Będzie to długi tekst o polskim rynku muzycznym, głównie o fonografii. Sporo tego, ale tematu nie potrafię ująć krócej, a w odcinkach nie ma sensu. Życzę dotarcia do końca.
W Polsce złotą płytę przyznaje się za 15 tys. Sprzedanych egzemplarzy albumu. Jeśli chodzi o wykonawcę polskiego i krąg muzyki tzw. popularnej. Wykonawca zagraniczny musi sprzedać 10tys, ale my zostańmy przy tych polskich. Płyta platynowa jest przyznawana za 30 tys. egzemplarzy, diamentowa za 150 tys. To już jest totalny kosmos. Co ciekawe takie limity obowiązują od 2006r., w którym to roku limity te zostały obniżone, złota płyta w latach 2003 – 2006 była przyznawana za 50 tys. egzemplarzy. Z kolei między latami 1993 – 2003 pułap złotej płyty wynosił 100 tys. W PRL złote płyty przyznawano za sprzedaż 160 tys. Co ciekawe w 2006r. Kiedy tak drastycznie obniżono limit, utajniono także dane o ilości sprzedanych egzemplarzy. Złote płyty przyznaje u nas ZPAV czyli Związek Producentów Audio i Video i to właśnie ZPAV ustala limity dla złotych płyt i tych innego koloru.
Bardzo ciekawa jest historia ZPAV. W 1991r. Związek Producentów Audio Video otrzymuje status Krajowej Grupy Międzynarodowej Federacji Przemysłu Fonograficznego IFPI. IFPI to jest organizacja, która zajmuje się prawami do nagrań fonograficznych na całym świecie, na całym świecie ma też swoje gałęzie, czy jak kto woli, odpowiedniki. Nie myślcie, że jest w tym coś złego, absolutnie nie, w końcu ktoś musi dbać o prawa autorskie, czyż nie? W tymże 1991r. ZPAV zostaje zarejestrowany jako stowarzyszenie. Sporo można się dowiedzieć na stronie ZPAV, a m. in. to, że wśród tzw. członków-założycieli są takie nazwiska: Jan Chojnacki, Katarzyna Kanclerz, Marek Kościkiewicz, Andrzej Puczyński i inni. Innych nazwisk nie przytaczam, bo te, które wymieniłem jestem w stanie powiązać najbardziej z teraźniejszością.
Po co to stowarzyszenie w ogóle powstaje? Otóż, wg szacunków IFPI na początku lat 90 – tych piractwo fonograficzne w Polsce osiąga ok. 90% rynku. Wszyscy pamiętają te czasy, no może nie wszyscy, ale na pewno sporo z was. W Polsce panuje wolna amerykanka w sprawie praw autorskich i każdy sobie wydaje co chce. Pół biedy jeśli wydaje sobie jakiś zapyziały kraj swoje własne piosenki, ale takie międzynarodowe organizacje szlag pewnie trafiał, że wydaje się bez płacenia choćby centa wielkie hity zachodnich gwiazd. Trzeba było coś z tym zrobić. A że przy okazji zarobić można na nagraniach polskich, to czemu nie?
Wiecie jak wygląda zarobek artysty amerykańskiego z lat 90 – tych (wcześniej pewnie też) nagrywającego płytę? Wiecie ile taki dajmy na to młody zespolik nagrywający sobie płytę dla jakiegoś majorsa z takiej jednej płyty zarabiał? Zespół lub solista miał w kontrakcie zapewniony procent od sprzedaży egzemplarza, który to procent wynosił od 8 do 30. Taki początkujący, albo jakiś mało znany zespół mógł powiedzmy liczyć na jakieś 10%. Ok, ale kasę zespół otrzymuje tylko od kopii sprzedanych, a z reguły jakieś 10% nakładu to darmowe kopie dla radia czy w celach promocyjnych. Z tego zespół ma nul. Oprócz tego wytwórnia zgarnia jeszcze jedną czwartą ceny egzemplarza na tzw. opakowanie (sic!) co w sumie chyba nie kosztuje tak wiele, no ale takie były kontrakty. Niech płyta kosztuje 15$. Odliczając od tego te 25% kosztów opakowania, zostaje 11,25$. Z tego zespół ma 10% czyli 1,125$. Jeśli więc nakład rozszedł się w milionie egzemplarzy, to kapela teoretycznie powinna zarobić 1. Dużo? 1 milion 125 tys $. Sporo, nie? Minus jeszcze te 10% darmowych egzemplarzy, to daje jakieś 1012500$. Dużo, ale jest jeszcze jeden drobny szczegół, a właściwie szczególik. Otóż, zespół bardzo często dostaje zaliczkę na nagranie płyty, z której to zaliczki ma opłacić wszystkie