranym meczu kadry ze Słowenią nie omieszka stwierdzić, że sądzi, iż wypadł nieźle i pokazał, że jest w dobrej formie. No cóż, nie ma jak własny interes. Mam wrażenie, że nawet jeśli piłkarsko Ebi wychowany został w kraju tulipanów, to jednak mentalnie polska szkoła futbolu dała znać o sobie. Na Krzynówka uwziął się znów zły Felix Magath. Ileż to było żalu w prasie i dowodów na brak klasy trenera Wolfsburga. Proporcjonalny do tego mazgajstwa był jednak uśmiech politowania dla Krzynówka gdy okazało się, że Magath zbudował silny zespół, który zdobył mistrzostwo Niemiec, a budowa zespołu rozpoczęła się niejako wyrzuceniem właśnie Jacka. Jakieś to symboliczne. To tylko kilka nazwisk, resztę dopowiedzcie sobie sami.
Polscy piłkarze grający w średnich polskich klubach, jeśli już się wybijają i zgłasza się po nich ktoś z wielkiej trójki, osiągają nagle zawrotne ceny. Legii, Wiśle czy Lechowi rzadko kiedy opłaca się wykładać paręset tysięcy euro za polskiego piłkarza, kiedy za połowę tej ceny kupią odpowiednik na Bałkanach, Afryce czy Brazylii. Różnie później bywa z subordynacją takich obcokrajowców, ale się to jednak bardziej kalkuluje. Problem też polega na tym, że kraje, w których polskie kluby zaopatrują się w piłkarzy trzeciego sortu, swych najlepszych przedstawicieli mają w klubach z najwyższej półki, nam rzadko trafia się prawdziwa perła zdolna zawojować Europę. Przykry jest także fakt, że w Polsce zaopatrują się kluby trzeciego sortu. My skupujemy trzeci sort, trzeci sort skupuje u nas.
Coś musi być w tej polskiej futbolowej mentalności, że nijak nie mogą sobie nasi piłkarze poradzić w lepszych klubach. Kiedy Lech Kaczyński mianował Obraniaka na Polaka, w nim upatrywano nadziei. Trochę smutno teraz patrzeć jak Ludovic miejsce w klubie traci, nie wiadomo dlaczego, w kadrze jakoś kiepsko, zresztą, cała kadra kiepsko więc to może nie jest najlepszy argument, ale jednak zatracił impet. Klątwa jakaś?
W czasach kiedy polskiemu piłkarzowi brakuje ambicji w meczach reprezentacji, zależy mu tylko na transferze do lepszego klubu, w którym wcale nie będzie grał dobrze. Parę lat temu mówiło się, że Polska bramkarzami stoi. Mieliśmy mieć numer jeden w najlepszych europejskich klubach. Jaki efekt? Mamy numer dwa, albo i trzy, goli nie strzela żaden polski snajper, nie mamy króla środka pola, żadnego szybkiego, czarującego dryblingiem skrzydłowego, ale za to Radek Majdan tańczy z gwiazdami. Nie ma to jak nadmiar czasu, nieprawdaż?




Komentarze
Pokaż komentarze (26)