dawrweszte dawrweszte
260
BLOG

Tool

dawrweszte dawrweszte Kultura Obserwuj notkę 6

 

Tool wyda wreszcie nowy album? Ostatnie ich dzieło studyjne, 10000 Days ujrzało światło dzienne w 2006 roku. Najwyższa pora, choć regularność wskazywałaby raczej na rok 2011, albo i dłużej, bo Tool raczej cykl wydłuża niż skraca. Undertow w 1993, Aenima 1996, Lateralus 2001 i 10000 Days 2006. Poszperałem trochę w sieci żeby dowiedzieć się co na ten temat piszczy w internecie.
 
W 2009 roku w sieci ukazała się wzmianka o króciutkim wywiadzie z Adamem Jones, w którym gitarzysta stwierdza: We are in the finishing aspects of the writing process for the new album.
 
Co jeszcze? Oto Danny Carey w pewnej wypowiedzi sugeruje, że zaczną pisać nowe piosenki. Też chyba 2009 rok, ale Danny zaczyna odI hope. We hope too, Danny. Dodając do tego fakt, że akurat żaden z nich nie ma innego zajęcia na boku, Maynard podobno pokończył trasy ze swoim Puscifer, to najwyższa pora. Tu i tam w sieci pojawiają się jakieś ploty na temat nowej płyty.
 
No właśnie, plotki. Tool wiecznie płodził wokół siebie dziwaczne informacje. Wytwarzał aurę tajemniczości, więc dlaczego mielibyśmy im wierzyć w takie gadanie? Z tego co pamiętam, na 10000 Days najpierw powstała muzyka, a potem Maynard, jak już uporał się z Perfect Circle, wpadł i dograł wokale.
 
Tool poznałem w 1993 roku z płytą Undertow. Właściwie dowiedziałem się o nich, ale wtedy jeszcze nie przesłuchałem. Dookoła panował grunge i wszystko co się nowego pojawiało było grungem. Tool też wrzucono do tego wora (a może sam sobie wrzuciłem i teraz nie pamiętam?). W każdym razie płyty Undertow posłuchałem może rok, albo dwa później i nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Potem był 1996 rok i premiera Aenima. Pożyczyłem tą płytę od pewnej fanki Pearl Jam (znamienne, że fanka Pearl Jam lubiła też Undertow Toola, coś więc musi być z tym grungem) i poszedłem do szwagra, który wtedy miał wypasiony sprzęt do słuchania. Włączyliśmy i przesiedzieliśmy przy tej kasecie chyba kilka godzin. Szok! Czegoś takiego jeszcze nie słyszałem. Od pierwszego Stinkfist do ostatniego Third Eye gęsia skórka. Wszystko do siebie pasowało i powodowało wypieki na twarzy. Genialna płyta. I jeszcze Die Eier Von Satan. Rewelacja po prostu, co tu dużo pisać. Potem jeszcze pięć lat później Lateralus, równie świetny, choć już nie to, a na koniec 10000 Days. I teraz mała konkluzja. Jak płyta Aenima rozwaliła mnie w puch, tak pozostałe tego efektu nie powtórzyły. Dotarłem tez do Opiate w miarę wcześnie, bo zaraz po Aenimie, no ale Opiatę jest zbyt surowy. Lateralus jest świetny, ale bardzo do Aenimy podobny. 10000 Days jest świetny, ale bardzo do Aenimy podobny.
 
Czy na pewno sa to podobne albumy? Może nie do końca, bo jednak się różnią, ale stylistycznie, brzmieniowo, kompozycyjnie są bardzo do siebie podobne. Ja mam z płytami Toola problem. Bo tak się zachwyciłemAenimąjak chyba żadnym innym albumem do tej pory, że kolejne po prostu nie potrafiły wzbić się w moich doznaniach wyżej. A za najbardziej adekwatny sposób oceny świetności albumu uważam to, jak brzmi kiedy się go włącza po latach. Ja włączając Lateralusa czy 10000 Days nie mam ochoty dotrwać do końca, przyznam, że się po prostu nużę. Z Aenimą musze uważać, bo jest długa, a jak już znajdzie sił w odtwarzaczu, to nie mogę jej przerwać. Taka jest różnica między tymi albumami.
 