związane z nagraniem płyty koszta. Czyli wynajęcie studia, realizator, techniczni itd. To co zostanie jest wynagrodzeniem zespołu. A przypomnijmy jeszcze, że zespół zarabia wtedy, kiedy spłaci zaliczkę. Bo najpierw tantiemy idą na spłatę zaliczki. Jak się zaliczka spłaci, to zespół ma kasiorę z reszty nakładu, gorzej jeśli sprzedany nakład nie spłaci zaliczki. Bardzo często w tej sumie zaliczki są też opłaty za kręcenie klipów, za promocję, za organizację koncertów. Te wszystkie kruczki są oczywiście w umowie, ale jak wiadomo zasada RTFM (Read The Fucking Manual!) nierzadko bywa olewana przez szczególnie początkujących artystów. Podejrzewam, że w Polsce kontrakty wyglądają bądź wyglądały bardzo podobnie. A jeśli nie, to trzeba było je wprowadzić, bo przecież jak widać czarno na białym, wytwórnia daje kasę na nagranie płyty w formie zaliczki i jedyne co ryzykuje, to to, że ta kasa w jakiejś części przepadnie, jeśli płyta również przepadnie. Wytwórnia podejmuje ryzyko. I to wszystko, dalej już jest czysty zysk, bo przecież te marne kilka procent dla artysty to się rzuci bez problemu, a reszta? Skoro opakowanie kosztuje drożej niż sam artysta...
I tu teleportujemy się do początku lat 90 – tych w Polsce. Nie mnie oceniać czy osoby polskich menadżerów muzycznych, członków-założycieli, których wymieniłem wcześniej, same zwietrzyły interes i skontaktowały się z zachodnimi szefami IFPI, czy też międzynarodowe koncerny wyszukały ludzi w Polsce by się tym zajęły. Tego nie wiem i to jest mało istotne. Dużo istotniejsze jest, że w momencie kiedy ZPAV zostało zarejestrowane, zaczęły się akcje antypirackie, sami artyści się pod tym podpisywali, non stop o tym trąbiono, pamiętacie? Działały Zic Zac Kościkiewicza, Izabelin Studio Katarzyny Kanclerz, z którą współpracował Andrzej Puczyński, Pomaton założony w 1990r., Polton, który był firmą polonijną z kapitałem zagranicznym, jak to się zwało, a którego szefem artystycznym był Jan Chojnacki. Działały jeszcze pomniejsze Savitor i Artson (też firmy polonijne z kapitałem zagranicznym), ale przegrały na rynku. Zagranicznych koncernów jeszcze ni widu ni słychu. Zaczęło się lobby celem powstania ustawy o prawach autorskich i taka ustawa powstaje i zaczyna obowiązywać od maja 1994r. I od tego czasu notuje się znaczny wzrost sprzedanych płyt oryginalnych i sukcesywne marginalizowanie piractwa.
Czyli grunt jest. Wcześniej, w 1993r. Pomaton podpisuje umowę z EMI, a filią EMI zostaje w 1995r. Gdzieś koło 1995r. Polton zostaje kupiony przez Warner Music, Izabelin Studio zostaje kupione przez PolyGram, to jest mniej więcej rok 97, trudno znaleźć jakieś info, ale można to prześledzić na podstawie dyskografii niektórych tuzów rodzimego rocka. Otóż, Płyta Dziecko Edyty Bartosiewicz z 1997 roku wydana została przez Izabelin Studio/PolyGram, a następna, Wodospady Łez już tylko przez Polygram. Dodając do tego fakt, że wyróżnienie poczwórnej platyny dla Heya za Fire (tak, tak, milion egzemplarzy!) wydany przez Izabelin Studio, zostało przyznane w czerwcu 1997r., ale już firmie PolyGram. Potem PolyGram zostaje kupione przez Universal. Zic Zac Kościkiewicza natomiast, zostaje sprzedany koncernowi Bertelsman Group czyli BMG Music, a Kościkiewicz zostaje dyrektorem zarządzającym. To jest gdzieś tak 1996r. Teraz jak już prawo karze piratów, jest w miarę uregulowane, zachodnie koncerny mogą zacząć swobodnie działać.
Skoro wyjaśniłem już pokrótce jak na polski rynek weszły majorsy, mogę się skupić na dociekaniach czemuż to złota płyta ma tak niski pułap i dlaczego ilości sprzedanych egzemplarzy są utajnione, czemuż to w Polsce sprzedaje się tak mało płyt i czemuż to muzyka w Polsce nie potrafi się wybić na wyżyny, choćby zawojować coś na mitycznym zachodzie.
