Punktem wyjścia dla Muslimgauzowskich dekonstrukcji i preparacji jest "muzyka arabska", wzbogacona jednakże o najnowsze zdobycze muzyki "elektronicznej", "tanecznej" oraz tzw. "minimal music". W wielu swoich najciekawszych utworach Muslimgauze stosuje pewien dość charakterystyczny zabieg. Otóż, tworzy on dwie naraz, równoległe i symultaniczne względem siebie ścieżki dźwiękowe. Pierwszą z nich kreują melodie, rytmy i dźwięki wydobywane z tradycyjnych instrumentów bliskowschodnich, wzbogacone niekiedy o pozamuzyczne tło dźwiękowe "świata arabskiego": odgłosy ulicy, śpiew muezzina, komunikaty radiowe i telewizyjne etc. Druga ścieżka, nałożona na pierwszą, powstaje ze spreparowanych elektronicznie szumów, zgrzytów i sprzężeń, które uzupełniają, powtarzają i naśladują, czy wręcz imitują brzmienie, melodykę i rytmikę muzyki arabskiej. Muslimgauzowskie automaty udają prawdziwe instrumenty muzyczne, udają zresztą w sposób nieudolny. Nieudolność ta jest jednak jak najbardziej zamierzona i celowa, oto bowiem ta "zapętlona", "hipnotyczna" i "transowa" muzyka zniewalająca słuchacza urokiem egzotyki, wysyła zarazem niedwuznaczny sygnał: uwaga, wszystko to mistyfikacja, te urokliwe ścieżki dźwiękowe zostały spreparowane z premedytacją przez automaty "improwizujące swobodnie" na bazie muzyki arabskiej. Efekt jest niezwykle zastanawiający. Powstaje coś na kształt "muzyki ludowej automatów". →
Pierwszy raz z tą muzyką ludową automatów zetknąłem się jakieś dziesięć lat temu. To nie było łatwe. Pierwszy utwór jaki usłyszałem trwał około ośmiu minut. Nie znałem jego tytułu, a na pierwszy „rzut ucha” składał się z samych zgrzytów. Potrzeba posłuchania czegoś kompletnie nowego przemogła jednak niechęć do tego projektu.
MUSLIMGAUZE, bo o tym mowa, to Brytyjczyk Bryn Jones, zmarły w 1999 roku. Wtedy mniej więcej po raz pierwszy usłyszałem o jego projekcie. Jako Muslimgauze zaczął tworzyć w 1982 roku i wydał ponad 90 albumów (!), wszystkie dla małych wytwórni i w niskim nakładzie. Jego muzyka sama w sobie może wydawać się bez sensu. Ale tylko pozornie. Jako Muslimgauze zaczął tworzyć po izraelskiej agresji na Liban. Czyli polityka, można podsumować. Na pierwszy rzut oka tak, ale to znowu tylko pozór. Jego muzyka składa się z dziwacznych zgrzytów, bitów i dudniących basów, a w tle słyszymy sample melodii charakterystycznych dla Bliskiego Wschodu. Nie sposób tego opisać głębiej, a na pewno nie sposób tego opisać lepiej niż robi to Rafał Księżyk, kiedyś mój ulubiony dziennikarz i recenzent prasy muzycznej, teraz wice naczelny Playboya. Cóż, to od niego dowiedziałem się kim jest Bryn Jones, ja spoważniałem, on spoważniał (a może nie), ale muzyka Muslimgauze wciąż jest żywa. Odsyłam do zalinkowanego artykułu, bo lepiej wyjaśnia fenomen tej muzyki, niż moje wypocinki.
Piszę o tym bo wciąż trwa na moim kompie inwentaryzacja wszystkich empetrójek, mam nawet jeden album na cd, co może wydawać się dziwne, zważywszy na rodzaj tej muzyki. Jak nic nadaje się do czasów internetu. Przypomniało mi się wszakże jeszcze jedno. Wszyscy pamiętamy Waldemara Milewicza. Miał kiedyś własny, autorski program w TVDziwny jest ten świat, w którym podróżował po świecie, głównie po zakątkach „zapalnych” i opowiadał o tym w bardzo ciekawy sposób. Oglądałem jego program o Afganistanie. Muzykę Muslimgauze, której użył w tle swojej afgańskiej opowieści rozpoznałem w mig. Wtedy właśnie zobaczyłem, że ta muzyka jest niezwykle sugestywna razem z obrazem. Dotarło do mnie też, że ja Bliskiego Wschodu nie jestem w stanie zrozumieć siedząc sobie w fotelu, z herbatką przed telewizorem. To jest całkiem inny świat, całkiem inni ludzie. I właśnie o tym jest ta muzyka. Dla niektórych może to być nudny minimalizm, ale po „wejściu” w nią, jest naprawdę wciągająca i sporo mówiąca o tamtej części świata.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)