dawrweszte dawrweszte
381
BLOG

Tam, gdzie rodzi się hałas

dawrweszte dawrweszte Kultura Obserwuj notkę 3

 

Kiedy byłem na studiach, w czasach kiedy to różne bodźce przebiegały przez łepetynę, pamiętam taką sytuację. Środek nocy, ja się zwlekam z wyra i idę do kuchni. W nocy zawsze mnie łapie wilczy głód, a studencka lodówa raczej pusta. Nic to, człapię. W kuchni cicho gra radio, ktoś nie wyłączył. Pokręciłem trochę pokrętłem i chyba złapałem Dwójkę. Tam zawsze jakieś schizy. Złapałem i nie, bo szumy były straszliwe, ale wyłaniał się z nich jakiś jazz. I tu tkwi cały szkopuł, bo ten jazz był ledwo słyszalny, jakaś trąbka, cholera wie, ale szumy pojawiały się w trakcie tego trąbienia i ewidentnie zmieniały swoją barwę razem z trąbką. Jazz szumowy. Radio oczywiście grało nieczysto, ale przesiedziałem wtedy w tej kuchni sporo, bo i tak nie mogłem spać. Siedziałem i zastanawiałem się w jaki sposób można byłoby nagrać takie nieczyste, radiowe brzmienie jazzu jakiegoś trębacza. Gdybym lekko przekręcił pokrętłem, złapałbym czysty dźwięk trąbki, ale te szumy były przyjemniejsze. Gdzieś w tle ta trąbka się przebijała, ale jednak szum był solistą.
 
Nie mam pojęcia dlaczego było to takie przyjemne, czy bardziej dlatego, że było niekonwencjonalne, czy może po prostu mi się podobało. Teraz już wiem, że takie nagrania, to żadna nowość. Na nagranie takie jakie wtedy słyszałem przez nocną chwilę (dość długą) nie trafiłem, ale trafiłem na mnóstwo innych kompozycji, które w pełni usatysfakcjonowały mój głód. Wracając do tej szumowej trąbki, to można się zastanawiać jak nagrać taki szum. Czy gdyby po prostu podłożyć pod radio dyktafon nagrało by się dokładnie to co wtedy słyszałem, czy też pojawiły by się nowe sprzężenia dodając muzyce innych dźwięków. Czy to, że siedząc wtedy w kuchni miałem swoje „tu i teraz” też miało wpływ? W końcu wiemy, że muzyka, owszem, jest nagrywana, trzymana na nośnikach, ale ma swoją chwilę i swój czas. Odbiór każdego utworu jest zależny od danej chwili, więc czy nagranie takiej szumowej trąbki miałoby sens? I czy w ogóle byłoby możliwe?
 
Mój apetyt na noise, bo tak trzeba by nazwać to co wtedy słyszałem, o ile byłoby to stworzone celowo (a nie było, więc nie wiem czy można, ale i tak będę tak tą trąbkę szumową zwał), zaspokaja wytwórnia Sub Rosa. Kto nie zna, a lubi ambitną muzykę, albo może inaczej, awangardową i to pełną gębą, szybciutko niech pędzi tu. Ja wygrzebałem tam sześć części Antologii Muzyki Noise i Elektronicznej. Tak tak, sześć dwupłytowych albumów, to razem daje dwanaście płyt, co daje jakieś dwanaście godzin muzyki. I teraz główny szkopuł: niektórzy mogą się ze mną kłócić czy w ogóle można nazwać to muzyką. Jest to zbiór hałasu po prostu. I nad tym hałasem właśnie chciałbym się trochę poznęcać. Trudno jest właściwie wyjaśnić czym ta składanka stoi, ale muszę słuchać jej sam. Nikt w pobliżu nie wyraża zgody na puszczenie tego jako tła. Hmm... Dziwne, a to dlatego, że o ile hałas otacza nas właściwie ciągle i zewsząd, tak hałas uporządkowany i puszczony na własne życzenie stanowi barierę nie do przejścia.
 