Radiohead nagrywa płytę bez wytwórni, Nine Inch Nails idzie jeszcze dalej. Czy osiągają sukces? Czy to jest model do naśladowania w Polsce? Dla wielkich być może tak, ale dla początkujących młodych zespołów nie. Radiohead może sobie na to pozwolić, bo karierę mają już stabilną, to samo Nine Inch Nails i nie możemy zapominać, że ich kariery zostały właśnie zbudowane na pieniądzach z majorsów. To właśnie wielkie wytwórnie wypromowały tych artystów i oni mogą sobie pozwolić na rewolucję. Bądźmy szczerzy, gdyby taką samą akcję jaką wykonało Radiohead albo NIN, wykonał anonimowy zespół z Pokrówki koło Chełma, wszyscy mielibyśmy to daleko w dupie. Dowód? Gaba Kulka wydała własnym sumptem dwie płyty zanim odkrył ją Mystic i wydał jej Hat Rabbit. Ręka do góry kto słyszał, albo lepiej, kto ma te pierwsze płyty. I nie chodzi mi o ściągnięte z netu na rapidach czy innych uploadach, ale kupione w sposób legalny, przed wydaniem Hat Rabbit przez Mystic. Czesław Śpiewa też próbował zawojować świat, w tym tez Polskę ze swoim zespołem Tesco Value, ale udało się dopiero po bardzo nachalnej promocji wydawcy. Opłaciło się. Nie wiem czy Cześkowi akurat, ale Mystic na pewno. Czemu tak jest? Myślę, że internet o ile moc sprawczą ma, tak musi wywoływać wielkie skandale, albo wyłazić prosto w oczy z głównej strony przeglądarki. Mało kto w Polsce przeszukuje internet w poszukiwaniu zacnych artystów, którzy zaspokoją głód muzyki, bo takich naprawdę niełatwo znaleźć. Poza tym, trochę pokutuje myślenie, że to co najlepsze, musi wyjść na wierzch w mainstreamie, ale to niestety nie lata 60 – te i ta reguła już dawno nie obowiązuje.
Jakie są więc przyczyny takiego stanu rzeczy? Polacy ściągają muzę na potęgę, wiemy to, ale jaką tą muzykę ściągają? I czy naprawdę opłaca się w tym momencie wytwórniom tak żreć ze wszystkimi wokół o tą sprzedaż albumów? Ja wiem, tantiemy, kasa, artysta przecież musi z czegoś żyć, ale nie oszukujmy się, artysta chyba więcej kasy wydoi z koncertów, przynajmniej ten znany, niż ze sprzedaży albumu. Bo cóż to jest za sprzedaż, te 15 tys? Ile taki średniak polski, jakiś średni krajowy muzyk wyciągnie z takiej sprzedaży? 20 tys. złotych? Przy takiej konstrukcji kontraktu jaką opisałem, może tak być, więc powiedzcie mi, czy warto tak żreć się o tą kasę? To już lepiej pisać teksty dla wielkich tego świata (rozrywkowego) jak Nosowska i Maleńczuk dla Krawczyka, Anja Orthodox swego czasu dla Dody, Jacek Szymkiewicz (Pogodno) dla Brodki i wielu wielu innych, bo to gwarantuje przynajmniej stałe tantiemy od każdego puszczenia w radiu, a przecież obciachu nie przynosi, bo się nie robi w popie, tylko teksty pisze. Można zdzierżyć. Gdzie te czasy kiedy Budka Suflera sprzedawała ponad 600 tys. egzemplarzy Nic Nie Boli Tak Jak Życie, albo Hey z 700 tys. w pierwszych miesiącach sprzedaży swojej debiutanckiej Fire.
Spadek sprzedaży notowany jest nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. W Polsce jednak jest bardzo przez rynek fonograficzny odczuwany. Dlaczego? Na zachodzie, albo choćby w Stanach jakoś wytwórnie próbują sobie z tym radzić. Z różnym pewnie skutkiem, ale jednak. U nas jest głównie utyskiwanie, że Polacy ściągają z netu. Nie ma żadnych prób walki biznesowej z tym faktem, są tylko moralizatorskie kazania, że ściąganie jest złe. Owszem, jest złe, bo jednak artysta nie dostaje ani grosza z takiego ściągniętego egzemplarza, ale do licha, jest darmowe i raczej logicznym jest, że przyciąga wielu amatorów. Są przecież nawet płatne dostępy do serwisów typu rapidshare, żeby mieć większy dostęp. Pirat potrafi tak zorganizować sobie biznes, że na tym zarobi, co na to wytwórnie?
