Byłem ostatnio w supermarkecie. W takim super-hiper-giga-fantastic i jakim tam jeszcze. Z piękną kopułą, a w środku można kupić wszystko. Morze sklepów, wszystkio drogie jak cholera, ale wiadomo, święta. Nieważne. Stałem sobie przy stoisku z czekoladkami. Pani wrzucała mi do woreczka foliowego jakieś kuleczki z cynamonem, adwokatem i innymi pierdołami - oczywiście, ręcznie robione, najsmaczniejsze, najlepsze na świecie, jak wszystko w supermarkecie - a obok mnie przeszedł anioł. To znaczy, dziewczyna przebrana za anioła z koszykiem. W koszyku coś na kształt tabliczek czekolady, ale to nie były tabliczki czekolady. Czy ten anioł sprzedaje opłatek? - spytałem Pani ze stoiska z czekoladkami właściwymi. Tak usłyszałem odpowiedź. Odbyłem z Panią krótką pogawędke na temat takiej formy sprzedaży opłatka i pomyślałem sobie, że ktoś, kto wpadł na taki sposób zagospodarowania tej "niszy na rynku" musiał myśleć w ten sposób:
W wielkim mieście, gdzie nie ma czasu na nic poza pracą, ewentualnie na lancz, brancz czy inną kupę, ludzie, szczególnie młodzi spędzają czas głównie w pracy. Jak wracają do domu, gdzie wszystkie mebelki z Ikei, to na tych mebelkach oczywiście ani śladu kurzu, obiadek, a właściwie kolacja gotuje się z produktów najwyższej klasy, jak od Pascala czy innego Makłowicza. Ksiądz nawet jak przyjdzie z kolędą, to mieszkanie puste zastanie, więc opłatka nie zostawi. A do paradii iść? To takie staroświeckie. Na zakupy prezentowe się pójdzie do super-hiper-giga, a że opłatek akurat przechodzi obok, to się kupi.
Czyż nie? Cóż począć. Z góry się przyznam, żeby nie było, że tego opłatka nie kupiłem. Święta idą, świat oszalał jak co roku. Ciekaw tylko jestem jaki jest popyt na ten produkt?



Komentarze
Pokaż komentarze (16)