 
Czym ten hałas? Czym ta Antologia? Wyjaśnić można w miarę krótko, ale będzie to wyjaśnienie powierzchowne. Eksperymenty po prostu. Mamy Pierre'a Schaeffera, mame Edgarda Varese'a, Johna Cage'a, jest Luigi Russolo, czyli klasyka pełną gębą. Ale mamy też Merzbow, jest Pere Ubu, Captain Beefheart, Sun Ra, czy Sonic Youth. Cały ten zgiełk jest tworzony z dokładnym konceptem. Jeśli wymyka się spod kontroli, to tylko po to, żeby szybko to okiełznać lub poznać, zaciekawić. Te wszystkie dźwięki, to dźwięki otoczenia, ale nie takimi, jakimi je znamy. Eksperymenty z hałasem, eksperymenty z szumem, eksperymenty z elektroniką i elektryką. Sonic Youth kieruje mikrofon w stronę publiczności, nagrywa i robi z tego utwór, który potem ląduje na płycie razem z innym kompozycjami, które nie są piosenkami w żadnym sensie, tylko zwykłymi improwizacjami z dźwiękiem. Dosłownie. Dźwięk jako szum, hałas, zgiełk. Tylko co jest hałasem? Bo zgodzimy się, że na przykład piosenka Smooth Operator pani Sade hałasem nie jest, ale puszczona na cały regulator, w środku nocy, do tego w środku tygodnia, takim hałasem może już się stać, nawet dla miłośnika tej piosenki, jeśli mieszka on w sąsiedztwie głośnika, z którego melodia ta się wydobywa i to nie ów miłośnik ową melodię uruchomił. Jeśli melodię zapętlić, zwolnić, albo puścić od tyłu, też może to być hałasem. Cóż więc jest hałasem, a co nim nie jest? Czy Steve Reich tworząc dość prostą kompozycję, w której ideą jest powieszenie mikrofonów nad wzmacniaczami i puszczenie ich w ruch, wiedział jak będzie brzmiała? Wiem, że mało kogo to ciekawi, ale ta sama kompozycja w wykonaniu samego Reicha brzmi inaczej niż w wykonaniu właśnie Sonic Youth. O ile wykonanie Steve'a Reicha mamy na czwartej części Antologii Hałasu, to wykonania Sonic Youth możemy posłuchać na klasycznej już składance Ohm: The Early Gurus of Electronic Music.
 
 
Tu koncept trochę inny. Pokazać wczesne poszukiwania pionierów elektroniki. Niektóre nagrania się powtarzają, jak choćby niesamowity jak dla mnie, Poeme Electronique Varese'a, a reszta też jest po prostu wspaniała. Płyta jest chyba trochę łatwiejsza w odbiorze od Antologii, bo mniej tu łomotu, ale za to więcej różnych elektronicznych brzdęków. Choć jak dla mnie, obie pozycje stanowią już klasykę i przyjemność jaką czerpię ze słuchania ich na słuchawkach graniczy chyba z perwersją. Składanka Ohm to trzy dwupłytowe wydawnictwa. I cóż tu się rozwodzić? Dodam tylko, że choćby taki Poeme Electronique został stworzony na kilkaset głośników, tak że poruszanie się wśród nich powodowało przepływ dźwięku w zależności od miejsca, w którym znajdował się słuchacz. Tą kompozycję można było posłuchać w 1958r. na Targach Międzynarodowych w Brukseli na mnóstwo różnych sposobów! Teraz mamy do dyspozycji tylko dwa głośniki, a mimo to kompozycja robi wrażenie. Ech, jak chciałbym móc posłuchać tego tak, jak pierwotnie miał to w zamyśle Edgard Varese. Takie kwiatki mamy na tych płytach. Trzecia część to nagrania zdecydowanie delikatniejsze, ambientowe, a jeden z utworów to utwór Briana Eno. I tak zgrabnie przechodzimy w świat niemieckiej elektroniki.
 
Brian Eno przyjechał swego czasu do Berlina kiedy tam szalał dumnie krautrock. Przyjeżdża Brian Eno i zaczyna grywać z niemieckimi muzykami, z zespołem Cluster nagrywa nawet płytę. Jest to już troche zmierzch najbardziej twórczego okresu krautrocka, ale Eno sie w tym odnalazł, wyciągnął od krautrockowców ile mógł i teraz uchodzi za twórcę ambientu. Niech mu będzie, nie zamierzam się sprzeczać, ale Eno średnio lubię, bo nie cierpię U2, a on był ich producentem. Chyba nadal jest. A skoro jesteśmy przy niemieckiej elektronice, to składanka Deutsche Elektronische Musik – Experimental German Rock and Electronic Musik 1972 – 83 jest jak znalazł. Fantastyczna płyta, wracam do niej bez przerwy i jeszcze mi się nie znudziła.
 
 
Tak oto za jednym pociągnięciem pędzla prześlizgnąłem się od hałasu do całkiem melodyjnej i przyjemnej dla ucha elektroniki, a nawet psychodelicznego rocka. Bo o ile do utworów ze składanki ostatniej można nawet czasem tupnąć nóżką, to po wysłuchaniu pozycji numer jeden, człowiek jest już gotów wyjść na ulicę i delektować się dźwiękami dookoła. Mało tego, gotów jest słyszeć w nich muzykę! O melodii już nie wspomnę, z czystej złośliwości. Na koniec wypada mi jeszcze tylko zdefiniować hałas, ale daruje sobie i podpisze się obiema rękami pod słowami niejakiego Masami Akita czyli Merzbow:
 
"Jeśli hałas znaczy przykry dźwięk, to dla mnie muzyka pop jest hałasem."
dawrweszte
O mnie dawrweszte

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Kultura