Firma BMG, która kupiła w latach 90 – tych Zic Zac Kościkiewicza dokonała w 2004r. fuzji z Sony Music. Powstała największa na świecie firma fonograficzna z perspektywami na zajęcie dużej części rynku fonograficznego. Perspektywy piękne. W 2008r. Sony daje sobie spokój i oddziela się od BMG. Czemu? Wytłumaczenie nasuwa się samo. Skoro udziały w rynku fonograficznym zaczynają maleć, to po co się dzielić? A nie zapominajmy, że Sony ma technologię. Choćby telefonów komórkowych, w których bardzo popularne są przecież różnego rodzaju dzwonki. Firma BMG zajmuje się tylko fonografią, Sony ma dużo większe możliwości, więc rynek fonograficzny to już nie jest łakomy kąsek. Tym bardziej, że na ten wchodzą już zupełnie nowi gracze. Choćby LiveNation. Firma, która zasłynęła kontraktem „360 – stopni” podpisanym z Madonną. Cóż to takiego? Jest to kontrakt, w któym Madonna oddaje się właściwie całkowicie do dyspozycji firmy LiveNation. Ta organizuje jej koncerty, robi PR, wydaje płyty, wszystko, wszystko, ale we wszystkim ma procentowy udział. Nawet w reklamach z udziałem Madonny, jej wizerunku. W zamian za to uruchamia gigantyczną pijarową machinę. Madonna nie musi się martwić o nic, ale musi się wszystkim dzielić. Takimi kontraktami związani są z różnymi firmami choćby Robbie Williams, Pussycat Dolls czy zespół Nickelback. W Polsce nie dowiemy się raczej czy takie kontrakty są, ale jakoś węszę taki kontrakt u choćby Agnieszki Chylińskiej.
W Polsce za to na rynku fonograficznym zaczyna się liczyć nowy gracz i do tego zagarniający dużą część rynku. To Agora S.A. Wydają płyty dołączając je do swoich gazet. Płyta wcale nie jest tańsza od innych polskich wydawnictw, a zaopatrzona jeszcze w całkiem niezłą wkładkę. Kupiona w kiosku z gazetą raczej nie powoduje poczucia odchudzenia portfela. Jednak nie na polskich płytach debiutantów czy rockmenów Agora ubija złoty interes. Wystarczy wejść na stronę ZPAV i podejrzeć ranking złotych i platynowych płyt. Przykład: Agora wydała dyskografię zespołu Queen i każda z nich pokryła się minimum platyną. Inżynier Mamoń bardzo się ucieszył z tego wydawnictwa i prędko popędził do kiosku, kupił całą kolekcję i dumnie postawił na półce obok dzieł wybitnych filozofów z serii Agora S.A.
To jest raczej smutna konstatacja, ale niestety tak jest. Wystarczy trochę pogrzebać w necie, żeby znaleźć różne badania rynku, tego co Polacy lubią najbardziej. Otóż, Polak najbardziej lubi pop i to specjalnie nie dziwi, ale dziwić też nie powinien fakt, że sprzedaż płyt spadła. Wniosek nasuwa się sam. Polak najczęściej słucha popu, a ten ma serwowany wszędzie i non stop. Rozgłośnie radiowe robią podobno własne badania i na ich podstawie ustalają repertuar. A ten wygórowany nie jest, ale z ręką na sercu powiedzcie mi, ile znacie osób, miejsc, w których nie leci jakaś zetka czy eska, tylko muzyka ambitniejsza? Wszędzie są ustawione te same rozgłośnie, wszędzie ta sama popelina, a słuchacz, który oczekuje czegoś więcej jest siłą rzeczy wypchnięty poza mainstream. Musi grzebać w necie. Przyznam się szczerze, że ściągam płyty. Gdybym chciał kupić wszystko to, czego mam ochotę posłuchać, poszedłbym z torbami, choć i to nie byłoby takie łatwe. Dlaczego? Spróbujcie kupić w Polsce płytę np. Takiego T-Bone Burnetta. A konkretnie True False Identity. Albo The Monks – Black Monk Time. Powodzenia. Szczerze powiedziawszy, tego T-Bone'a to nawet ciężko jest ściągnąć. A teraz druga sprawa, taka płyta jest do kupienia przez Amazon.com za jakieś 50zł z wysyłką. W polskim sklepie internetowym taka płyta jest za 89.90 plus wysyłka. Pomijając fakt, że sklep nie ma jej na stanie. Musi sprowadzać. Pewnie z amazon.
