W pierwszych dwóch notkach pokrótce opisałem czym industrial jest teraz i czym był w latach 90-tych i częściowo 80-tych. A właściwie czym się stał, bo wciąż się upierał będę, że to już nie industrial. Żeby tak spokojnie się przy tym upierać, pora wreszcie wyjaśnić, czym właściwie ten industrial jest. Historia tego nurtu sięga lat 70-tych. Tam znajdziemy chronologiczny początek, ale strefa wpływu sięga bardzo daleko wstecz.
![]()
Ale zacznijmy od początku, czyli od końca. W 1976r. w Londynie grupa Coum Transmission wsytawiała performance "Prostitution". Performance został szybko zdjęty, ze względu na oburzenie publiczności i wyjątkowo obsceniczne i gorszące sceny. Mało tego, że został zdjęty, to grupa Coum Transmission dostała zakaz wystawiania swoich sztuk gdziekolwiek w Wielkiej Brytanii. Sztuki nie widziałem, ale musiała być ostra. Co tam penis na krzyżu. Grupa Coum Transmissions została założona w 1969r. przez Genesisa P. Orridge'a oraz Cosey Fanni Tutti. W 1975r. Genesis założył zespół Throbbing Gristle, który miał być połączeniem performanc'ów z muzyką. Słowem, wymyślili sobie sposób, żeby realizować się przez działania muzyczne, lub jak kto woli, pod otoczką zespołu muzycznego. Kiedy w 1976r. Coum Transmission dostali zakaz występów, przerzucili swoją aktywność na Throbbing Gristle. A że przy tym pograli sobie trochę i pociągnęli w stronę muzyki, to już dla muzyki jako takiej, no i może jeszcze popkultury plus. No więc Throbbing Gristle, co w wolnym tłumaczeniu znaczy "pulsująca (dygocząca) chrzątska", a w jeszcze wolniejszym, a dokładniej w slangu Yorkshire, znaczy to po prostu wzwód. Fajnie nie? Mi się podoba, szczególnie gdy jak się po brytolsku próbuje to "throbbing" wypowiedzieć, to dygocze chrząstka. Ta w krtani. Założyli sobie chłopaki zespół, a że Coum Transmissions już nie działało, to oprócz koncertów musieli gdzieś tą swoją muzę wydawać, założyli więc Industrial Records. I oto, Panie i Panowie, mamy industrial A dokładnie, jak niejaki Monte Cazazza, też niezły zjeb jeśli chodzi o performance i granie obscenicznością i takie tam, powiedział słowa na temat Industrial Records: "Industrialna muzyka dla industrialnych ludzi". No i mamy industrial. Ilość kapel w Industrial Records raczej nie przytłaczała. Można policzyć na palcach: Throbbing Gristle, SPK (Surgical Penis Klinik), Monte Cazazza, Leather Nun, Clock DVA, Cabaret Voltaire. Niezbyt wiele, ale wystarczy. Cóż to była za muzyka zatem? Głównie opierała się na chęci własnie performance'ów, główną rolę grała ideologia. Koncerty przeradzały się w niezłe jatki.

