Grinderman wydał nową płytę. Nazywa się Grinderman, ale pierwsza też się tak nazywała, więc druga dostała dopisek 2. Żeby było łatwo rozróżnić. Ja Cave'a uwielbiam, jestem swego rodzaju maniakiem jego twórczości, nie tylko jego zresztą, bo Blixę, długoletniego gitarzystę Bad Seeds i jego Einsturzende Neubauten darzę miłością nie mniejszą.
Wstyd się przyznać, ale Nick Cave w mojej świadomości pojawił się dopiero wtedy, kiedy wymierzył cios w głowę kamieniem Kylie Minoque, czyli zapewne jak i większości. Mniejsza, ważne, że właściwie ciosu tego nie wymierzył, a właściwie nie był tego widać, a szkoda, bo ja jako domorosły fan makabry w kinie i wideoklipie chętnie bym sobie obejrzał. A niech tam, Cave śpiewał wtedy o miłości, jeszcze mnie to nie ujęło, ale później ktoś przyniósł w moje okolice jakąś składankę na kasecie The Birthday Party i jeszcze mi wmawia, że to ten sam koleś! Tego było już za wiele.
Wziąłem się więc za dyskografię, a że wtedy tak łatwo się płyt nie zdobywało, trzeba było kupować jedna po drugiej. Pożyczać nie miałem od kogo, bo nikt nie miał. Szczerze mówiąc, jak się parę osób dowiedziało, że zamierzam kupować jedna po drugiej, to się w kolejce ustawiło. Teraz to nie do pomyślenia, co? Dorwałem gdzieś jakiś stary Tylko Rock (Bojadżijew, hehe), w którym była wkładka o Nicku Cave'ie, a tamże dyskografia. No i poszło.
Pierwszy szok, choc po Birthday Party już nie taki, From Her To Eternity. Duszno, ciasno i jeszcze ta przeróbka Avalanche Cohena. Szok w trampkach, powaliła mnie na ziemię ta płyta. Tytułowy niepokojący utwór, potem jeszcze Cabin Fever i Preslayowskie In The Ghetto. Dziwna płyta i trudno się było przez nią przegryźć. Potem The Firstborn Is Dead i tam już czuć było bluesa. Pierwsze na albumie Tupello, to dziwna opowieść o jakiejś dziurze, w której non stop padał deszcz, aż urodził się Król. W dużej mierze wokół takiej właśnie historii toczy się fabuła pierwszej powieści Cave'a I oślica ujrzała anioła, w której wszędzie dookoła czuć lawendę... Brud, syf i lawenda. Jego kolejna powieść, Śmierć Bunny'ego Munroe tym razem ocieka brylantyną. Nie jest to przyjemna literatura, targa trochę czytelnikiem, niczym książki Cormaca McCarthy'ego, ale warto po to sięgnąć.
Wróćmy do muzyki. Następna Kicking Against The Pricksz przeróbkami cudzych kawałków nie jest moją ulubioną płytą, ale już Your Funeral My Trial a potem Tender Prey to wysoka półka. Szczególnie The Mercy Seat z tej drugiej. Tam Mick Harvey okładał bas pałeczkami do perkusji i wytworzył taki klimat, że na płycie specjalnie zamieszczono wersję bez tego okładanego bas, chyba właśnie dla porównania co się może stać z utworem, kiedy wyobraźnia wybiega poza kwadratowe pojmowanie funkcjonalności przedmiotów, w tym przypadku instrumentów. Długo mógłbym się rozwodzić nad każdym albumem, ale jakoś nie czuję potrzeby. Cave jest u nas dość powszechnie znany, świadczą o tym choćby festiwale piosenki aktorskiej, w jednym z nich przecież śpiewano jego piosenki, Napiszę tylko, że nie lubię tak świetnie ocenionej przez krytyków The Good Son. I jeszcze ta okładka, gdzie dzieci siedzą dookoła fortepianu, a Nick (pewnie nie naćpany) pięknie dla nich gra. Słodkie. Biorąc pod uwagę jego życiorys i zamiłowanie do tego co nielegalne, ta okładka stanowi chyba jakiś żarcik.
Potem Henry's Dream, płyta niemalże akustyczna, z wiodąca akustyczną gitarą i fortepianem, jedna z moich ulubionych, a na niej utwór I Had a Dream Joe, potem fantastyczny album Let Love In. Tą płytę miałem najbardziej zdartą, aą w końcu ktoś ode mnie pożyczył i teraz muszę kupić nową. Między innymi dlatego nie pożyczam płyt. W dobie internetu mało kto o nie dba, a pożyczać chcą wszyscy. Nie wiem dlaczego. Murder Ballads to chyba wszyscy znają, a stary amerykański standard folkowy Henry Lee (który w (może) oryginale można usłyszeć na tej składance) wykonany wraz z PJ Harvey to klasa sama w sobie.
Potem The Boatman's Call. Dziwny album. Cave jakby zaczął niesamowicie melodyjnie smęcić. Ja wtedy lansowałem się na wielkiego romantyka, więc taka płyta była dla mnie w sam raz, ale przyznam po latach, że niezbyt często do niej wracam. No More Shall We Part i Nocturama wieją trochę nudą, nawet dla zagorzałego fana. Te płyty są po prostu smętne, szczególnie ta druga. To się znudziło chyba nie tylko mi, bo wtedy, tuż przed nagraniem fantastycznego dwupłytowego Abbatoir Blues/The Lyre of Orpheus, zespół opuszcza mój ulubiony gitarzysta Blixa Bargeld. Miał już chyba dość łaodnego pitolenia, a chłopaki jakby ożyli bez niego. Potem jeszcze fantastyczny Dig Lazarus, Dig!!! a rok wcześniej pierwsza płyta jako Grinderman.
Grinderman to prawie garażowe granie. Cave gra tutaj na gitarze i to słychać, bo on raczej na gitarze dotąd nie grywał, a w Grinderman gitara po prostu rzęzi. Dodając do tego rytmikę z kwristego bluesa, tworzy się coś na kształt totalnej, odjechanej, wariackiej bluesowej rzępoliny, która wciąga swoją szczerością i przede wszystkim jakością utworów. Tam można do wszystkiego tupać nóżką, a co dopiero głową, he he.
Dodając do tego jeszcze film na podstawie scenariusza Cave'a The Preposition, western, który toczy się w Australii, wśród Aborygenów, w Australii, w której nic tylko muchy i upał i jeszcze do tego muzyka Cave' i Warrena Ellisa. Obaj zrobili też muzykę do filmu Zabójstwo Jesse Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda, oraz do flimu Droga, do którego się przymierzam jak pies do jeża, bo najpierw przeczytałem książkę Cormaca McCarthy'ego właśnie i wciąż jestem strzępkiem emocji po tej lekturze, a w filmie to jeszcze muzyka Cave'a i Ellisa. Jasny gwint, nie ma nadziei.
A nowy Grinderman? A nie wiem, jeszcze nie słuchałem. Teraz sobie zapuszczę.



Komentarze
Pokaż komentarze (11)