Krótko po katastrofie smoleńskiej wszyscy, w tym również przeciwnicy J. Kaczyńskiego, byli przekonani, że jeżeli wystartuje w wyborach prezydenckich ma zagwarantowaną wygraną w pierwszej turze. Recepta wydawała się prosta: żałobne zdjęcia prezydenckiej pary i tłumów na Krakowskim Przedmieściu, przytaczanie agresywnych wypowiedzi prominentnych działaczy PO z ostatnich lat (na czele z „Pan Prezydent gdzieś poleci” i „Wyginiecie jak dinozaury”), martyrologia katyńska i każda inna, nagłaśnianie wątpliwości wokół katastrofy i skandalicznych szczegółów śledztwa, podkreślanie ekspansywności Rosji jako podstawowego problemu stojącego przed nowym prezydentem, a do tego afera hazardowa, stoczniowa, podsłuchowa, aneksowa, Misiaka itp.
Czy byłaby to gra nie fair? Moim zdaniem nie. Na pewno taka kampania zostałaby mocno skrytykowana przez publicystów i autorytety wrogie PiS, ale przecież i teraz – mówiąc eufemistycznie – nie pieszczą oni Kaczyńskiego. Nadal uważam, że taka kampania mogła być skuteczna. Podtrzymanie nastrojów panujących po 10 kwietnia mogło przynieść znacząco większą frekwencję w wyborach. Na tyle większą, aby wygrać już w pierwszej turze.
Doprawdy nie wiem, z jakiego powodu PiS nie zdecydowało się pójść tą drogą. Może Kaczyński rzeczywiście uznał, że skala problemów stojących przed Polską wymaga zakończenia wojny na górze, a może bał się konsekwencji zbyt gwałtownego rozhuśtania nastrojów społecznych. Dość, że zdecydował się na spokojną, stonowaną kampanię, która początkowo rzeczywiście wytrąciła PO antykaczytowskie argumenty stanowiące co najmniej od 2007 r. główny sens istnienia tej partii. Osią kampanii Komorowskiego stało się nabijanie się ze zmiany Prezesa PiS, co nie przynosiło jednak wielkich rezultatów.
Po pierwszej turze sytuacja uległa zmianie. Nastroje społeczne się zresetowały. Myślę, że nastąpiło to pod wpływem wielkiego rechotu po ukłonach Prezesa PiS w stronę elektoratu lewicowego. Ten rechot „oczyścił” atmosferę na tyle, że umożliwiło to PO kampanijną jazdę po bandzie: ostry antykaczyzm, oszczerstwa, łamanie ustalonych reguł, wykorzystywanie sprawowanych urzędów, „polityczną nekrofilię” itp. I w konsekwencji kampania PiS została zapędzona w kozi róg. Z jednej strony należałoby podtrzymywać wcześniejszy łagodny przekaz. Z drugiej uniemożliwia to adekwatnie ostrą odpowiedź na ataki PO. Najlepszą ilustracją tego impasu był dość żenujący spektakl, podczas którego sztabowcy PiS w odpowiedzi na niewybredne ataki Tuska poprzebierali się za hipisów.
Nie mam zielonego pojęcia, czym to się wszystko skończy. Do drugiej tury, której mogło chyba nie być, zostało jeszcze kilka dni. Mam nadzieję, że sztab Kaczyńskiego zdoła jakoś wybrnąć z pułapki, którą sam na siebie zastawił.
Komentarze
Pokaż komentarze