Pierwsza płyta Throbbing Gristle, a zarazem pierwszy industrialny album Second Annual Report to samej muzyki jakby mało. To trzeba posłuchać samemu, bo trudno to jakkolwiek opisać. Dość dziwaczne dźwięki, pełno zgrzytów, rytmu w tym mało, ale uwaga, uwaga, jest nawet jedna piosenka! Nazywa się United i brzmi trochę jak niemiecka elektronika przełomu lat 60-tych i 70-tych. To doprawdy szokujące, jeśli wsłuchać się w tą płytę. Chrzęst, chrobot, do tego słowa, niczym jakieś manifestacje, Orridge'a. Nic, ale to kompletnie nic nie ma to wspólnego z NIN czy Ministry, a także z nurtem EBM. To typowo artystyczna wypowiedź, którą trudno ująć w jakiekolwiek ramy. Płyta wydana w 1977 roku stanowi prawdziwy muzyczny manifest stylu. W 1978 Throbbing wydaje kolejną, DOA The Third and Final Report, i niewiele się tu zmienia,. Jeśli przeanalizować jeszcze płytę 20 Jazz Funk Greats widzimy, że styl muzyczny ciągnie ewidentnie w kierunku nurtu elektroniki rodem z krautrocka, ale znacznie, znacznie bardziej chaotycznie. W końcu to industrial. Potem jeszcze pojawiają się płyty Clock DVA oraz SPK. Muzykę trudno nazwać łatwą i przyjemną, koncerty to jatki, jak już wspominałem, gdzie głównym zamierzeniem jest taktyka szoku. Na płytach długie, rozlazłe to, jakieś przebitki z radia, jakaś gadanina w tle zgrzytów. Powodzenia w słuchaniu, ja na przykład uwielbiam. Genesis znudził się industrialem w 1981r. i Industrial Records przestało istnieć razem z Throbbing Gristle. Bynajmniej nie był to koniec. Są głosy, że industrial skończył się wraz z końcem Industrial Records, ale to chyba nie do końca tak, bo ta pierwsza fala wydobywała z siebie jescze fantastyczne albumy do 1985r. W 1982 powstaje fantastyczny album SPK - Leichenschrei, niemalże transowy w swojej industrialnej młócce i monotonności, rozpad Throbbing Gristle generuje powstanie kapeli Coil (Peter Christopherson z Throbbing własnie), które wydaje świetny Scatology, choć dopiero w 1984. To jest okres, w którym industrial zaczyna osiągać bardziej przystępną formę, nie tracąc swojego pazura. Jest mi bardzo trudno pisać o tej muzyce, szczególnie gdy mam słuchawki na uszach i tego właśnie słucham. To jest mroczna, niesamowicie kreatywna historia muzyki. Płytę Red Mecca wydaje Cabaret Voltaire, zespół z Sheffield, który rozpoczynając karierę jeździł furgonetką po mieście, a na pace siedzieli członkowie zespołu i grali uliczne koncerty, będąc ciągle w ruchu. Koncerty oczywiście improwizowane. Red Mecca to świetny album, wyznaczający już powoli kierunek muzyki klubowej, takie tam można było usłyszeć rytmy. Zresztą, później w latach osiemdziesiątych Cabaret zaczął nagrywać dance'owe płyty, jakiś house prawie, tego typu rzeczy. Podpisanie kontraktu z mainstreamowym EMI też nie w kij dmuchał.

Wymieńmy jeszcze pierwsze płyty Current 93 Davida Tibeta, szczególnie pierwsze dwie, choć to juz 1984 rok. Nature Unveiled i Dog's Blood Rising. Niemalże soundtracki do jakichś narodzin antychrysta wprost w zachrystii. Dacie wiarę? To zależy w co pewnie. Wg mnie płyty obie wyborne, pierwsza wyborna dopiero jak się przebrnie przez dwa pierwsze utwory, co nie jest takie łatwe, zważywszy że trwają łącznie ponad 30 minut. Jakieś chóralne, kościelne zaśpiewy, do tego dziwne pojękiwania i powarkiwania w tle. Myślicie pewnie, że industrial to krew, pot i łzy. Otóż, nie do końca, bo o ile krew bym zostawił, to zamiast potu i łez wymieniłbym raczej spermę, plwocinę, śluz i ropę. Taka była pierwsza fala industrialu. Horror, zgroza, obrzydzenie i totalne wariactwo. Muzyka w ogóle nie melodyjna, czasem rytmiczna, ale ogólnie chodziło o hałas, o wszechobecny noise. Miasto, masa, maszyna, chciałoby się rzec i mnóstwo w tym racji.
Chciałbym jeszcze wspomnieć o opus magnum, o podsumowaniu tego stylu. Rok 1985 i płyta Halber Mensch Einsturzende Neubauten. Płyta fantastyczna, hipnotyczna, w formie już doskonała, ze świetnym tytułowym kawałkiem a'capella. Przytłaczająca swoim ciężarem, a jednocześnie wciągająca jak heroina. Płyta zespołu, który w 1984 odbył koncert pod nazwą Koncet na głos i maszyny w Londynie. Koncert na deskach londyńskiego ICA czyli Instytutu Sztuki, w którym odbyła się konkretna, dwudzietoparominutowa demolka. Młoty pneumatyczne, spawarki, betoniarka do której wleano mleko. Młotami pneumatycznymi wiercono dziurki w podłodze, a na środku wszystkiego stało pianino... Zapewne przeznaczone do demolki. Dalej to już była konkretna rozpierducha, bo publika poczuła bakcyla i nie wiadomo kto był kim i gdzie. WIadomo tylko, że na scnie był też Genesis, a w końcu onsługa nie wytrzymała i odcięła prąd. Podobno tłumacząc się, że koncert miał trwać 21 minut i tyle trwał...