No i doszliśmy do sedna. Rynek muzyczny w Polsce ma w dupie słuchacza poszukującego. Polski rynek jest zainteresowany Mamoniem, ale zapomniał, że Mamoń płyt nie kupuje. Dopiero Agora zdała sobie sprawę, że tego Mamonia można skusić, tylko trzeba wiedzieć jak. No ale na książkach się nauczyli. I jeszcze jedna sprawa, żeby była jasność. Te płyty to świetnie wyglądają na półce. Nawet nie wiem czy wolno je dotykać. W momencie kiedy w telefonach jest granie na czekanie czy inne bzdury, od których uszy puchną, płyt już nie trzeba kupować, chyba że to śliczna i lśniąca kolekcja. Gra wszystko i wszędzie, tymi samymi melodiami. Na co komu płyta?
Rynek fonograficzny w Polsce został zepsuty przez graczy w latach 90 – tych. Liczył się tylko pieniądz, kariera, rozgłos, jak wszędzie, ale po latach posuchy i poszukiwania rarytasów w londyńskich sklepach, nagrywania z radia, przyszedł czas, że ci, którym na dobrej muzyce zależy, znów muszą zejść do podziemia i płyt nie ma komu kupować. Ten trend raczej się nie odwróci, chyba że państwo zacznie walczyć z internetem, co będzie już wchodziło bardzo w sferę osobistą i zapachnie faszyzmem, ale tego chyba chciałyby wielkie wytwórnie w Polsce. Bo inaczej sobie nie poradzą. Polski artysta zawsze był na szarym końcu na liście płac i tu niewiele się zmieniło. Choć wielcy gracze mówią inaczej:
Straszne środki wydawaliśmy wtedy, jak na nasze możliwości, z artystami dzieliliśmy się zyskami: pół na pół. Z Hey był problem, że oni wcale nie chcieli być gwiazdami. ---->
To słowa Andrzeja Puczyńskiego w trakcie wariactwa na temat płyty Fire. Pół na pół? Ale samym zyskiem, czy kosztami też? Puczyński był współpracownikiem Katarzyny Kanclerz (wylansowała też m. in. Michała Wiśniewskiego), a teraz jest prezesem Universal.
Przez tę dziką promocję HEY, te balony wypuszczane na koncertach, staliśmy się zespołem wręcz popowym. Ale nie dlatego, że graliśmy popową muzykę, tylko dlatego, że byliśmy skrajnie popularni. Wiele osób zaczęło nas traktować jak wieśniaków, którzy przyjechali ze Szczecina i grają infantylną muzyczkę. Miałam żal, że tak nami pokierowano, bo nie byliśmy znikąd, mieliśmy korzenie głęboko wrośnięte w podziemie muzyczne. Dużo przeszliśmy jako ludzie bawiący się w dźwięki. Myślę też, że gdybyśmy wtedy nagle zaczęli dużo zarabiać, to by nam źle zrobiło. Ale Pan Bóg chronił nas, żeby nam nie odbiło. Płyta sprzedawała się rewelacyjnie, ale my dostawaliśmy stałą pensję, cztery stare miliony miesięcznie (coś koło średniej krajowej). Mama pytała mnie, dlaczego ja biorę od niej na bilet do Warszawy. Wszyscy myśleli, że jestem chytruska. ---->
To z kolei słowa Nosowskiej. Teraz już wiadomo, że skoro zespół brał coś koło średniej krajowej, to wytwórnia też, w końcu było pół na pół, nie?
I tak to się ciągnęło. I doprowadziło do sytuacji, w której złota płyta to jest 15 tys, egzemplarzy. To sobie może policzmy. Płyta polskiego wykonawcy kosztuje tak około 30zł. Jak się sprzeda 15 tys., to łączna kwota to 15 000 x 30. Zaraz, zaraz, to jest jakieś 450 tys. Na pensję dla prezesa raczej wystarczy. Teraz można sobie policzyć ile ma z tego artysta jeśliby zastosować system z początku mojego tekstu, charakterystyczny dla USA lat 90 – tych. Na remont mieszkania może wystarczy, ale jak w zespole jest więcej osób, to ewentualnie położy się parkiet w salonie. Jak sobie o tym myślę, to już mnie nie dziwi, że w teledysku do piosenki z jednym z najbardziej szczerych tekstów lat 90 – tych, Mamona Republiki, Grzegorz Ciechowski z zespołem toną w ... dolarach. Jak widać dolary są równie nierealne co złotówki, ale gdyby zamiast dolarów w klipie były złotówki, jeszcze ktoś by pomyślał, że to naprawdę.



Komentarze
Pokaż komentarze (45)