dawrweszte dawrweszte
468
BLOG

Kultowość albumu czyli recenzje i gwiazdki

dawrweszte dawrweszte Kultura Obserwuj notkę 21

 Po raz kolejny wróciłem do płyty Dark Side of the Moon. Ale nie, nie Pink Floyd, tylko Flaming Lips. Album wydany pod koniec 2009r. będący własną interpretacją płyty Pink Floyd. Ja ten album Flaming Lips odkryłem jakoś rok temu i od tamtej pory wracam do niego co kilka miesięcy. I słucham kilka razy pod rząd bo nie mogę się oderwać. A potem wracam do płyty Flaming Lips Embryonic, bo po prostu nie mam dość takiego brzmienia, jakie Wayne Coyne i spółka osiągnęli na Dark Side of the Moon. Embryonic wydali we wrześniu 2009r., więc są podstawy by sądzić, że nagrano je na jednym gazie. Nie wiem, nie sprawdziłem. I tyle jeśli chodzi o Flaming Lips, ich wcześniejsze albumy są już dla mnie nie do zniesienia. Być może narażam się teraz fanom, ale tak niestety jest. Tylko dwie ostatnie ich płyty pieszczą moje uszy. Na wcześniejszych zgrzytam zębami, a ponoć kultowe. Proszę, jak to człowiek na kulcie poznać się nie potrafi, a i bluźnierstwo uprawia, bo nie dość, że kultowych nagrań Flaming Lips nie lubię, to jeszcze jakiś cover album wyżej cenię, niż oryginał Pink Floyd. Przykro mi.

 
W związku z tym zastanawiam się co właściwie sprawia, że album staje się nie tyle kultowym, co po prostu dobrym - a niech tam, zaszalejmy – wybornym. Ja mam swoją definicję, krótką, ale zawsze, podam ją niżej. Często natomiast czytam recenzje innych albumów. Właściwie w ten sposób szukam swojej muzyki. Przeszukuję zajadle różne blogernie, linkuję gdzie i co się da, jutubuję, aż wreszcie wpada w ucho coś godnego uwagi. No i wiadomo, nie od razu staje się wypasioną płytą. I teraz najlepsze: niektóre portale czy czasopisma hołdują zasadzie oceniania płyt (filmów i książek też, ale to nie moja broszka). Gwiazdeczki, nutki i inne pierdółeczki. Ja to lubię, nie powiem, ale przyznam, że ni chuja nie rozumiem. No i jeden minus, po zerknięciu na finalną ocenę, nie zawsze się czyta. Bo jak ocena jest w połowie skali, to cóż ciekawego będzie w recenzji? A jeśli ocena jest bardzo wysoka lub bardzo niska, wtedy wiadomo, recenzja ocieka lukrem lub sadyzmem. Osobiście wolę to drugie, bo czasem jak pismak ma dobre pióro, to taki hejterski tekst pysznie się czyta. Napisać natomiast dobrą recenzję, to już trzeba mieć pióro. Inaczej wyjdą nudne frazesy i dyrdymały w stylu „harmonie i wielogłosy a’la Beach Boys” (domena całego tak zwanego neo folku), „beatlesowskie melodie” czy „charyzmatyczny wokal”. Pierdoły i tyle.
 
Dobrych recenzji jak na lekarstwo. Weźmy prasę. Tam wiadomo, biorąc pod uwagę tygodniki to w każdym mamy z reguły to samo, więc nie za wiele można się tam dowiedzieć. W konkurencji z netem, tygodniki w kategorii „muzyka” przegrywają na całej linii. Nuda. Przynajmniej dla mnie. Z branżowych czytam Teraz Rock, ale tam kierowanie się ilością gwiazdek jest absurdalne. Nie jestem w stanie pojąć jakim cudem płytą miesiąca może być Linki Park. Albo inaczej, jestem w stanie to pojąć, bo to trzeba przecież sprzedać. Cykl jest mniej więcej taki: płytę wyda Kings of Leon – płyta miesiąca, płytę wyda Coldplay – płyta miesiąca, płytę wyda U2 – płyta miesiąca. Założymy się? A gdzieś tam na dalszych stronach będą harmonie a’la Beach Boys i cykl się dopełni. Kiedyś w jednym numerze w co drugiej recenzji czy artykule znalazłem słowo „eklektyczny”. Wypas. Eklektyczny był i Markowski & Sygitowicz i Budka Suflera. Niektórzy nawet nie rozumieją tego słowa.
 
Dla mainstreamu jedno jest jasne: najlepsza muzyka jest eklektyczna, ma harmonie i wielogłosy a’la Beach Boys, beatlesowskie melodie, charyzmatyczny wokal, sławnego producenta (Rick Rubin, u nas Marcin Bors) i to wsio. Pójdzie do radia, pójdzie na czołówki gazet, będzie płytą miesiąca, a potem się zapomni. Dowód? Weźmy sobie na przykład taką Brodkę. Wiem, że to nie jest zły album, całkiem zgrabna muzyka, ale mam pytanie: czy ktoś w ogóle do tej płyty wraca?
 
I tu jest właśnie pies pogrzebany. Dobry album to taki, do którego wraca się po miesiącach, latach i ciągle sprawia przyjemność. Płyta, która pozostaje w głowie, nie ucieka, płyta, która ciągle o sobie przypomina, a z każdym posłuchaniem dociera do nas, że to naprawdę świetny album. Tylko tyle i aż tyle. A te wszystkie grandy, kingsy of leony czy jakieś nowe Adele, te wszystkie harmonie a’la Beach Boys, beatlesowskie melodie, nawet podbarwione bluesem, ci sławni producenci przemijają ze swoimi produkcjami równie szybko, jak kolorowe periodyki trafiają na śmietnik. W dobie internetu muzyka musi się bronić sama. Często bez okładki, bez promocyjnej otoczki, bez dobrych słów recenzentów, którzy w stosie płyt do przesłuchania nie mają pewnie nawet czasu żeby do tych płyt wrócić. Przeszukajcie swoje zbiory i zobaczycie ile jest płyt dla was kultowych, a ile po prostu fajnych. I to jest dobry sposób żeby jakość muzyki sprawdzić. Trzeba do niej po dłuższym czasie wrócić. I wtedy przyznać gwiazdki przyjemności. 
dawrweszte
O mnie dawrweszte

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (21)

Inne tematy w dziale Kultura