O bluesie miało być. Miało? Miało. No to kiss my jazz, bo to chyba do bluesa nijak nie pasuje. Ale niech tam, mówiłem, że się będę rozpychał, a jak coś nie gra, to zawsze naczelny może tekst wywalić. Co to jest blues każdy wie, a jak nie wie, to niech sobie do wiki zajrzy, toż wiki teraz najmądrzejsza i najmodniejsza. Cóż, jak już sprawdził jeden z drugim, to teraz do tekstu można powrócić i do lektury zachęcam, bo definicja z wikipedii raczej nijak ma się do kapeli, którą tutaj wymienić zamierzam.
Któregoś słonecznego dnia szwagier mój dzwoni do mnie i mówi, że muszę czegoś posłuchać. Skoro muszę, a on aż dzwoni, to niechybnie chodzi o coś czego posłuchać muszę. No i mówi dalej, że to kapela z lat 60 – tych, a to dla mnie jak znalazł. I mówi: THE MONKS. The Monkees? - pytam. Nie, The Monks. No dobra, niech będzie, słucham.
I zaczyna się, pierwszy utwór Monk Time. Szok w trampkach, sznurówki się same poplątały, to tak grali w latach 60 – tych? Niemożliwe. Im dalej w płytę, tym bardziej odjechane. Sprawdzam, płyta Black Monk Time, rok 1966. Kto zacz? Bo ja nie mogę jak nie wiem. Zdycham z braku wiedzy kto gra, dlaczego i po co. Dowiedziałem się, że to żołnierze amerykańscy stacjonujący w Niemczech. He he, płyta nagrana w Kolonii. Najpierw zaczynali od standardów typu Chuck Berry i tak dalej, a potem znudziła ich rytmika bam bam bam.
Jest sens dalej pisać co o nich wyczytałem? Nie ma. Chcecie to sobie sami wyczytajcie, ja mogę jedynie powiedzieć, że album robi kolosalne wrażenie na mnie non stop. To się nie mieści kompletnie w estetyce lat 60 – tych i aż dziw bierze, że kapela jest tak nieznana. No może znana, bo jeszcze mnie kto opieprzy, że zna i w ogóle, ale mi chodzi o szeroko pojęte rozpoznanie mainstreamowe. O ile szara persona mająca w dupie dźwięki muzyczne bardziej ambitne, tudzież mająca w dupie rockową spuściznę, Beatlesów kojarzy z Love Me Do i I Wanna Hold Your Hand, nie mając zielonego pojęcia co to za album ten Sierżant Pieprz, tak The Monks istnieją gdzieś w ogóle poza jakimkolwiek systemem. Dla maniaków, którzy podniecają się tym kto i kiedy pierwszy zagrał jakiś punkowy albo inny dźwięk. A punka w The Monks jest od cholery, uwierzcie mi! To tak jakby Beatlesom z początku lat 60 – tych wsadzić w dupę dynamit i podpalić lont.
Ciekawostka jest taka, że Monksi zamiast gitary rytmicznej stosowali elektryczne banjo. Koleś wsadził gdzieś pod struny dwa mikrofony i rypał jak na zwykłej elektrycznej. Ogólnie kapela jest ostra i wciska w fotel, tylko najlepiej włączyć to uprzednio podkręcając decybele, bo wtedy naprawdę może się pojawić gęsia skórka, a to teraz rzadkość. Kto słyszał ten wie o czym pisze, kto nie słyszał, ten trąba. I tyle. No chyba, że posłucha. Aha, i jeszcze jedno, ten bas! kurde kobain, ten bas!!



Komentarze
Pokaż komentarze (6)