Jeśli weźmiemy pod uwagę inspiracje nurtu, to te sięgają daleko, początków 20 wieku, a nawet wcześniej, ale ja tych początków zeszłego stulecia się uczepię, bo ciekawe i fajne rzeczy tam występują. Oto nurt niejakich futurystów (znacie? znamy, znamy), a konkretnie malarz (sic!) Luigi Russolo publikuje w 1913r. manifest The Art of Noises, a w nim stwierdza, że życie w czasach wcześniejszych, czy antycznych, to życie w ciszy. Wraz z wynalazkiem maszyny zaczął się hałas, czyli popularny noise. Russolo podzielił dźwięki na 6 grup (te hałaśliwe dźwięki). Stworzył też różne instrumenty, które charakteryzowały się tym, że każdy wytwarzał tylko jeden dźwięk i zaprojektował jakieś tuby, które te dźwięki wzmacniały. I założył kapelę, he. Zespoł nazywał się Intonarumori, po angielsku to było Noise Intoners, a po naszemu można by przetłumaczyć jako Wyzwalacze, Wydobywacze Hałasu. Niestety instrumenty, ani tym bardziej nagrania nie przetrwały działań wojennych, ale za to są foty! Dodam jeszcze, że koncerty Intonarumori kończyły się zwykle regularną bijatyką. Taka mniej cywilzowana reakcja niż na premierze Święta Wiosny Strawińskiego, bo tam była rąbanka, ale jednak słowna, bez bijatyki.

Foti śliczne. Dalej to już był azchwyt elektroniką. Bo skoro jest zwykłe, klasyczne instrumentarium, to dlaczego miałoby nie być kompozycji na elektronikę. Lista takich kompozycji na elektroniczne instrumenty pewnie byłaby spora, gdyby naprawdę zebrać wszystko, ale ja się skupię na wymienieniu tylko kilku nazwisk, takich jak Pierre Schaffer i jego muzyka konkretna, Karlheinz Stockhausen i jego Gesang der Junglinge i rewelacyjny Poeme Electronique Edgara Varese'go, ulubionego kompozytora Zappy. Polecam przesłuchanie przynajmniej kompozycji Varese'go, bo jest wyśmienita, ale radzę słuchać z zamkniętymi oczami bo wtedy robi lepsze wrażenia.
Potem to już tylko poszukiwania niemieckich krautrockowców, całego nurtu niemieckiej elektroniki i jesteśmy w latach siedemdziesiątych, gdzie czeka na nas z niecierpliwością Genesis P-Orridge ze swoją trupą, która nawiązuje bezsprzecznie do właśnie futurystów, a muzycznie do całej reszty, głównie do muzyki konkretnej. Jak mówił sam Oridge, na pierwszej płycie Throbbing Gristle zespół chciał po prostu nagrać dźwięki otoczenia, hałas wszystkiego wokół, dodając do tego perwersyjną wypowiedź artystyczną, szczyptę ideologii. I tu właśnie tkwi istota industrialu, nurtu, którym sam Genesis się znudził już pod koniec lat siedemdziesiątych. It has a life of its own czyli żyje własnym życiem, powiedział Genesis o industrialu i miał 100% racji. On ten gatunek właściwie swtorzył, więc nie było potrzeby żeby w nim tkwił. Dlatego w 1981 roku Throbbing Gristle się rozwiązał, a Genesis założył Psychic TV i nagrał z nimi wręcz popową płytę, czyli w totalnej kontzre do macierzystego nurtu. Założył nie tylko sam zespół, ale o tym i o nim samym, czyli o facecie, który był babą, już w następnym rozdziale. Na razie wystarczy. Plus parę linków.
Throbbing Gristle Discipline z płyty 20 Jazz Funk Greats z koncertu w San Franscisco z 1981 roku. Link
SPK - Wars of Islam z płyty Leichenschrei. Link
Cabaret Voltaire Sly Doubt z płyty Red Mecca. Link



Komentarze
Pokaż komentarze (7)