Taki upał generuje u mnie chęć słuchania muzy. Najlepiej żeby to było coś nietypowego. No i mam. Był sobie kiedyś taki pan co się nazywał Harry Everett Smith,
no i ten pan wydał kiedyś, a dokładnie w 1952r. pewną składankę. 3 podwójne albumy, razem sześć płyt. Co na tych płytach? Ha! Materiały zebrane z okresu między 1927 a 1932 rokiem. Amerykańskie pieśni folkowe, bluesowe, słowem historia amerykańskiej muzyki z okresu, kiedy już tą muzykę zaczęto rejestrować. Mamy tu wszystko czego chcemy. Nawet chyba nie muszę dodawać jaki to miało wpływ na amerykańską muzykę w latach 50 i 60 – tych. Koleś po prostu zebrał wszystko co się dało i wydał w formie składanki, antologii. W 1991r. bodajże, składanka została wznowiona i teraz można się już z nią zapoznać. Zapewniam, że warto. Każdy kto lubi Boba Dylana choćby, to wręcz musi. A jak ktoś Dylana nie lubi, to też musi, bo warto wreszcie odczarować pewne mity. Otóż, jak wszem i wobec wiadomo, dla pozornego słuchacza Beatlesi śpiewali o miłości, tupali nóżką w rytm Love Me Do i I Wanna Hold Your Hand, a rdzenną muzyką amerykańską, amerykańskim folkiem jest country. Gówno prawda. Beatlesi ćpali i palili trawkę na potęgę, co potem było słychać, a country jest odpowiednikiem polskiego disco polo. Już bardziej można o spuściznę posądzać bluegrass, ale pal sześć. Prawdziwy amerykański folk znajdziecie na płytach Anthology Of American Folk Music. Polecam gorąco.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)