Szperając po necie jak zwykle, szukając rzeczy, które mi przykują uszy na dłuższą chwilę, natknąłem się na niemiecką elektronikę. Właściwie "natknąłem" to złe słowo, bo niemiecką elektronikę znam i poważam, po prostu zwróciłem się ku tejże po raz kolejny. Kosmische Musik zajmę się w kŧórymś następnym poście, w tym chciałem lekko i przyjemnie, oraz może zwiewnie w temat elektroniki niemieckiej się wdrożyć (bo przecież nie nielicznego czytelnika), zanim ta zryje czachę, a zryje na pewno. Na razie jeszcze ten Berlin tak nie ryje, to dopiero będzie początek, a początek delikatny, i to całkiem na bieżąco, bo sprzed tylko 8 lat utwór. Ale zanim utwór, to tytułem wstępu napiszę, że chodzi mi w tym poście o grupę Tarwater. Zasłuchiwałem się ich dokonaniami w latach 90 - tych, szczególnie albumy 11/6 12/10, Silur, oraz Animals, Sun & Atoms. Potem jakoś o duecie, który tworzą Ronald Lippok i Bernd Jestram zapomniałem, aż do niedawna, kiedy właśnie na youtube przemknął mi utwór, który za chwilę. Ronald Lippok wchodzi także w skład To Roccoco Rot wraz z Robertem Lippokiem i Stefanem Schneiderem, który z kolei nagrywa także minimal electro jako Mapstation.
Utwór niezwykle przyjemny, z albumu Dwellers on the Treshold z 2002 roku. Niezwykle kraftwerkowa muzyka, co lubię niezmiernie, a co ostatni udało się brytyjskiemu Arp na płycie The Soft Wave, jak ktoś lubi, to polecam. Ale tymczasem Tarwater, niezwykle przyjemnie, zanim Berlin zryje czachę na dobre. Niemcy mają jakiś dziwny pęd ku eksperymentom w elektronice i robią to niezwykle pociągająco, uwodzą niemiłosiernie, a te wszystkie trzaski zazębiają się z zegarmistrzowską precyzją, co tworzy niesłychanie zgrabną całość. CDN.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)