Być może przyczyną tego stanu rzeczy są tylko i wyłącznie moje oczekiwania, bo jeśli ktoś na Toola załapał się na przykład Lateralusem, to myśli inaczej niż ja. Nie stwierdzam absolutu, ale wydaje mi się jednak, że Aenimą Tool wypracował sobie swój styl, formułę na muzykę, „wymyślił się” i stąd późniejsze wydawnictwa mnie trochę zawiodły. Bo o ile różnica między Undertow i Aenimą jest przeogromna, tak między Aenimą a Lateralusem już mała. Nie wspominają o ostatnim albumie, z którego zanucić potrafię sobie Jambi i ewentualnie Right In Two. Oczywiście nie spoglądają na listę kawałków, tylko na bieżąco, z głowy.
 
Tool preferuje swój techniczny (tak, tak), progresywny rock, tyle że ciężki i nacechowany zupełnie innym brzmieniem niż kapele potocznie rozumiane jako progresywne. Kompozycja się rozwija chwilkę, potem lekki śpiew Maynarda, jakiś refren, mocniejsza druga zwrotka, mostek (czy jak to się zwie), potem refren znowu, czad z przeszywającym krzykiem Keenana, a potem już czad totalny. Taki sznyt kompozycyjny Tool wymyślił sobie na Aenimie, a potem już tylko potwierdza. Schizm było fajne, ale bardzo podobne do choćby Eulogy czy Aenema. 10000 Days pod tym względem się niespecjalnie różni.
 
Zastanawiam się czy panowie ponownie zaserwują nam podobny styl, czy też wymyślą coś zupełnie z innej beczki. Ale w którą stronę mieliby pójść? Przecież Maynard w swoich pobocznych projektach wybiera dźwięki znacznie mniej skomplikowane, bo Perfect Circle jest dość delikatną wersją Toola, a jego Puscifer miało niby to „industrialną” otoczkę, ale były to raczej producenckie piosenki i to, bądźmy szczerzy, nie najwyższych lotów. Osobiście marzyłaby mi się sytuacja, że Tool idzie w stronę totalnych eksperymentów jak Third Eye, czy niesamowicie smakowity dla mnie LAMC z boxu Salival. Wiem, że to trochę może i niemelodyjne, ale miałbym cholernę uciechę, gdzyby panowie z Toola poszli całkowicie pod prąd. Może być rzeźnia, może być eksperyment, może być i dark ambient, wtedy będę radośnie krzyczał i tupał nóżkami. Znacie wspólny utwór The Melvins i Tool? Znalazł się na płycie Melvinsów Crybaby i jest niesłychanie frapujący. Nazywa się Divorced. Takiego Toola lubię, może nie z takim poszedłem do łóżka, ale taki własnie wzbudza we mnie zainteresowanie.
 
Mam jednak nieodparte wrażenie, że Tool podąży w wytyczonym przez siebie kierunku. Będzie pewnie album (ja stawiam na rok 2011), który stylistycznie nie odskoczy daleko, bo jednak wydaje mi się, że fani Toola są dość konserwatywni, a z fanami Tool będzie się liczył. To jest zespół, który spokojnie wypełnia stadiony na całym świecie, a ich podejście do koncertów każe raczej wskazywac na rutynę. Stwierdzam to po jednym koncercie, który widziałem, z trasy 10000 Days, a potem po obejrzeniu różnych materiałów z koncertów z tej samej trasy z innych miast. Niewiele się to różniło. Szoh opracowany w 100% i wątpliwe, aby chciało im się coś zmieniać, mając w perspektywie tak długą i wyczerpującą trasę. Nakręcą klip, na który będziemy czekac miesiącami po premierze, a w którym ludzik będzie miał schizowe przygody.
 
Czekam więc wciąż na nowy album, czekam nie tylko ja, ale ja czekając nie słucham starych albumów, bo już mi się nie chce, może włączę najwyżej Aenimę. Czas umilam sobie właśnie takimi rzeczami jak wspomniane LAMC czy Divorced z Melvinsami, bo takiego Toola bym sobie życzył. I może być problem. Bo ja sobie stawiam poprzeczkę swoich oczekiwań wysoko, a nie wiem czy Tool ją przeskoczy. Swoich fanów zapewne zadowoli, ja jestem sceptycznie nastawiony, więc możliwe, że jeśli mnie album zaskoczy, to tylko pozytywnie. Nie wiem, jestem pełen obaw. Zbyt dużo fajnej muzy dostarczył Tool, żeby teraz z tego nie wybrnąć. Płytę i tak kupię. O ile wyjdzie, he he.
 
Na osłodę Divorced z The Melvins. To nie jest oficjalny klip, tylko jakiś fanowski montaż, ale co tam.
 
dawrweszte
O mnie dawrweszte

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Kultura