Są takie albumy, które są jakby pokryte skorupą. Jakąś powłoką ochronną, która sprawia, że żeby się do niej dostać, trzeba tą powłokę zdrapać. A potem można już nurzać się w przyjemności dźwięków. Takie płyty pozostają w indywidualnym rankingu wysoko i na długo. Dla mnie to choćby The Good The Bad & The Queen o tym samym tytule, czy choćby Grizzly Bear Veckatimest, z tak ostatnio modnego nurtu zwanego neofolkiem.
Wpadła mi w ręce płyta These New Puritans Hidden. Jakoś nie bardzo miałem do niej zaufanie bo to jakaś kolejna młoda kapelka z Anglii. No i puściłem sobie w swojej empetrójce i nic. Kompletnie, gdzieś przeleciała bokiem. Później czytam jedną recenzję i ktoś się zachwyca, czytam drugą i znów. Poczytałem parę i uznałem, że chyba za mało czasu poświęciłem tej płycie. Naczytałem się, że mieszają chłopaki muzykę poważną, jazz i wszystko to wrzucają do rocka. Trochę to na wyrost, ale coś w tym jest. Jack Burnett skomponował po prostu mnóstwo muzyki na jakieś fagoty i oboje i gdzieś to wszystko musiał umieścić. Umieścił na płycie Hidden i stąd te porównania. Nie do końca się z nimi zgadzam. Pierwszy utwór trochę narzuca takie myślenie, bo właśnie jest jakby muzyką poważną w pigułce. Zaczyna się fagotem i tak sobie snuje leniwe melodie. Ja mam od razu skojarzenia ze Świętem Wiosny Strawińskiego, które przecież też zaczynało się fagotem. Ale tutaj raczej skończyłbym porównania.
Gitar na płycie niewiele. Sporo za to właśnie fagotu, jakichś dziwnych dźwięków, typu ostrzenie noża i tym podobne. I teraz już wiem czemu płyta nie zrobiła na mnie wrażenia przy pierwszym przesłuchaniu. Słuchawki w mojej empetrójce to istne wypierdki. Małe, wkłada się je do uszu i coś tam brzęczą. Ot czasu wypełniacz. Do tej płyty, natomiast, potrzeba spokoju, dobrych słuchawek albo głośników i można szaleć, uwierzcie mi.
Płyta bardzo rytmiczna, perkusyjna, transowa, z jakąś niesamowitą głębią, a jednocześnie zimna, ale to zimno jest niesłychanie intrygujące i orzeźwiające. To tak jakby na kacu przykładać do głowy lód. Najwięcej tu rytmu, pojawiają się dziecięce chóry, słowem dość świeży album.
Ciężko się pisze o muzyce, szczególnie tej, która się podoba, bo to się czuje. No i ta gęsia skórka. Łatwiej pisać o albumach kiepskich, bo zarzuty łatwiej się formułuje niż komplementy, dlatego nie bardzo wiem jak opisać nastrój tego albumu. Dodam tylko, że raz na jakiś czas pojawia się płyta, która wymyka się porównaniom, klasyfikacjom, opisom i to jest właśnie taka płyta.
O tekstach nie napiszę, bo mi się nie chce. Uwielbiam za to brytolski akcent i tu go słychać. Uwielbiam słuchać jak mówią o swojej muzyce kolesie z zespołów z Wysp Brytyjskich. Z północy, z południa, wszyscy się różnią. Jak oglądałem amerykański dokument Punk’s Not Dead, to tam wypowiadał się Wattie Buchan, wokalista szkockiej kapeli The Exploited i autorzy dokumentu musieli dać napisy do tego co mówi, bo przeciętny Amerykanin nie jest w stanie przecież zrozumieć co mówi taki Szkot. Ba! Zrozumieć! On nie jest w stanie uwierzyć, że Szkot posługuje się tym samym językiem!
Wracając do tematu, to These New Puritans nie mają nic wspólnego z punkiem i dobrze. Mają za to na koncie dwie płyty i druga Hidden jest świetna. Polecam. Pierwszej nie słyszałem, więc nie polecam.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)