Upał był ostatnio niemiłosierny. Duchota, pot z czoła i nie tylko, słońce grzeje, człowiek czuje się na ulicy niczym karp na rozgrzanej patelni. Temperatura ekstremalna, jak na nasze warunki. Osobiście nie mam nic przeciwko temu. Temperatury skrajne powodują, że czuję się dobrze, szczególnie psychicznie. Nie mam dołów z tego powodu, bo to przecież bez znaczenia, wpływu człek nie ma. A jak sobie trochę toksyn wypoci, to tylko z korzyścią dla organizmu. W takie ekstremalne temperatury mam tak, że cholernie chce mi się słuchać muzy. Szukam jak najęty nowych rzeczy, odkopuję jakieś starocie w swojej płytotece i ogólnie non stop mam słuchawki na uszach, o ile to oczywiście tylko możliwe. Kiedy w te chamskie i narowiste mrozy (czułem się wtedy jeszcze lepiej) katowałem się Kraftwerkiem, tak teraz ochota mnie wzięła na dźwięki z inszej beczki.
I tak kiedy pot kapie z czoła, z brzucha, z policzków, człowiek tonie w pocie, szuka choć najmniejszej bryzy, ja wygrzebałem dla siebie z niebytu Desert Sessions Josha Homme'a. Kto lubi Queens of the Stone Age, ten personę znać powinien. Postać numer jeden w amerykańskim niezależnym, a może i zależnym, rocku, filar stoner rocka, można powiedzieć, że może i jego twórca, z nieodżałowanym Kyussem, po którego rozpadzie wciąż boleję. Typ, który stworzył takie brzmienie gitary, które określa się pustynnym. Czemu? Ano dlatego, że jeszcze z czasów Kyussa jechali na pustynie z własnymi agregatorami prądotwórczymi i dawali koncerty, na pustyni. Po rozpadzie macierzystej kapeli, Josh założył projekt o nazwie Desert Sessions, który polegał na tym, że do swojego studia na pustyni Mojave zapraszał przeróżnych muzyków i na zasadzie luźnej improwizacji powstawały całe płyty. Pierwsze takie wydawnictwo powstało w 1997r., a w jego nagraniu brał udział m.in. znany z Kyussa Brant Bjork. Homme prowadził swój projekt równolegle ze swoimi Queens of the Stone Age, co owocowało tym, że niektóre kompozycje z Desert Sessions trafiały później na albumy QOTSA. Osobiście wolę projekt Pustynnych Sesji, po głębszym przesłuchaniu bardziej odpowiada mi jego duszna, pustynna atmosfera. Jest bardziej spontanicznie i dzięki temu ciekawiej, ale nie musicie się zgadzać. Następne wydawnictwa powstawały w latach 1998, 1999, 2001 i ostatnie w 2003. Na drugim i trzecim udział brał także Nick Oliveri, na czwartym był Mark Lanegan, a na piątym, no właśnie, na piątym, ach!
Na ostatnich do tej pory Pustynnych Sesjach udział brali między innymi Troy van Leeuwen z Perfect Circle, Jordie White znany także pod pseudonimem Twiggy Ramirez oraz PJ Harvey. I to właśnie ona odcisnęła na tych sesjach największe piętno. Jej niesamowity głos dodaje uroku każdej kompozycji. Fantastycznie zgrywa się z gitarą i głosem Homme'a, idealnie odnajduje się w aranżach twórcy projektu, słowem, jest ozdobą tej edycji.
Trudno powiedzieć kiedy ukażą się następne albumy z tego projektu, ale jak na razie Homme zrobił sobie wolne. Szkoda, ale cóż począć, koleś jest zapracowany. Ostatnio choćby zajmował się produkcją Arctic Monkeys i to słychać na ich ostatniej płycie. Ja czekam z niecierpliwością na ponowne zebranie się znajomych Homme'a u niego na pustyni, a tymczasem katuje się tym co powstało do tej pory, a powstało całkiem sporo. Tutaj próbka właśnie z Polly Jean. Miłego słuchania.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)