Kiedy przyjeżdżam do rodzinnego domu, zawsze dopadam do półek z książkami. Na jednej z nich mam poustawiane pozycje dotyczące piłki nożnej. Niektóre starsze, niektóre nowsze, z tym że te najmłodsze mają ponad 20 lat. Miałem i nowsze, ale się rozeszły i nie podchodziłem do nich z sentymentem. Te stare należały do ojca, który zaszczepił mi żyłkę futbolową, ale nie zdążył wytłumaczyć więcej ponad to, że nie kopie się z czuba i co to jest spalony. Reszty dowiedziałem się właśnie z tych książek. Jakieś almanachy, relacje z turniejów, sylwetki piłkarzy, różne. Kiedy otwieram którąkolwiek z nich, od razu czuję charakterystyczny zapach. Starej zakurzonej książki, z leciutko pożółkłym papierem. Z tym zapachem kojarzy mi się piłka nożna, szczególnie polska. Zapach pierwszego zachłyśnięcia się futbolem. Wszystkie mecze znam z tych relacji. Kiedyś wiedziałem wszystko, składy, kto w której minucie, kiedy, jak. Miałem wszystkie bramki przed oczami, zdjęcia, relacje. Teraz to wszystko można znaleźć w internecie, ale nigdy nie wiadomo co jest prawdą, a już do wikipedii jakoś w ogóle nie jestem przekonany.
Pamiętam mecze w mojej wsi. Byłem małym dzieciakiem, a ojciec brał mnie na mecz. Grywali wtedy z jakąś lokalną zaprzyjaźnioną drużyną, zazwyczaj o beczkę piwa. Nie był to mecz ligowy, tylko jakiś przyjacielski, oldbojów zapewne. Przebierali się w stroje, siatki na bramkach, na trybunach mały tłum. Słowem, wydarzenie. Dzieciaki (ja wśród nich) mogły wtedy przed meczem wskoczyć na murawę i pokopać trochę na wielkie bramki z siatkami. Czasem nawet przychodził bramkarz, w klubowym stroju, w rękawicach i udawał, że broni nasze strzały. Sielankową atmosferę zawszą zamącali panowie, którzy się przy zawodnikach i trenerze pojawiali. Nie przebrani, bez krótkich spodenek, w źle dobranych marynarkach. Śmierdziało od nich, mieli duże czerwone nosy i śmiali się rechocząco. Żartowali sobie z trenerem, zawodnikami, a myśmy wtedy odchodzili. Takie lokalne cwaniaczki, jakiś wysoko postawiony pan, jeden z drugim, oczywiście na meczu znali wszystkich, a takiej okazji nie przepuścili. Wchodzili do szatni, a w trakcie meczu stawali zawsze blisko ławki rezerwowych. Zajmowali te miejsca, o których marzył każdy dzieciak.
Klubu przy którym odbywały się te mecze już nie ma. Żadne mecze przyjaźni, ani wiejskie turnieje już od dawna się nie odbywają. Owszem, festyny bywają, kultura jest, nawet budki z piwem są, ale na stadion już nikt nie idzie, Tam się nic nie dzieje. Przed meczem z Rumunią oglądałem sobie różne programy sportowe i w każdym jakaś tam wzmianka o tym gdzie kadra trenuje, co tam u Smudy i różne takie przedmeczowe pierdoły. Na jednym z filmików zauważyłem taką oto scenkę: stoi Smuda (w dresie, także pewnie w trakcie treningu) przy bandzie za linią boczną boiska, a za bandą stoi trzech gości w eleganckich płaszczach i wszyscy sobie rozmawiają i śmieją się szeroko. Sielanka. Wśród tej trójki Grzegorz Lato (śmiejący się najszerzej) i jakiś tam jeszcze Kręcina, Żłopina, Słonina czy inna Mortadela. Nie rozpoznałem bo te ich twarze takie podobne. Być może był tam też ktoś, kogo nazwisko w mediach kończy się na kropce poprzedzonej pierwszą jego literą. Przypomniała mi się sytuacja z lokalnymi cwaniaczkami. Wtedy po prostu odchodziłem, a teraz poczułem niesmak. Niesmak taki, jak wtedy gdy dostajemy polaną wódkę, w zbyt dużym kieliszku, ktoś wznosi toast, wypijamy i jak już alkohol jest w gardle, zdajemy sobie sprawę, że wódka jest ciepła i to bardzo. Niesmak taki, że nawet śledzik w occie z cebulką nie pomoże. Tak, kolejka nam nie poszła. Właśnie tak się poczułem gdy zobaczyłem Latę z kolegami gaworzących ze Smudą. Smuda podśmiewywał się z nimi, ale nie wiem czy robił to szczerze, czy też było to wymuszone. Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Uśmiech Laty jest teraz jakiś złowrogi, szyderczy, jakby śmiał nam się w twarz z poziomu polskiej piłki. Ja pamiętam ze zdjęć jego uśmiech po golach, szczery, szeroki, pamiętam Latę takiego jakiego prezentuje go jedna z książek, którą ostatnio wykopałem:
O czym myślał lecąc samolotem do Warny? Czy się bał? Zdawał sobie bez wątpienia sprawę, że to jego ostatnia szansa. Cóż z tego, że był złotym medalistą olimpijskim, skoro w narodowym teamie, na boiskach RFN, grał zaledwie 45 minut. Zdobywał bramki. Mógł poszczycić się tytułem króla ligowych strzelców, ale w dalszym ciągu większość kibiców miał przeciw sobie. Dziennikarski epitet „szybkobiegacz” ciążył jak zmora. Musiały nachodzić go, w czasie tej podróży, niewesołe myśli: Jeśli teraz się nie sprawdzi, co wtedy? Rola strażaka, na którego nagle spada największa odpowiedzialność za ugaszenie pożaru, nigdy nie jest wdzięczna. (…)
Jeszcze wędruje po świecie, najpierw był Meksyk, potem Kanada (…) - ale nie kryje się z tym wcale, że wróci do rodzinnego Mielca. Zajmie się szkoleniem. Najpierw młodzieży, a potem kto wie! Szkoda by taki kapitał piłkarskiej wiedzy i doświadczenia nie został wykorzystany.
Pierwszy akapit dotyczy podróży samolotem Grzegorza Laty do Warny na mecz z Bułgarią, w którym strzelił dwie bramki i zadomowił się w kadrze. To był 1973 rok. Teraz, stojąc za bandą za linią boczną boiska razem ze swoimi towarzyszami, stał się demonem polskiej piłki. Wiem, że tych demonów nie da się zniszczyć. Polski futbol pod egidą PZPN istnieje od 1919 roku. Niejedno już polska piłka przeżyła, niejedno przeżyje. Drażni mnie tylko, że te demony cały czas wyłażą na wierzch. Wszędzie te uśmiechy Laty, te komentarze innych cwaniaków związkowych, koniecznie muszą przypomnieć, że polski futbol równa się Polski Związek Piłki Nożnej. Ich się nie da zniszczyć, ale chciałbym żeby nie wyskakiwali mi zewsząd. Nie chcę oglądać ich uśmiechów, ich gestów, chce żeby polski futbol to był futbol, a nie związek. Żeby miał zapach taki jak kiedyś. Niech się pochowają demony. Tego właśnie chciałbym. Żeby wódka była zimna.




Komentarze
Pokaż komentarze (17)